Niezmiennie idzie swoją drogą. Nie czeka, aż dostanie od życia coś za darmo. – Chcesz czegoś? – sięgnij po to! – mówi i wciąż stawia przed sobą nowe zadania. I choć bardziej przypomina anioła, to walnąć pięścią w stół też potrafi. Matka, żona, artystka… Po prostu Anita Lipnicka.

LIFE IN. Łódzkie: Chętnie wraca Pani do Łodzi , do Piotrkowa Trybunalskiego?

Anita Lipnicka: Moja mama wciąż mieszka w Piotrkowie Trybunalskim, bywam więc tam w odwiedzinach. To miasto na zawsze pozostanie dla mnie szczególne – tam się urodziłam, dorastałam, ono mnie w dużej mierze ukształtowało. Moja teoria jest taka, że wbrew pozorom, łatwiej w życiu do czegoś dojść, coś osiągnąć, ludziom z mniejszych miast niż wielkich aglomeracji. Bo to, co nas motywuje, to często nie obfitość, różnorodność możliwości, ale pewne niedostatki, braki, które staramy się zrekompensować. Wychowałam się w miejscu, gdzie było jedno kino, dwa domy kultury, żadnego teatru… W mieście nie było wielu atrakcji. Dodatkowo czasy mojego dzieciństwa to końcówka komuny – wszędzie szaro, biednie – egzystencja bez specjalnych fajerwerków. Mieszkania moich kolegów wyglądały podobnie, każdy miał w pokoju tę samą meblościankę, kanapki w szkole z tym samym serem. Ale był w tym jakiś urok. Cieszyliśmy się prostymi rzeczami. Święta Bożego Narodzenia do dziś kojarzą mi się z zapachem pomarańczy – bo tylko raz w roku „wrzucali” je do sklepów. Chałwa była prawdziwym rarytasem , też takim od święta. A jak do domu kultury przyjeżdżali aktorzy z Warszawy z jakimś spektaklem czy recitalem, to było wielkie wydarzenie i nie wolno było go przegapić. W gruncie rzeczy życie było o wiele prostsze i wcale nie mniej ciekawe niż teraz. Wręcz przeciwnie. Czasem nachodzi mnie refleksja, że ten mój Piotrków dał mi więcej, niż Warszawa dzisiaj daje mojemu dziecku. Zmotywował mnie, aby się z niego wyrwać, ruszyć w świat po więcej. Trudno o tę samą motywację, gdy żyjesz już w centrum tego „lepszego” świata.

Te powroty wiążą się raczej z miłymi wspomnieniami. Domem rodzinnym, pierwszymi miłościami i pierwszymi krokami w muzycznej karierze.

Tak, to miłe wspomnienia, miejsca, które wiążą się z konkretnymi wydarzeniami, momentami w moim życiu. Niektóre z tych miejsc już nie istnieją, jak chociażby kawiarnia Ormianin na starówce, do której chodziło się na wagary, paliło papierosy i godzinami gadało o sensie egzystencji. Albo wspomniane wcześniej kino Hawana, w którym po raz pierwszy przeżywałam na filmach jakieś uniesienia, poznawałam twórczość wielkich kinematografów takich jak Polański, czy Bertolucci…Na scenie tego kina oraz pobliskiego amfiteatru, stawiałam też pierwsze kroki jako wokalistka, śpiewając w swoim pierwszym zespole pod nazwą Certificado. Potem życie pognało mnie do Łodzi, tam wynajmowałam swoje pierwsze mieszkanie, śpiewając już w innym zespole – Varius Manx.
Były plany, marzenia.

Czy muzyczny rozwój, kariera potoczyły się tak, jak Pani sobie to wyobrażała?

Gdy śpiewa się już ponad 20 lat, jak ja, człowiek uczy się cieszyć, doceniać fakt, że w ogóle to nadal robi! Wspiąć się na szczyt to jedno, utrzymać się na górze, to zupełnie co innego. Niewielu osobom to się udaje. Miałam w swej karierze wzloty i potknięcia. Upadku na szczęście nie zaliczyłam – wciąż żyję z muzyki, nadal to, co robię, niesie mi wiele radości i przynosi poczucie spełnienia. Nie zmieniłabym ani jednego wątku ze swej muzycznej historii. Wszystko miało swój czas, odegrało swoją rolę, każdy mój krok, każda decyzja. Myślę, że grzechem byłoby prosić o więcej. Udało mi się stworzyć parę dobrych płyt, rzeczy, z których jestem dumna. Moja kariera rozpoczęła się bardzo wcześnie, rzeczy które śpiewałam kiedyś, zdobyły wielką popularność. Ale to dopiero albumy nagrane w ostatnich 10-13 latach dla mnie są tymi, z którymi się w pełni identyfikuję. Sukces osobisty nie zawsze idzie w parze z sukcesem komercyjnym. To też jest rzecz, którą człowiek odkrywa i uczy się akceptować z biegiem czasu. Mam poczucie, że bez względu na to, jak jestem odbierana przez innych, idę niezmiennie swoją drogą. I to daje mi satysfakcję.

Czy za czymś Pani tęskni , czegoś Pani brakuje? Brakuje mi czasu na nic nierobienie!

Czasem chciałabym zwyczajnie się zatrzymać, odpocząć od wszystkiego – codziennych obowiązków, problemów, zmagań z rzeczywistością. Są to typowe narzekania dorosłego człowieka, który czasem tęskni za beztroską dzieciństwa. Realnych powodów do narzekań nie mam. I jestem już na tyle doświadczona życiem, by zdawać sobie sprawę, ze postawa roszczeniowa, czy wyczekująca, niczego nie zmienia. Chcesz czegoś? – sięgnij po to, zawalcz jeśli trzeba. To już ten moment, że nie ma się marzeń. Tylko zadania do wykonania. I się je po prostu wykonuje.

Często podkreśla Pani, że Pani płyty są odzwierciedleniem momentu, w który się obecnie znajduje. Co odzwierciedla najnowsza płyta „Miód i dym”: szczęście, zadowolenie, spełnienie, nowy etap, nową drogę?

Płyta „Miód i dym” jest przede wszystkim zapisem fajnej energii zespołowej, jakiejś magii, która zadziała się miedzy grupą ludzi, i której produktem ubocznym jest muzyka. Całość materiału powstawała w Górach Sowich, podczas spontanicznych pobytów w domku nad jeziorem, które nazywaliśmy z moimi kolegami muzycznymi koloniami. Oczywiście nie jest to jakaś przypadkowa zbieranina pomysłów – wszystko zostało pieczołowicie wypracowane, opatrzone odpowiednimi brzmieniami, poddane przemyślnej obróbce w studio. Jednak udało się na tym albumie zachować pewną świeżość, niewymuszoną ekspresję, bo powstawała szybko i na pełnym luzie. Produkcyjnie jest to płyta przesiąknięta bliskimi memu sercu posthipisowskimi klimatami, dużo na niej korzennego, folkowego grania, trochę wpływów blues’a i alt country. Tekstowo, z uwagi na okoliczności w jakich wszystko się rodziło, dużo tam wątków, metafor przyrodniczych. I całe spektrum emocji – od refleksji, zadumy choćby nad przemijaniem, po czystą radość z bycia tu i teraz i pewien dystans, czy nawet mrugnięcie okiem do życia.

Trzeba było uciekać w góry? Trudno skupić się w domu?

No jakoś trudniej. Przynajmniej mi trudno. Kiedy jestem mamą, żoną ,kiedy trzeba wstawić pranie, zrobić zakupy, ugotować obiad itd., trudno osiągnąć stan skupienia, który sprzyja tworzeniu, wyzwala kreatywne myślenie. Zawsze miałam problem z łączeniem życia zawodowego z prywatnych, te światy się przenikają, i ciągle balansuję na ich granicy, mając poczucie, że w gruncie rzeczy przegrywam na każdym polu! Jak się wkręcam w muzykę, winię się, że odpuszczam obowiązki domowe, matczyne. Kiedy za bardzo odpłynę w rodzinne sprawy, mam wrażenie, ze znikam jako artystka. I tak to trwa wiecznie…

Nie tęskniła Pani za córką?

Oczywiście, że tęskniłam. A ona za mną. Ale bez przesady, nie znikałam na długie tygodnie! To były kilkudniowe wypady. Córka chodziła do szkoły, zajmowała się swoimi sprawami, a ja tworzyłam płytę. Ona wie, że wtedy nie ma mnie w domu. Sama płyty nie stworzę, ani jej sama nie nagram. Potrzebuję do tego ludzi i innych miejsc niż dom.

Jaką jest Pani matką? Zbyt pobłażliwą, miękką, niewystarczająco stanowczą.

Zdaję sobie sprawę z moich niedociągnięć w tej materii. Ale jednocześnie jestem jakoś zaprogramowana i z trudem przychodzi mi granie nienaturalnych ról. Tym bardziej jeśli miałaby to być rola matki. Jestem jaka jestem. Najważniejsze, że kocham moje dziecko, otaczam je opieką, jestem oparciem, skałą, niosę schronienie, daję ciepło. Wypuszczam na szerokie wody dając jasno do zrozumienia, że gdyby coś, będę czekać na brzegu.

Pracując nad ostatnią płytą zdecydowała się Pani na pracę zespołową. Lepiej w grupie, czy jednak solo?

Byłam nieco znużona samotniczym trybem pisania piosenek. Moje poprzednie dwie płyty powstawały w ten sposób, były dosyć introwertyczne. Miałam ochotę na eksperyment, grupowe twórcze doświadczenie. Musze przyznać, że taki model pracy bardzo mi przypadł do gustu.

Potrafi Pani walnąć pięścią w stół? Bo z wyglądu przypomina mi Pani bardziej anioła.

Oczywiście, że potrafię! Gdybym tego nie umiała robić, dawno temu przepadłabym jako artystka. Umiejętności muzyczne to jedno, natomiast egzekwowanie pomysłów, realizacja zamierzeń, to zupełnie coś innego. Cała logistyka mojej pracy, zatrudnianie odpowiednich ludzi, planowanie zdarzeń, sytuacji, trzymanie pieczy nad każdym etapem nagrań czy promocji płyty – to są pola działań, gdzie musisz wiedzieć czego chcesz bardzo konkretnie. I jeśli trzeba – walnąć pięścią w stół, by osiągnąć zamierzone cele.

Porozmawiajmy nieco o Pani muzycznych fascynacjach i o tym , jak się one zmieniały z biegiem lat.

Zmieniały się bardzo, i jest to naturalne. Muzyką buntu, mojej młodości, był cały ruch grunge płynący z Seattle – Nirvana , Prearl Jam, Sound Garden… Ale też w podobnym czasie U2 albo The Cure, na przykład. Potem zaczęło mnie znosić w stronę bardziej akustyczną, w rejony piosenki autorskiej. Lubiłam takie panie jak Sarah McLachlan, Shawn Colvin, Suzanne Vega, Tracy Chapman czy Sheryl Crow. Potem było całe mnóstwo innych nazwisk po drodze, postacie coraz bardziej alternatywne, jak Cat Power, Nina Nastasia, Laura Veirs, Smog, Bonny Prince Billy czy Ray La Montagne. Ale też zespoły, takie jak Shearwater, Callexico, The National… Strasznie długa lista. Ale wszystko gdzieś tam miało zawsze swój wspólny wątek – to była Ameryka, granie osadzone w tradycji instrumentów akustycznych, klimatów folkowych, z elementami bluesa i country. Bohaterami, którzy trwają przy mnie przez te wszystkie lata są Leonard Cohen, Bob Dylan czy Nick Cave, który w moim odczuciu jest klasykiem nowych czasów.

A do koncertowania z Johnem Porterem kiedyś Pani wróci, czy to zamknięty rozdział w Pani życiu?

Trudno powiedzieć. Oboje jesteśmy zajęci, mamy swoje plany, osobne życia teraz. Ale często z rozrzewnieniem wspominamy czasy naszej współpracy i gdzieś tam do niej tęsknimy, wiemy, że była to sytuacja niepowtarzalna, unikatowa. Jeśli czas i okoliczności pozwolą, chcielibyśmy jeszcze coś razem zrobić.

Mówią, że nie marzy Pani o białej sukni i nie wierzy w miłość do grobowej deski. A jednak…

A jednak życie potrafi nas zaskakiwać. Na swoją obronę powiem tylko, że moja suknia ślubna nie była biała, i że zrobiłam to, powiedziałam „tak”, na swoich warunkach – na dzikiej plaży, o zachodzie słońca, w gronie najbliższych, i nie ślubując żadnemu bogu.

Rozumiem, że w mężu odnalazła Pani Leonarda Cohena, Raya LaMontagne i Benicio Del Toro.

Ha, ha! Dobre sobie! Mąż nie jest ani muzykiem, ani aktorem, ani też nie wygląda, jak żaden z tych panów. Odnalazłam w nim bratnią duszę, przyjaciela, z którym pragnę się zestarzeć. Ale zanim to nastąpi, przeżyć oczywiście wiele fajnych chwil razem.

Przed Panią kolejny koncert w Łodzi. I tym razem wstępowi towarzyszyć będzie trema.

Jak zawsze. Myślę, że w dniu kiedy przestanę się tremować, podejmę decyzję o przejściu na emeryturę.

A w ogóle lubi Pani koncertować, czy zdecydowanie woli etap tworzenia i nagrywania.

Każda z tych sytuacji ma swój odmienny urok. Bardzo lubię pracować w studio, doświadczać tego niezwykłego uczucia transcendencji, kiedy nagle powstaje coś z niczego. Pisanie, tworzenie piosenek, to zajęcie z pogranicza magii, takie wyciąganie królika z kapelusza, natomiast koncerty to taki test, czy królik przeżyje! Za każdym razem, gdy schodzimy ze sceny przy owacjach na stojąc, mam poczucie, że królik ma się dobrze. I to mi daje motywację do wyciągania następnych.

Rozmawiała: Beata Sakowska
Foto: Jacek Poremba