Ostatnio znów jest o niej głośno. Wydała kolejną część swojej autobiografii, wraz z mężem wyprodukowała musical na podstawie historii swojego życia (premiera w Aldwych Theatre w Londynie, kolejne inscenizacje powstają w kolejnych muzycznych teatrach Europy). Jeszcze w marcu na jednej ze streamingowych platform ma mieć premierę pełnometrażowy dokument o jej życiu i jak sama zaznacza „dziedzictwie”.

Właśnie, bo Tina Turner to nie tylko wprost niewiarygodnie charyzmatyczna wokalistka, która przecierała szlaki takim swoim następczyniom, jak Beyonce czy Rihanna. To więcej niż pięćdziesiąt lat nieprawdopodobnej estradowej kariery, tytuł „królowej rock’n’rolla”, czy wpis do Księgi Rekordów Guinnessa za koncert w Rio de Janeiro dla 182 tysięcy wielbicieli na Stadionie Maracana. Tina Turner to pewne przesłanie, życiowe credo, które konsekwentnie w swoim 82-letnim życiu realizuje: „zmieniać truciznę w lekarstwo”, tzn. umieć spojrzeć na swoje życiowe nieszczęścia i problemy jako na szansę, na rozwój, zmianę, a finalnie dojście do
tego, czego się nie spodziewaliśmy…

Brzmi magicznie? Brzmi niczym coachingowi „bullshit”, że możemy wszystko, jesteśmy olbrzymami i generalnie przyciągamy to, o czym myślimy! Nawet jeśli tak, to jej biografia tę tezę absolutnie uwiarygadnia. Kobieta, która przez kilkanaście lat była ofiarą terroru i przemocy domowej, w wieku 37 lat ucieka od męża dosłownie z niczym. Zaczyna swoją karierę solo od początku, mając na sobie presje spłacenia gigantycznych długów za zerwanie tournée zespołu męża, w którym była gwiazdą. Żeby przetrwać kolejnych kilka naprawdę „chudych lat” śpiewa w hotelach Las Vegas, występuje w najbardziej egzotycznych krajach i miejscach. I nagle, na początku lat osiemdziesiątych, w dość konserwatywnej i jednak rasistowskiej Ameryce – dzięki swojemu uporowi, katorżniczej pracy i wiary we własny talent, mając czterdzieści pięć lat, wraca na szczyt! Dla mnie to postać wyjątkowa od bardzo wczesnego dzieciństwa.

Mając pięć lat, znalazłem jej kasetę magnetofonową, którą tata przywiózł z kolejnego rejsu i…oniemiałem. Dosłownie. Rodzice twierdzili, że zachowywałem się jak po lobotomii – tylko Tina, cały czas Tina. Gdyby nie ona raczej nie zostałbym artystą, z pewnością też po wielu latach, w ramach pierwszej autorskiej premiery Teatru swojej Fundacji nie zrealizowałbym monodramu „DIVA SHOW”, którego jest bohaterką i inspiracją (marzeniem bohatera, którego gram, ze zdiagnozowaną osobowością borderline, jest stać się na jeden wieczór Tiną Turner). Dwukrotnie byłem na jej koncertach i widziałem na własne oczy, co robiła z tłumem ludzi, jaką energię i entuzjazm potrafiła wyzwolić w swoich odbiorcach.

Ostatnie lata nie oszczędziły Tiny Turner, ale wciąż jest aktualne jej motto, by w życiu „truciznę zamieniać w lekarstwo”. I właśnie dlatego jej postanowiłem dedykować ten felieton. W czasach, kiedy od roku siedzimy pozamykani w domach, obserwujemy, jak wokół padają kolejne biznesy, ludzie tracą nadzieję, są zmęczeni i zniechęceni, wszystko się boleśnie przewartościowuje, warto spróbować spojrzeć na ten czas tak jak „babcia Tina”. Może uwierzymy, że już niedługo
ten absurdalny czas będzie tylko dziwnym wspomnieniem, które nas czegoś nauczy…