Nie jestem psychologiem ani psychiatrą, nie specjalizuję się w tych obszarach ani im pokrewnych, więc rozprawki o zabarwieniu naukowym nie będzie. Ostatnio jednak dość często dopada mnie pewna myśl i być może to będzie właściwe miejsce i czas na jej oswojenie.

Bodźcem, który wywołał przysłowiowego „wilka z lasu”, był dość nijaki film, reżysera, którego nie pamiętam, z obsadą, która miała zagwarantować niezłą rozrywkę. Tytułu też nie odtworzę, fabuły też nie bardzo, ale utkwił mi w głowie burzliwy dialog głównych bohaterek. Ściślej mówiąc, byłam świadkiem siostrzanej awantury, podczas której jedna z nich wykrzyczała drugiej, że „Ta ma w sobie cholerny gen szczęścia i nawet gdyby lizała znaczki na poczcie, to byłaby spełniona i szczęśliwa”.

Ooooo….pomyślałam…to o mnie! Nie to, żebym pragnęła zostać pracownikiem Poczty Polskiej, ale zdecydowanie posiadam umiejętności adaptacyjne, pozwalające na odnajdywanie szczęścia w czynnościach zupełnie przeciętnych i pospolitych. Co prawda nie opanowałam sztuki zachwytu nad wirującym bębnem z praniem (którą posiada mój kot o wymownym imieniu Happy), ale w zasadzie wielkich różnic nie dostrzegam. Według źródeł, które przejrzałam pisząc ten felieton, dotarłam do informacji, której treść mówi, że ani pieniądze, ani sława, ani dobry wygląd nie zapewnią człowiekowi tego, co obecność w jego DNA dwóch kopii pewnego genu. To wniosek z badań, które objęły ponad 2,5 tys. amerykańskich nastolatków.

Naukowcy przez 13 lat śledzili ich losy. Okazało się, że osoby najbardziej szczęśliwe w tej grupie posiadały długą wersję genu 5-HTTLPR. Jest on zaangażowany w transport serotoniny, cząsteczki niezbędnej dla komórek mózgu do komunikowania się między sobą. Dłuższa wersja tego fragmentu genomu pomaga w szybszym przetwarzaniu neuroprzekaźnika.

W kolejnych źródłach wyczytałam, że 13 lat temu naukowcy kanadyjscy, współpracujący z francuskimi badaczami z Uniwersytetu w Nicei, usunęli myszom gen TREK-1, prawdopodobnie współodpowiedzialny za powstawanie depresji i stanów lękowych oraz za produkcję serotoniny, czyli hormonu szczęścia. Wyhodowane w ten sposób gryzonie, nazwane znokautowanymi myszami, zachowywały się w taki sposób, jakby podawano im leki antydepresyjne przez co najmniej trzy tygodnie.

Naukowcy potwierdzili to za pomocą badań zachowań zwierząt, pomiarów reakcji biochemicznych, elektrofizjologicznych i innych. Media poinformowały z entuzjazmem (o zgrozo) o stworzeniu wiecznie szczęśliwych myszy. No i klops. Nie po drodze mi z ponurą wizją, w której moja rola zarządzania światem pełnym szczęśliwości, ograniczona zostaje do zera.

Po co treningi mindfulness, medytacja, afirmowanie szczęścia podczas wieczornego wchodzenia w stan teta? Gdzie znajdę usprawiedliwienie dla tabliczki czekolady, która tańczy z moimi endorfinami? W sumie po co treningi, spacery i budowanie relacji, które mają tak znakomity wpływ na naszą gospodarkę hormonalną i poczucie szczęścia?

Mój świat się zawalił…Powyższe doniesienia postanowiłam jednak potraktować z pewną dozą niepewności i ograniczonego zaufania, pozostawiając swój los pełen małych rozkoszy, we własnych rękach. Natomiast wizję inżynierii genetycznej odsuwam od siebie najdalej jak mogę. Bo jak bardzo bym nie pragnęła szczęścia, chwilowe szlochy i dramaty są dla mojej twórczej natury niezbędne. Co więcej… paradoksalnie to właśnie w tych chwilach słabości i zwątpienia dokarmiam swój gen szczęścia, mocnym postanowieniem o życiu w ogrodzie wiecznej szczęśliwości. Czego i Wam życzę z całego serca.