Wszyscy znamy powiedzenie: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Powiedz mu o swoich planach”. Mimo tego wciąż zawzięcie planujemy, zapisujemy, realizujemy. Wszechogarniająca nas potrzeba kontroli bezwzględnie nakazuje trzymać się ustalonych terminów, celów i marzeń.

Chwilami łapiąc zadyszkę, biegniemy do kolejnego punktu na drodze do szczęścia, sukcesu i spełnienia. Odhaczamy w złotych notesach następny odcinek trasy i wyruszamy po kolejne trofeum. Natychmiast. Od razu. Bez zawahania się. Szkoda nam czasu na zatrzymanie, pauzę, refleksję i radość. Podskórnie boimy się, że życie nam ucieka. Ucieka. To fakt. Jednak z zupełnie innego powodu.

 

Życie nie lubi pośpiechu, chaosu ani ostrego reżimu. Ono lubi iść swoim rytmem, swoją drogą i swoim tempem, które chwilami niewiele ma wspólnego z naszymi napiętymi, jak struny planami. Życie lubi się zatrzymać, odpocząć, przystanąć na chwilę. Ono potrzebuje złapać oddech, rozejrzeć się dookoła i zachwycić. Życie ma czas. W przeciwieństwie do nas. Dlatego drażni nas ta jego powolność, beztroska i opieszałość. Irytuje nas nieoczekiwana zmiana planów, której nie braliśmy pod uwagę. Nie było jej przecież w naszym scenariuszu. Wścieka nas każdy przejaw ignorancji losu, który rujnuje kolejny misternie utkany plan. Buntujemy się, oburzamy, sprzeciwiamy, wściekamy. „Nie tak miało być!” – powtarzamy jak mantrę. Przecież inaczej to sobie zaplanowaliśmy. Przecież tyle włożyliśmy w to wysiłku. Wszystko na marne. Ech …

Sama do niedawna tak miałam. Źle znosiłam nieoczekiwane zmiany. Chciałam, żeby zawsze było po mojemu bez względu na okoliczności. Za wszelką cenę próbowałam postawić na swoim. Robiłam wszystko, by wygrać z przewrotnym losem, oszukać przeznaczenie i zrealizować swój plan. Traciłam na tym za każdym razem. Traciłam to, co dla mnie najcenniejsze – moją boską energię, radość i miłość do życia. Ten koszt był zbyt duży. Zbyt mocno mnie obciążał. Wiele zabierał, niewiele dawał w zamian. Nawet w przypadkach, kiedy po heroicznej wręcz walce udało się „zawrócić bieg rzeki” i dopiąć swego, nie było w tym poczucia ulgi. Było natomiast potworne zmęczenie.

Na szczęście w porę zrozumiałam, że inaczej wcale nie znaczy gorzej. Nauczyłam się akceptować to, co zaplanował dla mnie los. Z pokorą i wdzięcznością doświadczam każdego dnia. Nie rezygnuję ze swoich planów, ale nie walczę już o nie za wszelką cenę. Jak mówiła moja ukochana babcia: „Co komu pisane, to go nie ominie”. Głęboko w to wierzę, podobnie jak w to, że wszystko ma swój czas. Jeśli nie teraz, być może wydarzy się kiedy indziej. Taka postawa wnosi do życia dużo spokoju i zaufania. Pozbawia nas nerwowości i rozedrgania. W tym roku wymarzyłam sobie egzotyczne wakacje. Zaplanowałam je z aptekarską dokładnością. I co? I nic! Los najwyraźniej miał dla mnie inny plan.

Kilka miesięcy temu adoptowałam Lemona, cudnego psiaka, któremu życie dało ostro w kość. Bez nerwów, buntu i złości szybko zmieniałam wakacyjną destynację i pojechałam z całą ferajną nad polskie morze. „Egzotyczna wyspa morze poczekać” – pomyślałam. „Lemon już nie mógł”. Jak się domyślacie, było cudnie! Bo inaczej przecież wcale nie znaczy gorzej.

Kasia Malinowska – certyfikowany coach, trener
Ambasadorka Fundacji Sukces Pisany Szminką. Specjalistka w zakresie budowania pewności siebie, wewnętrznej siły oraz emocjonalnej równowagi. Twórczyni takich projektów jak: Kobiety! Czas na kawę oraz Odważne w Biznesie. Właścicielka INSPIRATION Centrum Językowo-Szkoleniowego. Prowadzi warsztaty, szkolenie oraz coaching indywidualny w języku polskim i angielskim.