W Łodzi przedsiębiorcy są tacy sami jak w Poznaniu czy Wrocławiu. Może tylko różni nas to, że działamy na trudniejszym, bo biedniejszym rynku. Musimy się znacznie bardziej narobić, żeby zarobić – mówi Bożena Ziemniewicz, kobieta przedsiębiorcza, społecznik, właścicielka szkoły językowej BRITISH CENTRE, coach i trener, radna Sejmiku Województwa Łódzkiego.

LIFE IN. Łódzkie: Lepiej się Pani czuje jako bizneswoman czy jako polityk?

Bożena Ziemniewicz: Zdecydowanie lepiej mi w biznesie. Świat polityki to dla mnie jednak obcy świat. Mój punkt widzenia na rzeczywistość, to przede wszystkim racjonalny do bólu punkt widzenia przedsiębiorcy i w związku z tym dość często to, co mówię i robię jako przedsiębiorca,
pozostaje w pewnym konflikcie z tym, co powinnam mówić i robić jako polityk. Poza tym jestem bardziej znana jako przedsiębiorca niż radna sejmiku województwa.

Nie przeszkadza to Pani?

Absolutnie – utożsamiam się z biznesem, szczególnie edukacyjnym, częściowo z samorządem, ale nie z wielką polityką. Był taki moment, że chciałam… chyba jednak głęboko we mnie tkwiące podejście typu win-win w tym przeszkadza. Polityka mnie interesuje, ale taka, w której miałabym faktycznie coś do powiedzenia i w której odpowiadałabym za moje decyzje, a nie – tak jak teraz – za decyzje, z którymi się w gruncie rzeczy nie zgadzam albo nie zgadzam częściowo, podejmowane przez ludzi, co do których miewam zastrzeżenia.

A kto ma większy wpływ na rzeczywistość: politycy czy przedsiębiorcy?

Politycy, choćby dlatego, że przedsiębiorcy muszą się dostosowywać do narzucanych przez polityków regulacji. Zawsze mnie to denerwuje, bo jestem liberałem i mam przekonanie, że to rynek powinien regulować gospodarkę a nie politycy. Przewagę polityki nad gospodarką szczególnie wyraźnie widać w ostatnich dwóch latach. W tym czasie sporo regulacji dotyczących gospodarki zostało nam narzuconych, wyraźna jest skłonność do centralizacji, co zakłóca wolność gospodarczą.

Polska polityka stała się w ostatnim czasie bardzo agresywna, a ten poziom agresji rośnie i przenosi się poza mury sejmu, senatu czy lokalnych magistratów i sejmików. Może Pani wie skąd tyle tej politycznej agresji i dlaczego wciąż jej więcej wokół nas?

Ze swojej działalności publicznej mam jedno spostrzeżenie, które mnie wciąż zadziwia. Zawsze wyobrażałam sobie, że politycy, jako prominentna część społeczeństwa, potrafią powstrzymywać emocje. I nie tylko politycy, bo ten problem dotyczy całej polskiej elity. Z moich obserwacji wynika jednak, że większość nie umie zachować się z dystansem do siebie i otaczającej rzeczywistości. Emocje biorą górę i determinują ich postępowanie, język wypowiedzi i zachowanie. Zastanawiam się czy to wynik braku dobrego wychowania, czy są jakieś inne przyczyny.

Na przykład…?

Może to kwestia tego, że w ostatnim czasie motywowanie polega na wmawianiu ludziom, że są najlepsi, najmądrzejsi, a sukces jest na wyciągnięcie ręki. I oni wierzą, że tak właśnie jest. I w połączeniu z brakiem kindersztuby ta buta i arogancja bierze górę. Rośnie także poziom społecznej akceptowalności chamstwa i agresji. No i jest – jak jest. Najbardziej jednak ubolewam nad tym, że akceptujemy kłamstwo. Kiedyś kłamca skazany był na społeczny ostracyzm, dziś możemy kłamać bez konsekwencji. A jak tak, to oszukuje się wszystkich dookoła. Czasem trudno rozróżnić kłamstwo od prawdy. Nie ma we mnie na to zgody!
Zostawmy politykę i porozmawiajmy o biznesie. Pani zdaniem kobietom w biznesie jest trudniej niż mężczyznom? Biznes, rozumiany jako prowadzenie własnej firmy, nie ma płci. Tu wszyscy traktowani są tak samo. Nie ma barier i różnic. Dostęp do banków jest taki sam, prawo podatkowe nie rozróżnia płci, składkę na ZUS trzeba płacić w takim samym wymiarze.

Mam rozumieć, że sukces w biznesie nie zależy od płci…?

Zdecydowanie tak, choć tak jak powiedziałam – jesteśmy traktowane jednakowo, ale do zrobienia mamy o wiele więcej. Sukces w biznesie wymaga od nas większych nakładów. Bo kobiety oprócz tego, że prowadzą biznes, mają na głowie dom i dzieci. Muszą – i chyba zwyczajnie chcą! – dzielić swój czas pomiędzy biznes i rodzinę. Od mężczyzn tego nikt nie oczekuje. Tak samo, jak tego, że zostawi firmę na jakiś czas, bo urodzi mu się dziecko…

Na stanowiskach menedżerskich, w firmach prowadzonych dla kogoś, jest inaczej?

Jako pracownicy najemni kobiety miały i wciąż mają gorzej. Muszą być znakomite, mieć wybitne kompetencje i umiejętności, żeby się przebić, awansować, odnieść sukces w korporacji. Mężczyźni wciąż są postrzegani lepiej przez pracodawców. Na dodatek zatrudnienie kobiety na początku jej drogi zawodowej niesie za sobą określone ryzyko dla pracodawcy, ponieważ może ona zajść w ciążę i przez długi czas nie będzie z niej pożytku. Ale wie Pan co jest najbardziej paradoksalne w tej kwestii?

…?

To, że regulacje, które mają zapewnić kobietom ciężarnym ochronę, działają w ostatecznym rozrachunku na ich niekorzyść. Pracodawcy mając do wyboru mężczyznę i kobietę na takie samo stanowisko, wybierają mężczyznę. Nawet wówczas, gdy jego kompetencje są niższe. On zawsze będzie dyspozycyjny, nie pójdzie na macierzyński i wychowawczy. Nie będzie chodził na zwolnienia, kiedy dziecko złapie infekcję. To się oczywiście zmienia, ale jest to proces ślamazarny. Mężczyźni wciąż skutecznie bronią się przed praniem, sprzątaniem i opieką nad dziećmi.

Chciałbym się z Panią nie zgodzić, ale nie mogę. Statystyki są bezlitosne. W Łodzi na średnich i wysokich stanowiskach menedżerskich jest tylko 23,4 procent kobiet. Jak zmienić te proporcje?

Przysłowie chińskie mówi, że kobiety dźwigają połowę nieba. I choć to prawda, to profitów tyle nie mają…. Statystyki, o których Pan wspomniał, da się zmienić, ale potrzeba na to czasu i należy głośno mówić o problemie. W niektórych krajach Unii Europejskiej zdecydowano się na parytety, czyli nakazano zatrudnianie w zarządach określonej liczby kobiet. To budziło wiele kontrowersji i sprzeciwów, ale dzięki temu udało się poprawić sytuację i nagłośnić problem. No i kobiety pojawiły się w wielu gremiach decyzyjnych, w których do tej pory nie było dla nich miejsca.

Działa Pani w kilku organizacjach zrzeszających łódzkich przedsiębiorców. Co daje przynależność do takich instytucji?

Po pierwsze dostęp do najświeższych informacji i szkoleń dotyczących aktualnych zmian legislacyjnych – a za tym naprawdę trudno nadążyć! Po drugie możliwość pozyskiwania kontaktów i nawiązywania relacji – możemy robić biznesy między sobą, wymieniać się swoimi doświadczeniami, skorzystać z rozwiązań stosowanych przez kolegów, poza tym mamy możliwość spotkań z przedstawicielami władz, których zapraszamy na nasze spotkania. No i po trzecie znika osamotnienie przedsiębiorcy – jesteśmy wśród ludzi podobnych do nas, mających podobne problemy, aktywnych, zainteresowanych zmienianiem rzeczywistości. Razem jesteśmy silniejsi!

A jak scharakteryzuje Pani łódzkich przedsiębiorców?

Jest coś, czym się wyróżniają na tle innych? Ludzie przedsiębiorczy wszędzie są tacy sami, więc łódzcy przedsiębiorcy są tacy sami jak w Poznaniu czy Wrocławiu. Może tylko różni nas to, że działamy na trudniejszym, bo biedniejszym rynku. Musimy się znacznie bardziej narobić, żeby zarobić. Aby wypracować taki zysk, jaki z takiej samej działalności mają przedsiębiorcy z innych miejscowości, musimy pracować ciężej i dłużej.

W tym roku mija 25 lat od czasu, gdy zdecydowała się Pani na uruchomienie szkoły językowej. Co spowodowało, że podjęła Pani decyzję o zrezygnowaniu z posady nauczyciela i wejściu do biznesu edukacyjnego?

Tak, to już ćwierć wieku! Zadecydowała sytuacja życiowa, ale o tym długo by mówić… Mam też pewnie w sobie żyłkę przedsiębiorczości. Zawsze byłam aktywna i chciałam mieć wpływ na rzeczywistość.. Kiedy pojawiło się dziecko, potem drugie, doszłam do wniosku, że bycie matką jest dla mnie najważniejsze na świecie i muszę je pogodzić z zarabianiem na życie i robieniem czegoś, co lubię. A że najbardziej lubię uczyć, więc decyzja była prosta.

Dziś Pani szkoła, BRITISH CENTRE, to jedna z największych placówek językowych w Łodzi i regionie. Da się zarobić na nauczaniu języków?

Da się w dwóch przypadkach. Pierwszy, przy małej skali – gdy się uczy samemu, ograniczając do niezbędnego minimum wszystkie koszty. Drugi, gdy jest to efekt skali, czyli duży obrót przy niewielkiej marży. British Centre jest dużą szkołą i właśnie skala pozwala na całkiem przyzwoite zyski.

Słyszałem, że szykuje Pani swoją firmę na zmianę pokoleniową…

To nie takie proste. Nie wiem czy rodzice powinni namawiać swoje dzieci do tego, by przejęły ich firmy. Ja w każdym razie mam z tym dylemat. Mam uzdolnioną córkę i wiem, że może ona osiągnąć sukces w innej branży niż biznes edukacyjny, dlatego nie namawiam jej, czas pokaże jaką podejmie decyzję. A syn wybrał zupełnie inną drogę zawodową – jest informatykiem programistą w dużej korporacji.

Lubi Pani Łódź?

Tak. Pamiętam taki moment z mojej młodości, kiedy jako studentka wróciłam do Łodzi po półrocznym pobycie na praktykach w Bolonii. Tak się stęskniłam, że w moich marzeniach i wyobraźni Łódź zaczęła wyglądać bajecznie. Choć rzeczywistość odbiegała od tych moich wyobrażeń, to po powrocie czułam się bezgranicznie szczęśliwa! Skonstatowałam, że Łódź jest naprawdę cudowna. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzieś indziej. Wielekroć miałam okazję wyprowadzić się do innego miasta, nawet za granicę, ale nigdy nie skorzystałam. Pewnie tak już zostanie… l

Rozmawiał Robert Sakowski

Zdjęcie Paweł Łacheta