Kacper Olszewski – młody, zdolny 17-latek ze Strykowa. Właśnie na kinowych ekranach możemy oglądać go w „Sobiborze”, międzynarodowej produkcji w reżyserii Konstantina Chabieńskiego. To prawdziwa historia zbrojnego buntu i jedynej w historii drugiej wojny światowej masowej ucieczki więźniów z hitlerowskiego obozu.

LIFE IN. Łódzkie: W jednej z recenzji filmu „Sobibór” przeczytałam, że to właśnie Ty jesteś najważniejszą polską twarzą w tej produkcji.

Kacper Olszewski: Nie odniosłem takiego wrażenia, choć faktycznie na ekranie pojawiam się wielokrotnie. To właśnie jest ta magia kina, że jak coś się kręci, to nigdy nie wiadomo, jak to będzie wyglądać na ekranie, które sceny wejdą do filmu, a które zostaną wycięte. W Wilnie byłem prawie 2 miesiące, pełnych dni zdjęciowych było kilkanaście, a w filmie jestem przez kilka minut. Ale było warto, to ważny film.

Opowiedz mi o roli w tym obrazie.

Gram tam autentyczną postać Tomasza „Toivi” Blatta (19272015), który po ucieczce z Sobiboru poświęcił się dokumentacji zagłady Żydów. Toivi to mądrym chłopak. Wiedział, jak zaskarbić sobie zaufanie Niemców. Potem stał się ważnym elementem planu ucieczki z obozu. Podczas pobytu w Sobiborze jego najlepszym przyjacielem był koń jednego z niemieckich oficerów. Czas spędzony ze zwierzęciem był dla niego ucieczką od strasznej obozowej rzeczywistości.

Jak radziłeś sobie z językami na planie międzynarodowej produkcji?

Faktycznie mieszały się tam różne języki: rosyjski, litewski, niemiecki, angielski. Z angielskim nie mam problemów, ale nie każdy na planie się nim posługiwał. Rosyjskiego nie znałem w ogóle i właśnie po pobycie na planie postanowiłem, że muszę się go nauczyć. Jednym z kryteriów wyboru liceum był właśnie język rosyjski na dobrym poziomie. Teraz bez problemu zrozumiałbym rzucane w moim kierunku słowa reżysera „gieroj malcik”, czy „wsjo haraszo?”. Oczywiście na planie była też tłumaczka.

Kacper, proszę opowiedz, jak się w ogóle zaczęła Twoja przygoda z aktorstwem?

Tak naprawdę to ono było ze mną od zawsze. W przedszkolu w Jasełkach zagrałem Józefa, ale to wiem z opowiadań mamy i ze zdjęć, potem w zerówce grałem z uczniami o sześć lat  starszymi ode mnie w przedstawieniu o słoniu Bombiku – to taki mój teatralny debiut. Jak wiele innych dzieci brałem też udział w konkursach recytatorskich np. w „Świerszczykowych wierszykach”. Tylko, że wtedy to ranga tych konkursów była zupełnie inna niż dzisiaj. W szkole podstawowej chodziłem też na zajęcia kółka aktorskiego. Prowadził je pan Rafał Mikołajewski. Potem pracowałem z moją mamą Ewą i panem Krzysztofem Wosikiem. Zdobyliśmy nawet parę nagród w różnych konkursach ogólnopolskich np. w Łodzi na Dziatwie i w Pacanowie. Podczas jednego z konkursów recytatorskich w jury zasiadał aktor Jacek Borkowski. Dostrzegł we mnie pewien potencjał, dał mi w nagrodę własną płytę z dedykacją i zapytał, czy należę do jakiejś agencji. Nawet wtedy nie wiedziałem, że są agencje aktorskie dla dzieci, słowo agencja kojarzyło mi się jednoznacznie z agencją towarzyską. Aktor polecił mojej mamie, by skontaktowała się z Agencją Gudejko. I tak się stało. Niedługo potem przyszła propozycja castingu do reklamy T-mobile, który wygrałem. Wybrano mnie spośród 600 chłopców. Talentu aktorskiego nie trzeba było mieć żadnego, należało spojrzeć w kamerę i pokazać dwa pace. Co zdecydowało, że wybrano właśnie mnie? Do tej pory nie wiem. Potem na nagraniu reżyser dostrzegł pewną moją specyficzną umiejętność – poruszania brwią i wykorzystał to w reklamie.

I posypały się propozycje…

Po tym epizodzie agencja zwróciła na mnie większą uwagę. Przydzielono mi agenta, pojawiły się propozycje ciekawych castingów. I faktycznie zagrałem w kilku produkcjach, filmach, serialach i paradokumentach. Choć w tych ostatnich nie chcę już występować, nie dopowiada mi ich formuła.
Którą z dotychczasowych ról wspominasz najlepiej? Ostatnio najwięcej satysfakcji przyniosła mi gra u boku wspaniałych aktorów takich jak Andrzej Blumenfeld czy Izabela Dąbrowska w teatrze telewizji w reż. Darii Kopiec „Sprawa Rity G.” Spektakl polecam, jest bardzo nowoczesny i dopracowany w każdym szczególe. Ale bez wątpienia taką najważniejszą rolą jest rola w „Baby Bump”. To film w reżyserii Kuby Czekaja, w którym zagrałem główną postać – Mickey’ego House’a, jedenastolatka, dla którego dojrzewanie staje się piekłem. Ale nie jestem pewien, czy tak dobrze wspominam plan zdjęciowy, ciągnął się bardzo długo, był emocjonalnie i techniczne bardzo trudny, robiono mi odlewy ciała, doczepiano uszy, smarowano krochmalem. Na szczęście efekt był zadowalający, to nowatorski obraz. Film premierę miał w Wenecji. Nie mogłem być na premierze (pojechała mama z bratem), bo w tym czasie byłem na planie filmu, na którego premierę czekam z niecierpliwością „Kantor. Nigdy tu już nie powrócę”, gdzie zagrałem młodego Tadeusza Kantora.

Gdzie teraz możemy Cię oglądać?

Gram w serialu „Pierwsza miłość” i zaczynam przygodę z nowym, bardzo eksperymentalnym projektem według scenariusza Andrzeja Żuławskiego „Mowa ptaków”. Film po fragmencie będzie reżyserowało 4 reżyserów: Ksawery Żuławski, Jacek Borcuch, Jan Komasa i Piotr Kielar. Miałem już dwa dni zdjęciowe. Zobaczmy, co z tego wyjdzie…

Lubisz oglądać się na ekranie?

Nie za bardzo. To dla mnie nadal bardzo dziwne uczucie. Niektóre sceny wolałbym oglądać przez palce, wydaje mi się, że wszystko mógłbym zrobić inaczej. Ale najbardziej nie lubię słuchać swojego głosu, wydaje mi się, jakby nie należał do mnie. W „Sobiborze” miałem wrażenie, że jakaś dziewczyna podkłada głos pod moją postać.

Często bywasz teraz na planie?

Na planie „Pierwszej miłości” kilka razy w miesiącu, najczęściej w weekendy, kiedy nie ma szkoły. Teraz jestem już w liceum i nie mogę tak często opuszczać zajęć, tym bardziej, że niektóre przedmioty są tylko raz w tygodniu.

Jak się przygotowujesz do roli? Dostajesz cały scenariusz, czy tylko z Twoją rolą do nauczenia?

Zawsze dostaję cały scenariusz, ale czytam tylko swoją rolę lub wątek mojej postaci, szczególnie teraz, kiedy gram w serialu, bo inaczej bym chyba zwariował, tyle tego jest. „Pierwsza miłość” sprawiła, że im dłużej gram, tym lepiej idzie mi zapamiętywanie tekstu. Wystarczy, że dzień wcześniej przeczytam go parę razy, potem sobie przegaduję – najczęściej z mamą lub babcią i gotowe.

Jak ćwiczysz pamięć?

Nigdy z tym nie miałem problemu, choć zawsze się muszę z danym tekstem przespać, bo następnego dnia pamiętam go o wiele lepiej. Teraz już jest na tyle dobrze, że jakbym dostał nowy tekst, to tego samego dnia byłbym w stanie się go nauczyć, ale tylko po polsku, w obcym języku byłoby trudniej.

Kacper, będziesz aktorem w przyszłości?

Nie wiem. Nie chcę się nastawiać, to po prostu jedna z dróg, którą mógłbym podążyć. Chciałbym na pewno robić coś twórczego, to może być jakiś kierunek na naszej „Filmówce” – reżyseria, operatorstwo albo animacja. Animacją też się interesuję, zrobiłem trzy filmiki, którymi zająłem nawet czołowe miejsca w ogólnopolskich konkursach, więc chyba mają w sobie jakąś wartość. O aktorstwie myślę, niektórzy mówią, że mam duże szanse. Szanse zawsze się ma, tylko czasami nie ma się szczęścia. Rekrutacja na aktorstwo jest jedną z trudniejszych. Mam wrażenie, że przypomina casting, na który przyszli sami zdolni i utalentowani ludzie, a profesorowie wybierają tych, którzy akurat wpadną im w oko, czy przypasują im do jakiegoś projektu. Na egzaminach na pewno będę miał trudności, bo w ogóle nie umiem śpiewać, a tam trzeba zaśpiewać dwa utwory, wymagana jest też ponadprzeciętna sprawność fizyczna, a ja nawet nie jestem pewny czy mam przeciętną.

Jak doskonalisz swoje umiejętności, masz jakiegoś mistrza, który ci pomaga, czy sam ćwiczysz?

Jeśli chodzi o ćwiczenie to przyznaję, że się trochę zapuściłem. Brak mi systematyczności w pracy. Myśląc o mistrzach przychodzą mi na myśl dwie osoby, które najbardziej dotychczas pomogły mi się rozwinąć: to – Przemek Sowa – recytator i reżyser, to z nim zrealizowałem monodram „Rowerek”, to była cenna nauka oraz pani Sylwia Maszewska – logopeda artystyczna, aktorka Teatru Wielkiego. Ona bardziej zwracała uwagę na te aspekty techniczne, żeby dobrze wymawiać słowa, by dykcja była odpowiednia, oddech itp.,. choć interpretację wierszy też ćwiczyliśmy. Byłem kilka razy na warsztatach aktorskich Sfilmowani, gdzie można poćwiczyć scenki dramowe, poimprowizować pod okiem aktorów teatralnych i filmowych takich jak Grażyna Szapołowska, Janusz Chabior, Edyta Olszówka czy Błażej Peszek.

Lubisz czytać?

Tak. Nawet lektury potrafią być ciekawe, ale muszę przyznać, że dużo bardziej wolę obraz. Kocham różnorodne gatunkowo filmy, z mamą oglądam filmy niszowe w kinach studyjnych, jeżdżę na festiwale, jestem na bieżąco z polskimi filmami krótkometrażowymi i animacjami. Podobają mi się też polskie dokumenty. Zaległości nie do nadrobienia mam w kinie światowym. Tyle jest wspaniałych filmów, że nie da się wszystkich zobaczyć. Dużo też gram na komputerze. Chciałbym więcej oglądać, bo to bardziej wzbogaca człowieka niż granie na komputerze, ale takie jest życie.

A filmy pod jakim kątem oglądasz?

Interesuje mnie dosłownie wszystko, to jak jest opowiedziana historia, jak jest skonstruowana postać, ale także przyglądam się jak operatorsko prowadzona jest historia. Każdy, nawet najmniejszy detal ma w filmie ogromne znaczenie, jak masz tego świadomość, to zaczynasz na to zwracać uwagę. Lubię filmy przeżywać, ale też dobrze się na nich bawić, lubię duży ładunek intelektualny i obrazy, w których smutek przeplata się ze śmiechem. Choć przyznam, że ostatnio nieco się zafiksowałem na kino popcornowe, superbohaterskie. Jestem zwykłym nastolatkiem. l
Rozmawiała Beata Sakowska