Każdej swojej roli oddaje całą swoją wrażliwość, wiedzę i wiele sił witalnych. Chciałaby kiedyś zagrać z Januszem Gajosem i Piotrem Fronczewskim, których uwielbia od dzieciństwa. Ewa Audykowska-Wiśniewska, aktorka Teatru im. Stefana Jaracza, specjalnie dla LIFE IN. Łódzkie.

LIFE IN. Łódzkie: Nie jesteś łodzianką z urodzenia. Gdzie spędziłaś swoje dziecięce lata?

Ewa Audykowska-Wiśniewska: Urodziłam się w Środzie Śląskiej, ale przez pierwsze trzy lata mojego życia mieszkałam z rodzicami i bratem na wsi, w Kulinie, w domu moich dziadków. Wyprowadziliśmy się po nagłej śmierci mojego sześcioletniego brata. Po tych traumatycznych przeżyciach zamieszkaliśmy w Brzegu.
To nie było szczęśliwe dzieciństwo… Moja osobowość naznaczona jest trudnymi rodzinnymi przeżyciami. Gdy miałam 10 lat mój ojciec zginął w wypadku samochodowym. Mnie i młodszą o osiem lat siostrę samotnie wychowywała mama.

Czyli raczej nie ciągnie Cię w rodzinne strony?

Do Brzegu, absolutnie nie. Jestem teraz w innym miejscu swojego życia. Po maturze od razu zdawałaś do szkoły filmowej. Oj, to nie było takie proste. Byłam bardzo utalentowanym dzieckiem, świetnie rysowałam. W podstawówce pani od plastyki, chciała bym zdawała do liceum plastycznego. Musiałabym jednak zamieszkać w internacie, a na rozłąkę ze mną nie była wówczas gotowa moja mama. Kochałam sport, trenowałam biegi: krótkie, średnie i długie dystanse. Z dobrym skutkiem startowałam we wszystkich możliwych zawodach. Grałam też w piłkę ręczną, całe popołudnia spędzałam na treningach. W liceum grałam w drugoligowej drużynie koszykówki. Z moim wzrostem 167 cm nadawałam się tylko na rozgrywającą, ale byłam piekielnie szybka.

Dlaczego nie wybrałaś Akademii Wychowania Fizycznego?

Przez trzy lata liceum byłam zdecydowana na AWF, na rehabilitację, ale po trzeciej klasie, za namową kolegi, pojechałam na wakacyjny obóz teatralny. Warsztaty prowadził ówczesny dyrektor teatru w Bydgoszczy i stwierdził, że powinnam zostać aktorką. Trochę mnie to zaskoczyło, aczkolwiek na wszystkich akademiach szkolnych, moje polonistki zawsze mówiły, że pięknie recytuję, że mam talent i kiedyś zostanę aktorką. Zostałam przez nie zaprogramowana. Pamiętam, że kiedy mówiłam wiersze, to wszyscy płakali. Nie wnikam w powody (śmiech).

Jednak zanim zaczęłaś wzruszać na teatralnej scenie…

…pojechałam na egzamin do PWST we Wrocławiu, przeszłam wszystkie etapy i okazało się, że zdałam, ale byłam pod tak zwaną kreską i nie dostałam się z barku miejsc. Nie napisałam odwołania, bo nawet nie wiedziałam, że mogę, wzięłam walizkę i wróciłam do domu. Było już po egzaminach, więc nie mogłam zdawać ani na ASP ani na AWF. Dużo moich kolegów i koleżanek z ogólnika wybrało ekonomię, więc i ja tam trafiłam. Jednak kiedy zaczął się drugi nabór do Studium Nauczycielskiego w Trzebnicy, zrezygnowałam z ekonomii. Dostałam się i mam dyplom nauczyciela wychowania fizycznego. Zrobiłam też kurs rehabilitacyjny. Po ukończeniu studium, dostałam się na trzeci rok AWF w Poznaniu. Równolegle zdawałam do PWST w Warszawie i też się dostałam.

No to zaliczyłaś trochę studiów…

To jeszcze nie koniec! Po tym, jak dostałam się do szkoły teatralnej, zrezygnowałam z AWF-u. Do dziś pamiętam panią w dziekanacie, która prosiła, bym została i grożąc mi palcem, mówiła, że będę żałować. Po roku w PWST zostałam wyrzucona. Dziekan i jednocześnie opiekun roku, profesor Aleksandra Górska, stwierdziła, że z moją wrażliwością nie nadaję się na aktorkę. Powtarzała: „trzeba mieć wrażliwość motyla, ale również odporność skóry słonia”. Bezpośrednio po usunięciu z PWST zdałam do łódzkiej „Filmówki”. Już na drugim roku zagrałam u Bogdana Hussakowskiego w „Opowieści zimowej” Szekspira. Potem u Waldemara Zawodzińskiego w „Celestynie” De Rojasa, a na czwartym roku u Zbigniewa Brzozy w „Panu Pawle” Dorsta. To był mój spektakl dyplomowy. Ostatecznie dyrektor Zawodziński zaproponował mi rolę w „Śnie nocy letniej”, a po rocznym okresie próbnym zatrudnił na etat i tak gram w Jaraczu do dziś.

Która z granych postaci jest Ci najbliższa, którą mogłabyś grać bez przerwy?

Nie mam jednej ulubionej, nigdy też nie oceniam, czy jest dobra, czy zła. Kocham wszystkie moje role, bo oddaję im całą moją wrażliwość, wiedzę i wiele sił witalnych. Robię wszystko, by je oswoić, by się do mnie przykleiły. Praca nad postacią, szczególnie pierwszoplanową, zajmuje nawet trzy miesiące. Jest mozolna, ciężka, okupiona dużym wysiłkiem. Ale przychodzi taki moment, że zaczynam kochać tę postać, bo ją rozumiem i w nią wierzę.

Grywasz gównie postacie dramatyczne, w komediach źle się czujesz?

Nie. Odnajduję się w repertuarze komediowym – granie w takich sztukach sprawia mi ogromną przyjemność. Przykładem może być „Ławeczka na Piotrkowskiej” przygotowana przez Fundację Kamila Maćkowiaka, czy mój gościnny występ w Teatrze Polskim w Poznaniu w „Zwale” Sławomira Shutego w reżyserii Emilii Sadowskiej. Za tę rolę dostałam w 2005 roku główną nagrodę aktorską „Melpomeny” na IV Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy. Grałam też z Kamilem Maćkowiakiem w komedii „Totalnie szczęśliwi” Silke Hassler w reżyserii Jacka Filipiaka.

A w serialach albo filmach grywasz?

Grywam, ale rzadko, raczej epizody.

Film pewnie nie dostarcza Ci tyle radości, co scena?

Nie wiem, bo nigdy nie dostałam głównej roli, właściwie raz dostałam, ale w offowej produkcji „Konstrukcja własna” w reżyserii Tomasza Pędzieszczyka. Można ją zobaczyć na YouTube. Gram tam kobietę, która ma problemy osobowościowe i szuka swojego miejsca w życiu.

Sama nie starasz się o filmowe role?

Teraz, tak naprawdę, nie mam na to czasu. By zabiegać o role w filmach, trzeba być na stałe w Warszawie, uczestniczyć w castingach i trzymać rękę na pulsie. Na początku mojej kariery, kiedy jeszcze nie miałam dzieci, całym moim życiem był teatr. Telewizja realizowała wtedy tylko jeden serial – „Klan”. Nie było w czym wybierać. Poza tym uważało się, że dla aktora teatralnego ujmą jest grać w serialach. No, a kiedy przyszedł na świat mój pierwszy syn, kariera filmowa stała się mniej ważna. Bardzo zależy mi na świadomym wychowywaniu moich dzieci, a to wiąże się z nieustannym poświęcaniem im czasu. Cudownie jest grać w filmach. Praca aktora jest zapisana na taśmie, a zarobki pozwalają na godne życie. Pod względem finansów, teatr jest niewdzięczną formą uprawiania zawodu aktora – zarobki są nieadekwatne do wykształcenia, doświadczenia oraz wysiłku i czasu włożonego w pracę. Na scenie aktorzy pracują umysłem, duszą i ciałem. Przez cały okres prób trzeba się całkowicie angażować – psychiczne, emocjonalne i fizyczne. To ogromnie wyczerpuje. Na dodatek praca w teatrze jest ulotna, istniejesz przez chwilę, a potem nikt już tego nie pamięta. Można to wytrzymać tylko dzięki pasji do tego zawodu.

Aktor, z którym chciałabyś zagrać, to…?

Od dzieciństwa kocham panów Piotra Fronczewskiego i Janusza Gajosa, są charyzmatyczni, niezwykli, po prostu nieprzeciętni. Jestem jednak realistką i już wiem, że nasze spotkanie na scenie jest raczej niemożliwe.

Aktorka, z którą chciałabyś się spotkać na scenie, to…?

Jest wiele wybitnych aktorek, które cenię.

Tu nie masz już tak szybkiej i prostej odpowiedzi.

Szybko straciłam ojca i może podświadomie jako dziecko szukałam kontaktu z takimi ciepłymi, a przy tym charyzmatycznymi mężczyznami.

A z gwiazd Hollywoodzkich…

Nigdy nie myślałam o tym (śmiech). Podziwiam Jeremiego Ironsa, Anthony’ego Hopkinsa cenię niezwykle – po prostu zapiera dech w piersiach, uwielbiam Willema Dafoe, Roberta Redforda. To jest to stare pokolenie, charyzmatycznych, rasowych aktorów. Dziś trudno takich znaleźć. Może Ryan Gosling… A z kobiet – Meryl Streep, Gena Rowlands, Kate Blanchet, Kate Winslet.

Mąż również jest aktorem, gra w Teatrze Nowym. Zagraliście kiedyś razem?

W dojrzałym życiu zawodowym nie. Graliśmy razem w szkole. Byliśmy na jednym roku, w jednej grupie. Po studiach graliśmy przez chwilę we wspólnej bajce, w „Szelmostwach Lisa Witalisa” – założyliśmy firmę i jeździliśmy po szkołach i przedszkolach. Ta bajka sfinansowała nam kilkukrotnie pobyt na wakacjach nad morzem.

Trudno żyć pod jednym dachem aktorskiemu duetowi.

Życie w całym swoim pojęciu jest trudne.

Nie boicie się, że możecie przed sobą grać?

Bardzo dobrze się znamy i wiemy, kiedy gramy w domu, albo coś przed sobą ukrywamy. Ale przypuszczam, że nie aktorzy też to wiedzą. Nie jestem w stanie przewidzieć tego, czy potrafię zapobiec zmianom, dokonującym się w drugim człowieku, czy potrafię wpłynąć na jego wybory. Mogę tylko czekać na szczerość.

Czy zawodowo jesteś spełniona, czy najważniejsza rola jeszcze przed Tobą?

Jest jeszcze wiele ról, które mogą mnie rozwinąć aktorsko. Ale jestem też aktorką spełnioną, mam piękne role w swoim dorobku i jestem wdzięczna reżyserom, z którymi pracowałam – za możliwość spotkania z nimi i doświadczania tylu wielowymiarowych postaci. Ale aktorstwo uzależnia. Od wielkich, dojrzałych aktorów słyszę czasami, że nawet po przejściu na emeryturę, ciągle chce im się grać. Myślę, że to przez emocje i zaangażowanie intelektualne, które cały czas towarzyszom aktorom. I jeśli ktoś cię od tego odcina, to bywa ciężko.

Lubisz się rozwijać, robić coś oprócz grania na scenie?

Skończyłam podyplomowe studia pedagogiczne – terapię i diagnozę dziecięcą. Chciałam zająć czymś umysł, bo mało grałam.

Dlaczego?

Jestem coraz starsza, a starsze aktorki nie są już atrakcyjne, więc minimalizuje się ich rolę w teatrze. W polskim filmie jest pod tym względem jeszcze gorzej. Mam dwójkę małych dzieci. Lęk o byt materialny pcha mnie do szukania alternatyw zarobkowych. Skończyłam terapię z obawy, że nie będę mogła ich utrzymać. Muszę mieć coś w zanadrzu, to jest mi potrzebne dla mojego wewnętrznego spokoju.

A joga…

Jestem namiętną joginką. Sport towarzyszy mi od dzieciństwa, więc szukałam różnych możliwości utrzymania ciała w dobrej kondycji – dla zdrowia i zawodu, a joga to zapewnia. Pozwala na utrzymanie elastyczności, mocy ciała i ważnych pozafizycznych aspektów. Praktykuję hatha jogę 17 lat, bardzo regularnie.

A co robisz w wolnych chwilach, jeśli je masz?

Studia doktoranckie w Szkole Filmowej w Łodzi.

Chcesz wykładać?

Nie myślę teraz o tym. Mój umysł jest jeszcze na tyle sprawny, że chłonie wiedzę i po prostu z tego korzystam. Być może za parę lat jego możliwości się ograniczą i wówczas byłoby za późno na dokształcanie. Chciałabym też stworzyć sobie ewentualną możliwość dzielenia się doświadczeniem. Poza tym sam fakt posiadania możliwości wyboru wzmacnia psychikę.

Najnowsza sztuka, w której możemy Cię podziwiać to „Z miłości” w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego.

Sztuka Petera Turriniego to wspaniały, artystyczny, niebanalny materiał dla aktora. Jej tematem jest ból, wynikający z braku miłości, bliskości, dzieci, pracy, docenienia, umiejętności zrozumienia, akceptacji. Pokazuje również groteskowość człowieka. Wierzę, że każdy spektakl aktywizuje myślenie, dzięki któremu jesteśmy zdolni do refleksji. A przecież to właśnie refleksja jest początkiem przemian w naszym wewnętrznym, duchowym życiu. Kiedy oglądam tak wielowymiarowe spektakle mam wrażenie, że „złapałam Pana Boga za nogi” – dlatego w „Z miłości” analogicznie, jako Elfrida, łapię moją córeczkę za nóżki. Ale nic już więcej nie powiem. To trzeba zobaczyć.

Zdradzisz nam jakie są Twoje ulubione miejsca w Łodzi?

Wszystkie parki, Łagiewniki, okolice katedry, „Ławeczka na Piotrkowskiej” (śmiech). No i najważniejsze, zoo! Dlaczego? Odpowiedź jest w spektaklu „Z miłości”. Zapraszam!

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia: Justyna Nieścierowicz, Paweł Keler
Stylizacja: Adriana Jabłońska, właścicielka marki T Point Concept Store
Make-up: Wiosna SPA