Kocha muzykę. To nie tylko pasja, to nie tylko sposób na życie, na zarabianie pieniędzy, to dużo więcej. – Jeżeli przyjdzie nawet taki czas, że przestanę śpiewać, przestanę grać, to i tak będę szukać innych możliwości, by z nią mieć do czynienia, choćby komponując dla kogoś – mówi Pavel Samokhin, założyciel i lider Samokhin Band.

LIFE IN. Łódzkie: Z Rostowa nad Donem do Łodzi jest dość daleko. Jak tu trafiłeś?

Pavel Samokhin: Można powiedzieć, że przypadkiem. Konstantin Sadowski, perkusista, z którym grałem, miał polskie korzenie, jego rodzina pochodzi z Łodzi. Gdy jeździliśmy z Rostowa do Niemiec na koncerty, zatrzymywaliśmy się u jego rodziny, by chociaż odświeżyć się i zjeść coś normalnego. Konstantin miał dużo ciekawych pomysłów i dobrze znał Polskę. Zaczął załatwiać koncerty, także w łódzkich klubach – Rolling Stone, Forum Fabricum, Irish Pub, czy Łodzi Kaliskiej. Zauważyłem, że bardzo dobrze nam się w Polsce występuje. Nie tylko w Łodzi, ale i w innych miastach. Oczywiście w Niemczech zarabialiśmy więcej, ale za to w Polsce ludzie na koncertach byli o wiele cieplejsi, lepiej przyjmowali grany przez nas jazz. Na dodatek bardziej doświadczeni polscy muzycy nie raz podpowiadali nam jak coś można lepiej zagrać, zaimprowizować. Dzięki temu, w tamtym czasie, bardzo dużo nauczyłem się właśnie jako muzyk, więcej niż wcześniej u siebie. W Polsce zrozumiałem, że samo skończenie konserwatorium to za mało. Bardzo dużo nauczyłem się też grając na statku wycieczkowym z zespołem Alex Band, do dzisiaj jestem im wdzięczny.

A co spowodowało, że tu zostałeś?

Pewnego razu podczas koncertu w klubie Rolling Stone zobaczyłem bardzo ładną dziewczynę. Postawiłem jej martini i odprowadziłem do domu. To było jeszcze w czasach, gdy w szkołach uczono języka rosyjskiego, więc trochę łatwiej było nam się porozumieć. Spotkaliśmy się ze dwa razy na kawie, nic większego z tego nie było. Dwa lata później przyjechałem z zespołem na zaproszenie klubu Forum Fabricum. Promowaliśmy nasz koncert na Piotrkowskiej jeżdżąc rikszami i na Placu Wolności zobaczyłem bardzo ładną dziewczynę. Spytałem ją, czy pomoże nam w rozdawaniu ulotek. Chcę podkreślić, że wtedy w Polsce było bardzo pozytywne, lepsze niż teraz, nastawienie do cudzoziemców. Wsiadła do rikszy, rozdawała te ulotki, ja grałem na trąbce. I kiedy dojechaliśmy już prawie do Horteksu, to popatrzyłem na nią kolejny raz i zobaczyłem, że to Ola, ta sama dziewczyna, z którą spotkałem się kilka razy dwa lata wcześniej. Zapytałem: to Ty Ola. A Ona uśmiechnęła się i powiedziała: „tak”. Od tego momentu zaczął się jakby nasz romans. Uznałem, że skoro spotkałem ją po raz drugi, po takiej przerwie, to jakiś sygnał z „góry”. Miałem wtedy dziewczynę w Rostowie, ale po powrocie rozstałem się z nią, bo zakochałem się w Oli. W 2000 roku już bez zespołu przyjechałem do Polski, chciałem tu być razem z moją Olą.

Jakie były Twoje muzyczne początki po przyjeździe?

Nie miałem zespołu. Grałem na ulicy i tak poznałem Przemka Pogockiego, który grał na bandżo. Zaczęliśmy grać razem. Przemek ukończył Akademię Muzyczną w Katowicach, dziś to szanowany wykładowca, profesor. Później dołączył do nas z saksofonem Michał Kobojek. I tak w trzech graliśmy po całej Polsce. Powoli pojawiało się coraz więcej znajomości muzycznych. Coraz lepiej mówiłem po polsku. Później powstał zespół Dixie Friends Medicus Band, nagraliśmy nawet płytę i graliśmy dużo koncertów w weekendy. To był bardzo fajny czas. W 2003 roku założyłem Samokhin Band.

Kim się czujesz, Rosjaninem, Polakiem…?

W pierwszej kolejności czuję się Słowianinem. Czy to będzie Polska, Serbia, Bułgaria, Ukraina, Białoruś czy Rosja to dla mnie nie ma różnicy. Nie czuję się w Polsce obcokrajowcem. I jestem z tego dumny. Uważam, że łączy nas wspólna słowiańska kultura. Może nasza mentalność jest różna w zależności od kraju, czy narodowości, ale wewnętrznie jesteśmy bardzo podobni, w przyjaźni choćby. Jestem niby Rosjaninem, ale mieszkam tutaj, mam żonę Polkę, dzieci które się tu wychowują, chodzą do szkół. Tu mam przyjaciół. Moje świadome życie, dojrzewanie związane jest z Polską, z Łodzią. Czuję się Polakiem, aczkolwiek nie chciałbym też stracić jakiś swoich rdzennych kozackich korzeni. Wiem, że Kozak jest w Polsce odbierany zarówno negatywnie jak i pozytywnie. Choćby takie powiedzenie, że jak się coś super zrobi, to mówi się „ale jesteś Kozak”. Jednak Kozak doński to taka gorąca mieszanka
kaukaska. Także przez odbieranie muzyki, co zresztą mocno wykorzystuję w swoim zespole. Nie jest łatwo mi powiedzieć Polak, Ruski, Kozak? Ale choćby ze względu na to dorosłe życie, to czuję się właśnie Polakiem, choćby wciąż niezbyt poprawnie mówiąc i z innym akcentem (śmiech).

Czujesz jeszcze momentami w sobie tą „kozackość” z pochodzenia we krwi?

Kozackość to wybuchowość. W Polsce musiałem bardzo na to uważać. Polacy mają inny temperament. Jak coś jest przyczyną konfliktu, to pogadają, by rozwiązać problem, a u nas jak coś się nie podoba, to koniec i zrywamy temat, takie zamykanie gwałtowne drzwi.

Podobno w dzieciństwie nie marzyłeś, by być muzykiem, ale kimś innym. Kim?

Jak każdy, gdy byłem dzieckiem, marzyłem by być strażakiem czy kosmonautą. Ale chciałem też być kombajnistą i zbierać pszenicę, jak widziałem w telewizji (to oczywiście była propaganda) jacy są ważni, jak ludzie dziękują im za to, co robią.

Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z muzyką? Dlaczego trąbka?

Dzięki ojcu. Puszczał mi różne płyty, na przykład Louisa Armstronga. Usłyszałem wtedy pierwszy raz puzon, saksofon, fortepian, jeszcze nie rozumiejąc nawet co to za instrumenty. Pewnego razu tata spytał mnie, które dźwięki mi się najbardziej podobają. Powiedziałem. Następnego dnia kupił mi trąbkę i posłał do szkoły muzycznej.

Grałeś też w orkiestrze wojskowej.

Trafiłem tam zaraz po skończeniu konserwatorium, bo wówczas był taki obowiązek. Rodzice nie mieli, jak inni, tyle pieniędzy, bym mógł uniknąć wojska. Zresztą tam mnie sami chcieli. Wiedzieli, że jestem dobrym muzykiem, a potrzebowali solisty trębacza w jednostce wojskowej w Rostowie. Nie było tam tak źle, broń trzymałem w ręku tylko do zdjęcia. Muzyk w wojsku to był trochę, jak taka święta krowa (śmiech).
Historycznie był to gorący czas…. Wojna w Czeczenii. Też tam pojechałem, oczywiście dobrowolnie, bo można było odmówić wyjazdu. Jednak to jest tak, że jesteśmy zespołem. Gdybym nie pojechał, nie mieliby solisty do grania, a tam przecież byli żołnierze, którzy potrzebowali posłuchać dobrej muzyki, by choć na chwilę zapomnieć o wojnie. Grałem dla ministra obrony, dla Putina. Oczywiście nie brałem udziału w żadnych walkach. Dzięki Bogu, że jestem muzykiem i nie musiałem, ale oczywiście sporo widziałem. I nie było to miłe, jak to na wojnie…

Twój zespół jest prawdziwą mieszanką energetyczną. Ile w niej jest Ciebie?

Na pewno, jak każdy lider, wkładam swój charakter. Jestem jakby fundamentem, ale do tego dochodzą inni muzycy, z którymi się przyjaźnię, którzy mają swoje pomysły. Ponad rok temu doszedł do nas gitarzysta, także śpiewający, z Serbii, więc zarówno ja jak i inni członkowie zespołu wchłonęliśmy bałkańskie klimaty. To tworzy fajne połączenie. Wcześniej był w zespole Ormianin – Armen Karapetyan, który wnosił dużo klimatów z gorącego Kaukazu. Cenię też pianistę – Wojtka Stępnika, który jest ze mną od początku istnienia zespołu. Ogarnia większość muzycznych sytuacji. Nie boję się tego słowa. Dopasowuje to, co jest w mojej głowie do realiów, tak by dało się tego słuchać, by nie było zbyt połamane rytmicznie. Mieszamy różne klimaty, by ktoś kto przyjdzie na nasz koncert nie był znudzony, by dostarczyć mu jak najwięcej przyjemności i emocji ze słuchania.

Występowaliście jako support przed koncertem Joe Cockera. Jak to wspominasz?

To było duże wyróżnienie. Byliśmy dumni, że mogliśmy grać razem z nim na tej samej scenie. Mieliśmy też okazję do krótkiej rozmowy. Ale najbardziej utkwiło mi w pamięci to, że między naszym występem, a Joe Cockera miała być godzinna przerwa, z której on zrezygnował, chciał wystąpić od razu, bo uznał, że publiczność była świetnie przez nas rozgrzana. Dobrze wykonaliśmy swoją pracę. Wcześniej było kilka podobnych występów. Na przykład współpracowaliśmy ze słynnym zespołem rosyjskim Leningrad, gdy przyjechał do Polski, czy z Kazikiem i zespołem Kult.

Jaka będzie nowa płyta zespołu?

Właśnie kończymy nagrywać nową płytę. Fizycznie będzie gotowa już w maju, ale na oficjalną premierę poczekamy kilka miesięcy. Tytuł płyty „Życie bez snu” mówi, o tym, o czym będzie: o urokach życia, pięknych kobietach i miłości.

Jak relaksujesz się nie grając?

Mam różne hobby. Najważniejsze to karate. Chodzę do klubu Łódzkiej Akademii Karate Tradycyjnego. Na początku zapisałem tam syna, a później siebie. Wiadomo, że ze względu na próby czy koncerty różnie jest z częstotliwością i systematycznością, bo nie zawsze jest czas. Jednak sprawia mi to dużo przyjemności. Lepiej się też dzięki temu czuję i na koncertach mam też dużo lepszą kondycję. Każdy artysta przechodzi pewne etapy. Na przykład problemy z papierosami, czy z alkoholem, nie ma co ukrywać, a sport przypomina mi o higienicznym trybie życia. Nie wydaje ci się, że jak wypijesz te 50 gram to jest super i masz więcej energii do grania, bo oczywiście po godzinie tej energii jest jeszcze mniej, to jest taka pułapka. By jej uniknąć dobrze wybrać sport.

Co jest w życiu najważniejsze?

Oczywiście rodzina. Może zabrzmi to banalnie, bo wszyscy tak mówią, ale taka jest prawda. Kiedy nie masz rodziny, to najważniejsi są przyjaciele. Kiedy masz rodzinę, to ona wychodzi na pierwszy plan. Oczywiście nie da się wszystkiego dla niej poświęcić, ale czasami odmawiam przyjaciołom spotkań, bo wolę pójść z córką do zoo. Przyjaciele też są ważni. Nie to, że są na jakimś drugim planie, bo bez nich choćby nie stworzysz muzyki, nie zagrasz koncertu, bez nich nie powstanie płyta.

Wyobrażasz sobie życie bez muzyki?

Pewnie, ale co to by było za życie (śmiech). Muzyka to nie tylko pasja, to nie tylko sposób na życie, na zarabianie pieniędzy, to dużo więcej. Jeżeli przyjdzie nawet taki czas, że przestanę śpiewać, przestanę grać, to i tak będę szukać innych możliwości, by z nią mieć do czynienia, choćby komponując dla kogoś.

Pavel Samokhin to….

Człowiek, który kocha muzykę, szanuje rodzinę, ceni przyjaciół. Jest dumnym łodzianinem, i cieszy się, że mieszka tutaj. Polubił to miasto.

Pavel Samokhin
Założyciel i lider zespołu Samokhin Band. Rosjanin/Kozak z Rostowa nad Cichym Donem. Gra na trąbce od 6 roku życia. Już jako dziecko wygrał wiele konkursów i zdobył mnóstwo wyróżnień muzycznych. Ukończył Konserwatorium im. Rachmaninowa. Autor tekstów, muzyki i aranżacji utworów. Na scenie emanuje wschodnim temperamentem i niebywałą energią. Porywa serca wysokimi dźwiękami trąbki, ujmuje swoim lekko zachrypniętym głosem.


Rozmawiał Krzysztof Karbowiak
Zdjęcia Archiwum Samokhin Band