Cieszy się, że może grać w sztuce wyreżyserowanej przez Krystynę Jandę,którą uwielbia bezkrytycznie od 16 roku życia. Kamil Maćkowiak nie chce wracać na etat do teatru,chce dalej rozwijać swoją fundację. Jest przekonany, że wybrał właściwą drogę.

W jakim momencie życia jest teraz Kamil Maćkowiak. Jeszcze rok temu zastanawiał się Pan, czy zamknąć własną fundację i szukać stałego zajęcia.

Był taki moment kiedy straciłem wiarę w sens Fundacji Kamila Maćkowiaka, kiedy nie dostaliśmy kolejnego dofinansowania, kiedy nie miałem pieniędzy na wynagrodzenie dla ludzi i cała ekipa, która tworzyła fundację się posypała. Wtedy wydawało mi się, że już nic mi nie wyjdzie. Okazało się, że ludzie są do zastąpienia i teraz mam wyjątkowy zespół, naprawdę zaangażowany. Dzisiaj jestem w takim momencie, że prędzej wyrwę sobie wątrobę niż zrezygnuję z fundacji (śmiech). Ale wiem, że to też może być chwilowe, że za rok może być zupełnie inaczej. Pamiętam, że wtedy w tych trudnych chwilach, byłem tak zdesperowany, że sięgnąłem po spektakl „Wraki”. Zaproszono mnie do jury w Biesiadzie Teatralnej, która odbywała się w Horyńcu-Zdroju i poproszono, bym dał też pokaz mistrzowski. Okazało się, że ani „Diva Show”, ani „Niżyński”, ani „Amok”, czyli żaden z moich monodramów, nie jest w stanie na tej scenie się zmieścić. Pomyślałem, że zrobię nowy monodram, który zagram tylko na tę okoliczność i przy okazji zmierzę się z czymś z czym zawsze chciałem się zmierzyć – wyjść na zupełnie pustą scenę, bez niczego: jedno światło, zero muzyki, żadnych rekwizytów, po prostu wyjść i mówić. I „Wraki” były takim kompromisem artystycznym. Wiedziałem, że jeszcze jestem w stanie dać widzowi coś, co go utrzyma nie mając w ogóle środków na jakąkolwiek realizację. „Wraki” mamy do dziś w naszym repertuarze, ale gramy ten spektakl sporadycznie.

Czyli już po kryzysie?

To nie jest tak, kultura w moim odczuciu zawsze ma kryzys. Fundacja tylko dwa razy dostała dofinansowanie na realizację spektakli i raz na organizację cyklu szkoleń. Utrzymujemy się tylko
i wyłącznie ze sprzedaży biletów na nasze przedstawienia lub z innych własnych inicjatyw, które organizujemy. Zdarza się, że sprzedajemy spektakle zamknięte, otworzyliśmy się na działalność eventową. I pojawił się ponownie w Łodzi „Niżyński”, który mimo ogromnych kosztów wynajmu sceny w Teatrze Nowym i eksploatacji tego spektaklu nadal przynosi zysk.

Ale na wszystkich afiszach wiszących w mieście zapowiadacie, że to już pożegnanie z „Niżyńskim”?

Tak, w Łodzi zagramy jeszcze kilkanaście spektakli do końca czerwca, w wyjątkowej sytuacji może się zdarzyć, że będziemy grać do końca tego roku. Żegnamy się ze spektaklem w momencie, gdy jest on jeszcze w dobrej formie, co potwierdzają chociażby bardzo dobre recenzje po przedstawieniach wystawianych w Warszawie. Ale z tym spektaklem doszedłem do momentu permanentnego konfliktu między producentem a aktorem, a jak wiadomo obie te role pełnię jednocześnie, więc konflikt odbywa się w jednej osobie. I w przypadku „Niżyńskiego” zwyciężył artysta – nie będę eksploatował spektaklu, który będzie poniżej poziomu, na który nie mogę sobie pozwolić. Ten spektakl stał się już … nie chciałbym użyć słowa legenda, ale ma tyle nagród, tylu widzów w różnych miejscach w Polsce i na świecie go obejrzało, tyle teatrów gościło. Zagrałem go już ponad dwieście razy i nie chciałbym by stał się swojego rodzaju karykaturą. Ten monodram przez te wszystkie lata bardzo się zmienił. Na początku jako dwudziestopięciolatek dotykałem w „Niżyńskim” bardziej neurotycznych stanów, na pierwszym planie była wrażliwość tego człowieka, a teraz bardzo biologicznie, totalnie gram chorobę psychiczną. Zmienił się punkt ciężkości, są nowe projekcje multimedialne, nowa oprawa plastyczna. To chyba kwestia dojrzewania, dojrzewałem wraz z „Niżyńskim”, on we mnie wrósł.

Niżyńskiego zacząłeś grać pracując jeszcze w Teatrze im. Jaracza. Ile spektakli po odejściu z teatru udało się zrealizować Fundacji Kamila Maćkowiaka.

10 lat grałem w Jaraczu. To całkiem sporo. Od kilku jestem na swoim, mam swoją fundację i do tej pory udało nam się zrealizować sześć spektakli i film dokumentalny. Większość z tych spektakli to monodramy. Tylko „Ławeczka na Piotrkowskiej” i „Wywiad” to sztuki dwuosobowe Ostatnio doszedłem do momentu, w którym bardzo chciałem się znaleźć, czyli takiego, że fundacja jest producentem spektaklu, w którym ja nie gram.  Udało nam się zrealizować spektakl „Wywiad” w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego, który po odejściu z Teatru im. Jaracza, realizuje sporo przedsięwzięć poza Łodzią, a w Łodzi pracuje tylko z nami. I bardzo się z tego cieszymy. W tym spektaklu występuje fantastyczny, warszawski aktor Paweł Ciołkosz i  Karolina Sawka, która – nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości – będzie wielką aktorką. Zależy mi na odkrywaniu takich talentów. I w tym momencie udowadniam co niektórym niedowiarkom, że nie stworzyłem fundacji po to, by promować Kamila Maćkowiaka. Przymierzam się do kolejnego spektaklu, będzie to projekt muzyczny, który w założeniu ma być sztuką czteroosobową, to też będzie odkrycie jednego albo dwóch nazwisk. Sztukę będzie reżyserował Waldemar Zawodziński.

Nie żałujesz, że odszedłeś z Teatru im. Jaracza?

Nie, w ogóle.

A wyobrażasz sobie jeszcze powrót na etat do teatru?

Tak, wyobrażam sobie. Zatęskniłem za przynależnością do zespołu po raz pierwszy od bardzo dawna, gdy na youtube oglądałem transmisję z 70-lecia Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. To była wielka feta, wielkie gwiazdy i młodzi aktorzy na jednej scenie we fragmentach Wesela Wyspiańskiego. Oj, zatęskniłem. Bo innego rodzaju zespół tworzę w fundacji. Ja się tu bardziej spełniam jako facet niż artysta, ale to jest dla mnie też bardzo ważne. Uczę się kompromisów. Grając w Jaraczu byłem roszczeniowy, sfrustrowany. Gdy zacząłem pracować na swoim, zacząłem pisać siebie od początku. Teraz zupełnie inaczej odbieram wszystko to, co irytowało mnie w teatrze repertuarowym, np. że coś jest niezrobione, choć 15 osób za to odpowiada. Gdy trzeba w fundacji coś zrobić, po prostu to robię. Bardzo zmieniła się moja optyka. Poprawiła mi się samoocena. I to jest dużo ważniejsze niż przynależność do jakiejkolwiek wyjątkowej grupy. Ale to też nie jest tak, że nie gram w zespole, gram w dwóch spektaklach u Krystyny Jandy, gram w sztuce 9-osobowej, co dla mnie jest już grą zespołową, po tym jak gram monodramy albo dwuosobówki. Grałem w Teatrze Polskim po odejściu z Jaracza, więc grałem w zespole i kilkukrotnie dostałem propozycję angażu i w Warszawie, i w Łodzi do teatrów, a jednak  dalej kontynuuję swoją drogę, bo nie mam wątpliwości, że fundacja zaczęła się rozwijać, kiedy zrezygnowałem z Jaracza. Pewnie kiedyś chciałbym jeszcze przynależeć do jakiegoś teatralnego zespołu, ale jeszcze nie teraz. Nie otrzymałem na tyle atrakcyjnej propozycji, by zrezygnować z fundacji.

Wspomniałeś o Krystynie Jandzie, jak się pracuje z osobą, która przez lata była dla Ciebie kimś wyjątkowym?

Krystyna Janda jest moim zawodowym autorytetem od 16 roku życia. Pisałem o niej maturę z polskiego i oczywiście dostałem szóstkę. To właśnie Janda i grana przez nią Modrzejewska w dużej mierze spowodowały, że jestem aktorem. Zresztą przed egzaminem do szkoły teatralnej, udało mi się z nią spotkać w jej garderobie i przez pół godziny absorbowałem ją swoim pseudo talentem, żeby zdecydowała, czy się nadaję na aktora. Wtedy zdecydowała, że się nadaję, ale nie dostałem się do szkoły teatralnej. Mam wielkie szczęście, że udało mi się pracować z Krystyną Jandą. Zadzwoniła do mnie z propozycją zagrania w „Lekcji stepowania”, gdy byłem w trudnym momencie życiowym. Spytała, czy umiem stepować, a ja na to: „Dla pani nauczę się nawet tańczyć na rzęsach”. Jestem jej wielkim fanem. Ona wie, że ją uwielbiam, że mój podziw dla niej jest tak czytelny jak spojrzenie psa. Gdy jestem w jej towarzystwie, cały czas mam ochotę piszczeć: jaaa, jestem z Krystyną Jandą! (śmiech). Wszystkie filmy i spektakle z jej udziałem obejrzałem po tysiąc razy, ona mnie ukształtowała.

Pieniądze, popularność… co przekonało Cię do zagrania w serialu „Barwy szczęścia”?

Przede wszystkim potrzebowałem pieniędzy na prowadzenie fundacji. Gdy grałem w serialu mogłem zrezygnować z honorarium za spektakle. A poza tym czasami dobrze jest odreagować codzienną pracę w Łodzi.

Ale serialowego Marcela nikt nie lubił?

Fajnie mi się grało tę postać, bo już nie gram, wyjechałem na odwyk, tzn. mój bohater wyjechał. Zresztą ta postać ewaluowała już w bardzo niebezpieczną stronę, stawałem się coraz większym łajdakiem, a ludzie w realu zbyt mocno identyfikowali mnie z graną postacią. Kiedyś, gdy kupowałem wino w Żabce, starsza pani zwróciła mi uwagę: jak panu nie wstyd, tyle pan już krwi napsuł. Wcześniej grałem w kilku serialach „Pensjonat pod różą”, „Oficerowie”, „Kryminalni”, ale nigdy nie byłem tak mocno identyfikowany z postacią, która gram.

Ciągnie Cię do filmu, nie mówię o telenowelach?

Tak, ale bardziej do wyprodukowania filmu offowego, bo fundacja nie ma takich możliwości, żeby zrobić pełnometrażowy film. Niedługo zaczniemy produkować 20-30 minutowe etiudy filmowe. Wreszcie zaczynają do mnie przychodzić artyści ze swoimi pomysłami, ludzie się przekonali, że Maćkowiak nie stworzył fundacji, żeby lansować Maćkowiaka.

Utożsamiany jesteś z takimi nieco mrocznymi klimatami? „Niżyński” choroba psychiczna, „Diva Show” zaburzenie osobowości borderline, „Amok” uzależnienie od narkotyków i alkoholu, „Wraki” żałoba po żonie. Tylko „Ławeczka na Piotrkowskiej” jest tak naprawdę komediowym spektaklem?

Teraz mnie ciągnie w mroczne tematy w bardzo atrakcyjnej oprawie (śmiech), bardzo przystępnej dla widza. Angażuję się w takiej projekty, które coś mi dają, czegoś mnie uczą. Na pewno bardziej fascynująca jest historia Niżyńskiego niż Stefka Burczymuchy czy Pinokia, upraszczając i ironizując oczywiście. Traumatyczne role grałem przede wszystkim, gry pracowałem jeszcze w Jaraczu, teraz bardziej zmierzam w kierunku komediowości. Nie tylko dlatego, że fundacja musi mieć komedie w repertuarze, bo one się dobrze sprzedają, ale dlatego, że jestem na takim etapie życia, że śmiech widzów więcej znaczy niż ich wzruszenie. Wiem, że umiem wzruszać, wzruszałem nieraz, ale wiem też, że potrafię widza rozbawić. Najlepiej jest kiedy w jednej sztuce potrafimy i wzruszyć, i rozbawić, tak jak chociażby w monodramie „Diva Show”, który okazał się naszym sukcesem zarówno w wymiarze frekwencyjnym jak  i finansowym. Nasz najnowszy spektakl „Wywiad” szokuje, wzrusza i bawi, i to jest właśnie taki teatr, który mnie teraz najbardziej interesuje. Teatr emocji – nie refleksji, nie intelektu, nie symboliki.

Otrzymałeś wiele nagród, która jest dla Ciebie najważniejsza?

Jedna jest najważniejsza, bo jest prestiżowa – to Grand Prix w Petersburgu, za „Niżyńskiego” na Międzynarodowym Festiwalu Monodramów w Rosji. To było dla mnie duże wyróżnienie. Druga to nagroda Schillera dla twórcy sezonu, przyznawana przez Związek Artystów Scen Polskich tylko jednej osobie. Dostałem tę prestiżową nagrodę nie jako aktor, ale jako reżyser, scenarzysta i wykonawca monodramu „Diva Show”. Cieszy mnie to, bo pierwszy raz zostało zauważone nie tylko, że gram, ale również to, że to realizuję. To nagroda przyznawana przez bardzo zacne grono i to w dodatku za monodram, któremu mało kto wróżył sukces. Gdy po odejściu z Jaracza, zacząłem przygotowania do tego spektaklu, wszyscy zastanawiali się, czy nie jestem pod wpływem jakichś silnych narkotyków. Nie dość, że rzuciłem posadę w teatrze, założyłem fundację, to jeszcze teraz będę w szpilkach biegał po scenie. W tym przedstawieniu gram bohatera o zaburzonej osobowości, który na jeden wieczór chce stać się Tiną Turner i te pierwsze dwie minuty, kiedy się nią staję, to chwile, których się koszmarnie wstydzę. Wstydzę się tego udawania. Potem jak zaczynam obnażać moją postać, mój stosunek do postaci, do tego o czym jest ten spektakl, to wstydu już nie ma.

Skoro mowa o wstydzie, to czy masz tremę przed występami?

Pewnie bym jej nie miał, gdybym przed występami sięgał po dwie lampki wina, ale patrząc na to jak często gram, zostałbym alkoholikiem. Tak na poważnie, oczywiście są takie spektakle, jak chociażby „Niżyński”, przed którymi nie da się wyzbyć tremy. Wtedy lubię samotność. Odkąd gram spektakle fundacji towarzyszy mi też zupełnie nowy rodzaj tremy wiążący się z odpowiedzialnością za całe przedsięwzięcie.

Jakieś rytuały przed występem?

Najwięcej rytuałów mam przed „Niżyńskim”, czyli przed najcięższą swoją rolą. Robię wszystko, by się nie stresować, słucham więc w garderobie muzyki i do ostatniej chwili nie myślę o roli.

Ukończyłeś szkołę baletową w Gdańsku. Co spowodowało, że zdecydowałeś się na aktorstwo?

To, że zdecyduję się na aktorstwo wiedziałem jeszcze zanim skończyłem szkołę baletową. Aktorstwo w porównaniu z baletem wydawało mi się pełniejszą formą wyrazu, bardziej mnie interesowało. Gdybym został tancerzem byłbym już na emeryturze. Jako aktor nie mam tego ograniczenia. Wprost przeciwnie – aktorem można być w każdym wieku. Aktor, dopóki żyje, może być czynny zawodowo, tancerz niestety nie.

W Łodzi znalazłeś się przez przypadek? Jakie wrażenie wywarło na Tobie to miasto wtedy, jakie wywiera dzisiaj?

Chciałem studiować w Warszawie, ale dostałem się do szkoły filmowej w Łodzi i tak trafiłem do tego miasta. Nie będę ukrywał, że Łódź mnie przeraziła. Absolutnie przeraziła, ale z upływem czasu zacząłem wchłaniać to miasto. Teraz tu mam swoją publiczność, tu mam swoją firmę, tu mam swoje mieszkanie, tu mam swoich przyjaciół. To miasto naprawdę bardzo się zmienia i dzisiaj myślę, że staje się dużo bardziej przystępne. Przyznaję, czasami bywa irytujące, jest w niektórych miejscach festiwalem zmarnowanych szans, ale jest moim miastem i widzę, jak ogromny progres dokonał się w nim w ciągu ostatnich kilku lat.

Nie opuścisz już Łodzi?

Tego nie wiem, ja w ogóle nie umiałbym odpowiedzieć, poza tragicznym wypadkiem, który odpukać mógłby się przytrafić, gdzie ja chciałbym jeszcze być w życiu. Dom jest tam gdzie jest rodzina, są relacje, ale chyba przede wszystkim tam, gdzie jest praca.

Rola życia?

Teraz mam jedną rolę: bycia jak najlepszym liderem fundacji. A z takich ról aktorskich, gdzieś tam zawsze się ćmi cały repertuar szekspirowski. Ale myślę, że najważniejsze są dla mnie autorskie spektakle, które sam będę sobie przygotowywał, czyli moje offowe kameralne spotkania z widzami. Ja to bardzo lubię, a poza tym taka właśnie forma wyróżnia nas w ofercie teatralnej miasta. Marzy mi się własna scena. Dopóki nie będę jej miał, dopóty nie będę mógł rozwinąć w pełni skrzydeł. Marzę o miejscu, które stworzę dla łodzian – interdyscyplinarnym centrum kultury i rozrywki, miejscu, z którego Łódź będzie mogła być dumna.