Zastanawiając się nad tematem kolejnego felietonu, zerknęłam na swój profil facebook’owy, w poszukiwaniu inspiracji. Jak to się zmieniło…Kiedyś zapisywaliśmy strony pamiętników w zaciszu własnego pokoju, dziś stukamy w klawiaturę i wypluwamy nasze historie, dzieląc się nimi z całym światem. Zaletą tej zmiany jest łatwość wertowania „stron” w poszukiwaniu demonów przeszłości, problemem ich wieczne bytowanie w sieci. I tak oto nurkując w moim prywatnym cyberświecie, natknęłam się na wpis, który pomimo kurzu historycznego, wciąż dotyka mnie swoją prawdziwością. Nie dlatego, że kolejne lata pisane są tą samą narracją, a dlatego, że to co w nim zawarte, jest takie ludzkie. Z niepisaną radością dzielę się nim z Wami, bo jakbyśmy się przed tym nie bronili, zdarzają nam się właśnie takie chwile, dni, miesiące, lata. Jedno jest pewne…uwierzcie mijają.

Chapter I

Miniony rok… był najgorszym rokiem jakiego doświadczyłam (upsss, zdziwieni…)? Ci najbliżsi może mniej, bo składali z kawałków rwanych szlochów obraz mej rozpaczy. I tu myśl pierwsza: każda porażka jest bezcenną lekcją. Z dumą donieść muszę, że opanowałam podnoszenie się z upadków z gracją i opanowaniem. To akurat wytrenowałam w podstawówce, gdy biegnąc po schodach, zjechałam na tyłku prosto pod nogi mojej ukrytej miłości z 8a. On blond przystojniak, ja szalona gitarzystka, z grzywką obciętą na pudla. Kompromitacja była blisko, ale pomimo wielkiego sińca w okolicach kości ogonowej, podniosłam się, pokonując w wyścigu z samą sobą prędkość światła i ruszyłam dalej kołysząc biodrami i machając zalotnie lokami. Taaaak…ten upadek zapamiętałam na długo, kolejne równie bolesne, traktowałam z mniejszą pieczołowitością. Miniony rok ugościł mnie niczym ring bokserski kilkoma ciosami, był prawy sierpowy, lewy i gdy już liczyli nad moimi
„zwłokami”, podczas gdy widownia skandowała moje imię, pojawiły się barwne słonie, które przeszły po betonie (ściślej mówiąc po mnie, ale ładniej się rymowało). Hmm, jakby tak logicznie o tym pomyśleć, szanse na zejście z takiej areny z godnością łatwe nie były, ale przymus trwania show, o którym pięknie śpiewał Freddie Mercury, jakoś zobowiązywał.

Chapter II

Słonie jak to słonie…gruboskórne i dużo odchodów zostawiają. Zostawmy je i my, przy okazji świąt, po co psuć sobie apetyt, również ten na życie. No i żeby nie dać Wam satysfakcji, kurtynę podnoszę od razu, nie zwlekając za długo i o brawa proszę już teraz. Nie wiecie za co mnie oklaskiwać? Że niby do końca sztuki poczekać musicie? Właśnie za to kochani brawa mi się należą, że końca sztuki nie będzie. Ha…nawet się rozkręcam powiem w sekrecie.

Chapter III

Nigdy nie jest tak źle, żeby gorzej być nie mogło. W sumie zaprzyjaźniłam się z tym rokiem. Szłam sobie tak z nim pod rękę, on spoglądał na mnie z cynicznym uśmieszkiem, sarkazmem czasem obrzucił, nóżkę zgrabnie podstawił, a gdy lało, parasol przerzucił na swoją stronę, wystawiając mnie na strugi deszczu. No i może wyglądam jak zmokła kura, ale odporna teraz jestem jak cholera. Ściślej mówiąc, żadna „cholera” spaceru mi nie zepsuje. Kicham często – na „sytuacje” kicham. W nosie zamiast gili, mam każdą niechęć, każdą złośliwość i każdą trudność.

Chapter finałowy

Każda chwila jest warta uwagi. Nawet gdy jedynym pragnieniem jest przespać niektóre z nich. Miejcie oczy szeroko zamknięte, a serca mimo wszystko otwarte. Wciąż uważam, że warto… co poradzić.