Jej teatr, to teatr „powszechny”, blisko ludzi. To jej miejsce na ziemi, które od lat konsekwentnie zmienia. To przestrzeń, w której najważniejsi są widzowie, z którymi – jak sama mówi – udało się zbudować rodzaj przymierza. Rozmawiamy z Ewą Pilawską, dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi.

LIFE IN. Łódzkie: Nominacja do tytułu Łodzianina Roku, to dla Pani…?

Ewa Pilawska: Ogromne wyróżnienie.

Mamy w Łodzi kilkanaście teatrów. To może oznaczać, że mieszkamy w dobrym miejscu do ich prowadzenia. Zgadza się Pani z tym, czy to twierdzenie na wyrost?

Łódź jest świetnym miejscem do życia i tworzenia. Gdyby z tkanką ludzką naszego miasta było coś nie tak, teatry nie miałyby tu racji bytu. Ale Łódź ma jeszcze wiele miejsc, które można by oddać artystom. Na przykład ulica Piotrkowska powinna stać się najdłuższą artystyczną ulicą w Europie, z kabaretami czy galeriami sztuki. To miasto ma ogromny potencjał artystyczny, nie bez przyczyny są tu trzy uczelnie artystyczne.

A łodzianie lubią teatr?

Bardzo.

A jakimi są widzami? Znają się na teatrze?

Są wyrozumiali, czy potrafią być niemili, jak im się coś nie spodoba? Są wymagający, poszukujący, cenią dobry i profesjonalny teatr. Mają poczucie humoru. A jeśli chodzi o eksperyment, to musi być on umotywowany artystycznie.

Prowadzicie badania na temat widzów, którzy przychodzą do Powszechnego – kim są, jakie mają preferencje kulturalne itd.?

Różne badania potwierdzają jedno – jesteśmy teatrem „powszechnym”, czyli teatrem blisko ludzi. Przychodzą do nas praktycznie wszyscy, niezależnie od wykształcenia czy wieku. Jednak najwięcej o widzach wiemy z bezpośrednich rozmów po spektaklach, czy podczas warsztatów. Wiele dowiaduję się też od odwiedzających nas gości. Na przykład w ubiegłym roku moderatora festiwalowej dyskusji wiózł taksówkarz, który bardzo cenił nasz teatr. „Ale ma pani wiernego fana, aż przyjemnie się do was jechało” – powiedział.

O kulturze zwykło się mówić, że to „studnia bez dna” – ile pieniędzy by nie było to zawsze jest za mało. Z czego utrzymują się Teatr Powszechny?

Z dotacji Urzędu Miasta Łodzi i wpływów, które w 2017 roku stanowiły aż 60 proc. naszego rocznego budżetu.

Dyrektor teatru – to bardziej menedżer czy artysta?

To artysta, który ma zmysł menedżera. Wizjoner, który wie, jaki teatr chce robić, ale jednocześnie ma świadomość miejsca, w którym działa.

Jako kobiecie jest Pani łatwiej czy trudniej na tym stanowisku? I w ogóle, jak Pani ocenia – kobiety menedżerki, dyrektorki, prezeski są lepsze, skuteczniejsze od mężczyzn?

Nigdy nie odczuwałam, żeby traktowano mnie inaczej tylko dlatego, że jestem kobietą. To raczej kwestia wypracowania zasad pracy. Inaczej prowadziło się teatr 20 lat temu, inaczej teraz. To nie ma związku z płcią, wszystko zawsze zależy od człowieka.

Kiedy przed laty obejmowała Pani stanowisko dyrektora Teatru Powszechnego, mówiło się, że to misja samobójcza – teatr był w tak złej kondycji i sytuacji, że wspominano o jego likwidacji. Musiała Pani przeprowadzić trudne reformy? Wszystko udało się tak, jak Pani to zaplanowała?

Kiedy objęłam teatr miałam niewiele ponad 30 lat. Przez ponad dwadzieścia lat wykonaliśmy ogromną pracę. Ale ta reforma polegała na ewolucji, a nie rewolucji. Zdawałam sobie sprawę, że pracuję na delikatnej tkance i nie mogę nikogo skrzywdzić, jednocześnie jednak starałam się sukcesywnie wprowadzać w życie projekty i stworzyć wyraźne logo artystyczne Powszechnego. Na przykład konsekwentnie rozwijałam działalność edukacyjną teatru. Zdarzało się, że napotykałam na niechęć kolegów, ale uważam, że dziś 90 procent zespołu rozumie ducha teatru. Jesteśmy teatrem zreformowanym. Najliczniejszy w teatrze jest zespół artystyczny – aktorzy etatowi i kontraktowi. Przed laty było odwrotnie, największa była administracja i zespół techniczny.


Na stanowisku dyrektora Teatru Powszechnego jest Pani od 23 lat. W tym czasie udało się Pani wybudować w teatrze Małą Scenę, powołać Polskie Centrum Komedii, zrealizować projekt teatru dla osób niewidomych i słabo widzących oraz teatr za złotówkę dla bezrobotnych, z doskonałym skutkiem realizować Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Co Pani sama uważa za swoje największe osiągnięcie zawodowe związane z teatrem?

Nie jestem dyrektorem tak długo jak Anna Augustynowicz, Maciej Englert, Jacek Głomb czy Waldemar Zawodziński, ale rzeczywiście mam długi staż. Kiedy zostałam dyrektorem, Powszechny był w zapaści, ale to mój duch przekory sprawił, że pozostałam tu i postanowiłam zmienić to miejsce. Nie przyjmowałam innych propozycji i stawiałam sobie kolejne cele – nadać teatrowi wyraźne oblicze artystyczne, wybudować Małą Scenę, zmodernizować Dużą. Za największy sukces uważam fakt, że przed laty nie doszło do likwidacji Teatru Powszechnego, choć niewiele do tego brakowało. Ale też ważne dla mnie jest to, że łodzianie cenią nasz teatr, że chętnie go odwiedzają i że udało nam się zbudować z nimi rodzaj przymierza. Mam wrażenie, że jesteśmy bardzo silnie zakorzenieni w tym miejscu. To mnie cieszy najbardziej – choć wszystko było oczywiście okupione wielką pracą. Również Festiwal, który przez 15 lat tworzyłam bez dotacji, mając minimalne wsparcie ze strony miasta. Uważam, że ten okres terminowania był bardzo cenny. Przyglądam się dziś festiwalom, które dostają kosmiczne pieniądze na start… Nie zawsze wychodzi im to na dobre.

Może Pani w kilku zdaniach powiedzieć, dlaczego Teatr Powszechny jest dziś teatrem wyjątkowym, co jest w nim takiego, czego nie ma w innych?

Tu jest moje miejsce na ziemi. Pewnie w innych teatrach, które proponowały mi pracę, byłoby spokojniej. Ale może zbyt spokojnie? Tutaj stawiam przed sobą kolejne cele i realizuję kolejne ważne dla mnie projekty. Z pełną świadomością chcę zmieniać jedną z najbardziej prawdziwych łódzkich ulic, czyli Legionów. Przed nami modernizacja Dużej Sceny. Kiedy dostaliśmy dofinansowanie z Unii Europejskiej, nie przewidywałam wielu turbulencji wokół przetargu, które związane są z rosnącymi kosztami prac budowlanych. Wierzę jednak, że doprowadzimy ten projekt do końca.

Niebawem startuje kolejna, już 24. edycja Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Festiwal to Pani pomysł. Skąd się wziął, co chciała Pani osiągnąć robiąc go?

Teatr powinien tętnić życiem. Przez 11 miesięcy w roku nie wynajmujemy przestrzeni, gramy tylko nasz repertuar z udziałem naszego zespołu. Proponujemy liczne projekty skierowane do różnych grup odbiorców, w tym dla osób, dla których teatr może być miejscem terapii i powrotu do normalnego życia, czy dla widzów, dla których oferta kulturalna jest niemal całkowicie ograniczona. Festiwal jest teraz wartością dodaną – domeną tych, którzy chcą zobaczyć jeszcze więcej.

Teraz to chyba najważniejsza impreza teatralna w Polsce i jedna z ważniejszych w Europie! O to chodziło?

Mam ogromną satysfakcję, że Festiwal jest w tym miejscu i to ogromna przyjemność obserwować jego rozwój. W ubiegłym roku obejrzałam w Burgtheater w Wiedniu spektakl Arpada Schillinga, który chciałam pokazać w Łodzi. Kiedy otrzymaliśmy kosztorys, stwierdziłam jednak, że koszty przewyższają nasze możliwości. I wtedy ogromnie ucieszyła mnie informacja, że teatr z Wiednia zaproponował przygotowanie profesjonalnego nagrania spektaklu, specjalnie na potrzeby naszego Festiwalu. Sława Lisiecka przygotowała tłumaczenie sztuki, na pokaz do Łodzi przyjechał reżyser i dramaturdzy. Wszyscy wzięli udział w dyskusji z widzami po pokazie. Gdyby Festiwal nie był ważny, Teatrowi Narodowemu z Wiednia nie zależałoby na prezentacji.

Festiwal ma swoich stałych widzów, którzy uczestniczą w nim co roku. To są przede wszystkim łodzianie czy przyjeżdżają widzowie z całej Polski?

Publiczność jest zróżnicowana – jest stała grupa łodzian, ale każdego roku pojawiają się też widzowie z całej Polski, a nawet z zagranicy.

Co nas czeka podczas tegorocznego Festiwalu?

Wiele ważnych spektakli z całej Polski. Po szczegóły zapraszam na naszą nową stronę internetową. A jeśli chodzi o temat tegorocznej edycji, to nawiązuje on do słów profesora Sławomira Świontka, wybitnego łódzkiego teoretyka teatru i literaturoznawcy. Pisząc „niebezpiecznie jest schodzić ze sceny”, skomentował on legendę o świętym Genezjuszu, rzymskim aktorze, który odstąpił od wyuczonej kwestii i poświęcił życie, by powiedzieć własny tekst. Jednak tak naprawdę te słowa dotyczą fundamentalnych dla sztuki spraw, a temat Festiwalu jest uniwersalny i odnosi się do szerokiego kontekstu. Co daje artyście scena? Co mu odbiera? Kim jest artysta na scenie, a kim jest poza nią? Dlaczego niebezpiecznie jest schodzić ze sceny?

Który z przyznanych dotychczas tytułów i odznaczeń – a ma ich Pani sporo – jest dla Pani najważniejszy? I z czego jest Pani najbardziej dumna?

Każde wyróżnienie jest istotne i miłe. Ostatnio najbardziej ucieszył mnie ranking opublikowany przez magazyn „F5”. Na liście 10 osób, „których praca i zaangażowanie sprawiają, że Łódź staje się lepszym miejscem do życia”, znalazłam się jako jedyna z łódzkiego środowiska teatralnego. To uskrzydlające, a jednocześnie zobowiązujące.

Ewa Pilawska

Z wykształcenia teatrolog, od 13 października 1995 roku pełni funkcję dyrektora Teatru Powszechnego w Łodzi. Od ponad 30 lat pracuje nieprzerwanie w teatrze, z czego 6 lat jako kierownik, 3 lata jako zastępca dyrektora, czyli od 26 lat kieruje zespołami. Stworzyła autorski projekt Polskiego Centrum Komedii , Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych oraz jedyny w Polsce i unikatowy w Europie, Teatr dla osób niewidomych i słabo widzących. Wyreżyserowała w nim społecznie 59 premier.