Kiedy na koncertach publiczność śpiewa razem ze mną moje piosenki, a na dodatek sprawia im to dużo radości, to jestem spełniony i szczęśliwy. Wtedy czuję, że odniosłem w życiu sukces – mówi Artur Gadowski, muzyk rockowy, wokalista zespołu IRA, od kilkunastu lat mieszkający w Łodzi.

LIFE IN. Łódzkie: Ponad trzydzieści lat na scenie muzycznej, Pana pierwsze skojarzenie?

Artur Gadowski: Nie chce się wierzyć, że to już trwa trzydzieści lat. Kawał czasu, ale uświadamiam to sobie dopiero wówczas, kiedy zaczynam o tym myśleć i przypominać jakieś wydarzenia z przeszłości. Generalnie nie rozmyślam o tym, co za mną. Raczej wybiegam myślami do przodu, do tego, co mam jeszcze do zrobienia, co muszę zrobić, co chciałbym zrobić i o czym marzę. Tak, zdecydowanie wolę przyszłość.

Jakieś zdarzenia na pewno mocniej tkwią w pamięci?

Oczywiście, ale nie wracam do rzeczy, które były nieprzyjemne, czy źle mi się kojarzą. Staram się o nich nie myśleć. Skupiam się na rzeczach fajnych. Chociaż czasem, nawet te mniej zabawne sytuacje z przeszłości, po latach mogą okazać się całkiem śmieszną anegdotą. Zastanawiam się czasami nad tym, co przez te trzydzieści lat robiłem? I wychodzi, że w zasadzie wciąż to samo.

Pochodzi Pan z muzykalnej rodziny, tata ukończył Konserwatorium Muzyczne i grał na saksofonie, mama uczyła śpiewu, ale kształcił się w zupełnie innym kierunku.

Rodzice nie chcieli żebym był muzykiem. Obydwoje doskonale wiedzieli co to znaczy. Próbowali mi znaleźć jakieś ciekawsze zajęcie. Gdy okazało się, że mam zdolności manualne, bo jako 12- 13-latek całkiem nieźle rysowałem, a poza tym interesowałem się modelarstwem, to mama wpadła na pomysł, że może by to wszystko jakoś skleić i wymyśliła mi zawód jubiler-złotnik. To było straszne, bo mnie absolutnie nigdy jubilerstwo nie interesowało. Dla świętego spokoju zdecydowałem się na naukę tego zawodu. Równolegle cały czas próbowałem zostać muzykiem i zakładałem swoje kolejne amatorskie zespoły.

Na to, że chciał Pan zostać muzykiem wpływ miała twórczość Beatlesów. Chciał być Pan gitarzystą, a został…

Wokalistą. Najpierw byłem wokalistą z gitarą. A zacząłem śpiewać, bo naszego wokalistę powołano do wojska i moi koledzy z zespołu tak postanowili. Grałem na gitarze i nie ciągnęło mnie do śpiewania. Trochę też próbowałem na pianinie, czy na bandżo, które było w domu, ale na żadnym z tych instrumentów nie grałem dobrze. Swoje pierwsze nagrania tworzyłem w domu przy pomocy dwóch magnetofonów i komputera Atari, i tylko wtedy śpiewałem, ale tak naprawdę nie umiałem tego. Koledzy jednak stwierdzili, że skoro nie ma wokalisty, to ja nim będę, bo ktoś
musi. Poza tym zbliżał się termin konkursu zespołów szkolnych. Nie byliśmy co prawda szkolnym zespołem i nie wiem jakim cudem się tam znaleźliśmy. Ktoś nas wpisał na listę, ktoś nie zauważył, że jesteśmy za starzy, no i jakoś tak wyszło. Mieliśmy kilka dni na przygotowanie się. Mama nie mogła słuchać mojego śpiewu. Przyszła do mnie i powiedziała: słuchaj dziecko, jak już masz śpiewać, to ja ci wytłumaczę o co chodzi, jak to działa, jak trzeba oddychać i tak dalej. To były moje pierwsze lekcje śpiewu. Dopiero wtedy śpiewanie mi się spodobało. A konkurs wygraliśmy.

A później zaczął się czas z IRA?

Jednym z jurorów w konkursie był Kuba Płucisz, gitarzysta w IRA. Przez kilka lat zespół funkcjonował jako kapela, która co roku grała w zupełnie innym stylu i w innym składzie. Niezmienni byli tylko Kuba i perkusista Wojtek Owczarek. Kilka miesięcy po konkursie, Kuba szukał do zespołu wokalisty, basisty i klawiszowca, bo akurat śpiewającego basistę zabrali do wojska. Zaproponował, żebym przyszedł na próbę. Zrobiliśmy wtedy pierwszą naszą piosenkę „Zostań tu”, którą rok później – w 1988 – debiutowaliśmy na festiwalu w Opolu. To pierwszy tekst, który napisałem dla zespołu i pierwszy utwór jaki w nim zaśpiewałem.

Po pewnym czasie zespół zawiesił działalność, a Pan zaczął karierę solową. Później mimo jego reaktywacji nie zrezygnował Pan z niej. Stała się równie ważna?

Po dziesięciu latach z zespołem zauważyłem, że są pewne rzeczy, które chciałbym zrobić, a zespół mnie w jakimś stopniu ograniczał. Wiadomo, że IRA pewnych rzeczy nie zrobi, bo stylistycznie nie będzie to do niej pasowało. Kiedy nagrywałem swoją pierwszą solową płytę, to pojawiły się na niej nowe elementy w aranżacjach i kilka dodatkowych instrumentów. Jednak stylistycznie nie odbiegała od tego, co robiłem z IRA. W jakimś stopniu ta płyta była podświadomie zachowawcza, podobna stylistycznie do tego, co grała IRA. Pojawili się jednak inni kompozytorzy jak Marek Kościkiewicz, który napisał mi wtedy cztery piosenki. Dwie z nich gramy do dzisiaj i są wielkimi przebojami.

Proszę wybrać dwa, trzy utwory, które czy to z repertuaru zespołu czy solowego uważa Pan za najważniejsze?

Pierwszy i najważniejszy, to „Zostań”. Śpiewam go od 31 lat. To początek mojej zawodowej drogi. Drugą piosenką jest na pewno „Mój dom”. To utwór, który pojawił się w konkretnym czasie – w momencie przemian ustrojowych w naszym kraju. Trzeci, to „Znamię”, piosenka, której nienawidzę i nie znoszę (śmiech). Wiem, że to jest dobry utwór tylko, że ja nie lubię go z innego powodu. Po prostu nigdy nie mogłem go zaśpiewać. Koledzy wymyślili tę piosenkę sami i nie wzięli pod uwagę skali mojego głosu, a jest ona za wysoka dla mnie. Dlatego bardzo rzadko wykonuję ją na koncertach. Ważnym utworem jest też „Szczęśliwego Nowego Jorku”, pierwsza piosenka z moich solowych.

Trafiła nawet do filmu.

Tak, choć trochę przypadkiem. Marek Kościkiewicz, kompozytor i autor tekstu, zadzwonił do mnie i powiedział, że ma propozycje napisania muzyki do filmu, wymyślił piosenkę i uważa, że jestem jedyną osobą, która powinna to zaśpiewać. Jest jeszcze piosenka „Wybacz”. Wiele osób myśli, że jest to tekst, który mężczyzna śpiewa do swojej ukochanej i ją przeprasza. To jednak piosenka, którą napisałem dla swojego ojca w momencie, kiedy on umierał. Te wszystkie utwory traktuję bardziej emocjonalnie.

Uważa się Pan za osobę mocno emocjonalną?

Tak i niestety czasem te emocje biorą górę nad rozumem. Nie powinienem reagować na niektóre rzeczy, a jakoś nie potrafię i czasami jest to błąd.

Miał Pan w życiu epizod z wyjazdem do Chicago, gdzie pracował jako malarz pokojowy…

Tak było. Polski rynek muzyczny na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych był zdominowany przez muzykę lżejszą, zupełnie inną niż to, co my graliśmy. Krótko mówiąc nie mieliśmy z czego żyć. Wyjechaliśmy do Stanów. Tam pracowaliśmy, ale nie przestaliśmy grać. Wynajęliśmy salę, na spółkę z człowiekiem, który dysponował sprzętem nagłośnieniowym. On miał gdzie trzymać sprzęt, a my na czym grać. To było w sumie fajne doświadczenie. Udało się nawet zagrać parę koncertów. W ciągu czterech miesięcy było ich chyba z pięć w różnych klubach. Na więcej nie mieliśmy czasu i sił.

Stwierdził Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że w kraju osoba odnosząca sukces nie jest dobrze traktowana…

Bo tak jest. Jesteśmy narodem bardzo zawistnym i nie potrafimy uszanować czyjegoś wysiłku i trudu. Gdzie indziej na świecie ludzie myślą, że jeżeli ktoś odniósł sukces, to musiał szalenie ciężko nad tym pracować, a u nas, że pewnie ma znajomości. To jest ta różnica (śmiech).
Zauważył Pan, że dzięki pojawieniu się nowych mediów, serwisów muzycznych i YouTube pojęcie sukcesu się zmieniło? Popularność, która wcześniej zależała od emitowania piosenek w radiu, dziś zależy od czegoś innego. Tak, pod tym względem zaszła duża zmiana i to mi się bardzo podoba. Kilka milionów odtworzeń piosenki, to coś, czego nie da się zmanipulować i nie zauważyć. To są prawdziwe liczby, to są prawdziwi ludzie, którzy rzeczywiście obejrzeli wideo i posłuchali piosenki. To właśnie stamtąd można się dowiedzieć, kto jest popularny i jaka muzyka się ludziom podoba. Na pewno nie z radia i telewizji. One dzisiaj stały się w zasadzie do niczego muzyce niepotrzebne.

W trakcie kariery miał Pan poważne problemy ze zdrowiem. Potrzebna była operacja tarczycy. Nie bał się Pan, że śpiewanie będzie niemożliwe?

Nie myślałem o tym w ten sposób. Trafiłem w ręce bardzo dobrych lekarzy, którzy mi wszystko wyjaśnili, pokazali dobre i złe scenariusze. Wiedziałem, kto się mną zajmuje i byłem pewny, że wszystko się dobrze skończy. Byłem jednak przygotowany na to, że gdybym nie daj Boże stracił możliwość śpiewania, to będę zajmował się dalej muzyką, ale produkując ją.

Stara się Pan chronić życie rodzinne, ale dzięki córce Zuzannie, od kiedy zaczęła śpiewać, nie do końca jest to możliwe. Nie odradzał jej Pan wzorem swoich rodziców?

Nie. Poza tym ona doskonale wie z czym wiąże się bycie artystą, muzykiem. Jako ośmiolatka stwierdziła, że chce iść do szkoły muzycznej uczyć się grać na skrzypcach. Tak się zaczęło. Teraz studiuje edukację muzyczną, więc dalej uczy się muzyki. Gra na różnych instrumentach, dużo lepiej ode mnie. Śpiewa i sama pisze swoje piosenki. Skończyliśmy nagrywanie jej pierwszej płyty. Teksty do wszystkich utworów napisała sama, muzykę też skomponowała sama, w dużym stopniu wymyśliła aranżacje. To jej płyta. Ja tylko ją zarejestrowałem i nagrałem, zmiksowałem, ewentualnie coś podpowiedziałem, ale nie ingerowałem w materiał. Fajnie jest widzieć jak własne dziecko robi takie rzeczy. Uważam, że jest lepsza niż ja w jej wieku, dojrzalsza. Ja nie pisałem takich piosenek.

Ponad dziesięć lat temu w jednym z wywiadów powiedział Pan, że zastanawia się czy nie powinien zwolnić w życiu. Zwolnił Pan?

Szczerze mówiąc przyspieszyłem nawet. Jest dużo zobowiązań, które mam jako wokalista zespołu i ze swoimi solowymi projektami. Choćby z płytą „TanGado”. Od trzech lat odmawiam koncertów kolegom, z którymi ją nagrywałem, bo nie mogę znaleźć terminu. Oprócz tego mam kameralne koncerty – gram na gitarze i śpiewam. Bardzo to lubię. Realizuję też projekt „Najpiękniejsze ballady świata”. Występuję w duecie z Natalią Wilk z Lublina, bardzo zdolną, młodą dziewczyną. Śpiewamy piosenki zagraniczne, polskie i dużo moich (śmiech). Na ten wywiad też przybiegłem ze studia i wracam tam za chwilę, bo muszę kończyć płytę Zuzanny.

Nie pojawia się ponownie myśl, by zwolnić?

Oczywiście, zwolnię jesienią, mam taki tydzień jesienią wolny i wtedy zwolnię (śmiech).

To, co Pan osiągnął, jest…

Efektem ciężkiej pracy. Czasem przypadku i szczęścia. Bywa, że człowiek pojawia się przypadkiem w jakimś miejscu i dostanie to, na co nie liczył.

Uważa się Pan za szczęśliwego człowieka?

Tak, jestem szczęśliwy. Dlatego, że robię to o czym zawsze marzyłem. I od siedemnastu lat nie muszę myśleć o tym, że musiałbym zająć się czymś innym, żeby mieć na życie i płacenie rachunków. Uważam, że jestem szczęściarzem.

Ma Pan poczucie, że doszedł na artystyczny szczyt?

Sukcesem dla mnie jest to, że nie muszę tak, jak wielu moich kolegów, bardzo zdolnych artystów, szukać sobie zajęć, które pozwalają utrzymywać siebie i rodzinę. Ja żyję z muzyki. Nie muszę robić nic innego i to jest fajne, to jest właśnie ten szczyt. A kiedy jeszcze na koncertach publiczność śpiewa razem ze mną moje piosenki, a na dodatek sprawia im to dużo radości, to jestem spełniony i szczęśliwy. Wtedy czuję, że odniosłem w życiu sukces.

Rozmawiał Krzysztof Karbowiak
Zdjęcia Paweł Łacheta

 

Artur „Gadzio” Gadowski
Wszechstronnie utalentowany artysta, obdarzony wspaniałym głosem i niespotykanym darem zjednywania sobie sympatii fanów. Urodził się 1 czerwca 1967 roku w Radomiu. Swoją muzyczną karierę rozpoczął w 1985 roku z zespołem „Kurcze blade” oraz „Landrynki dla dziewczynki” w roku 1986. Od 1987 roku współtworzy zespół IRA.