Biegamy dla zrzucenia kilogramów, wypracowania wytrzymałości, relaksu czy po prostu zabawy, ale czy można biegać, by ewangelizować? Biegam, od kiedy pamiętam, choć zawsze było to sprawą przypadku. W podstawówce trenując pływanie, często miałam treningi biegowe. W piłce ręcznej szło mi tak dobrze, że na treningach biegałam z drużyną chłopaków. Na studiach prawniczych trafiłam na staż do kancelarii znanego łódzkiego maratończyka i tak zaczęłam biegać maratony. Z wiarą nie zawsze było mi po drodze.

A już na pewno stroniłam od wspólnot katolickich oraz pielgrzymek. Ani ja, ani nikt z mojego bliskiego otoczenia na takie nie chodził albo się tym nie chwalił. Nawróciłam się parę lat temu, a mimo to nadal słowa „pielgrzymka” lub „wspólnota”, nie brzmiały dla mnie zachęcająco. Co więcej, kojarzyły mi się ze smutnymi ludźmi w golfach i długich spódnicach, z różańcem w ręku. I jak zawsze Bóg pokazał mi, że ma poczucie humoru. Kocham wyzwania.

Zawsze lubiłam robić szalone rzeczy, na przykład pojechać na zawody Ironman na pełnym dystansie (3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42,2 km biegu), choć wcześniej przygotowywałam się do nich raptem dwa tygodnie… Szaleństwo? Tak, ale jakie pociągające. Od urodzenia córki miałam przerwę w bieganiu i od dawna korciło mnie, by zrobić coś szalonego. Gdy usłyszałam o pielgrzymce biegowej z Łodzi do Pompejów zapisałam się na nią w 5 sekund, bo wiedziałam, że to coś dla mnie! Konwencja była prosta – sztafeta, 21 biegaczy, 3 samochody, 9 dni i 9 nocy, ponad 2000 kilometrów z Łodzi do Pompejów. Bieg przez całą dobę z przerwą na mszę świętą po każdym 210-kilometrowym odcinku. Okres przygotowań minął szybko i ruszyliśmy!

Pielgrzymka, pomimo podniosłego charakteru, sprowadza się do prostych pytań: co będziesz jadł, gdzie będziesz spał, czy będziesz miał okazje się wykąpać. U nas, przy biegu sztafetowym, dochodziło jeszcze pytanie – gdzie jest nasza strefa zmian, oraz który odcinek dzisiaj biegnę? Trasa była miejscami bardzo górzysta i należało dobrze rozłożyć siły, a „na góry” wypuścić lepszych biegaczy. Pierwsze dni, to bieg jak na skrzydłach! Każdy kilometr był czystą przyjemnością, jednak każdy kolejny dzień wymagał od nas coraz więcej wysiłku. I wierzcie lub nie, ale podczas wyprawy, codziennie czuliśmy Opatrzność Bożą… Którejś nocy, na odcinku górskim, jedna zmiana zasnęła! Wszyscy w samochodzie!

A mimo to nie wjechali w biegacza, nie spadli z drogi w przepaść, tylko delikatnie obrysowali zderzak o barierkę! W Neapolu, już praktycznie u celu, zatrzymaliśmy się pod przypadkowym blokiem, by zrobić zmianę. Wzbudziliśmy zainteresowanie starszego pana, który dopytywał kim jesteśmy i co robimy. Łamanym włoskim próbowałam mu wytłumaczyć, ale byłam pewna, że i tak nie zrozumiał. Po chwili przyprowadził swoją opiekunkę, Polkę, i zabrał nas do siebie na kawę i prysznic!

Wielu ludzi po drodze zapraszało nas na obiad, udostępniało miejsce do spania i kąpieli. Najlepsze jest jednak to, że dotarliśmy do Pompejów zgodnie z harmonogramem. Dopiero podczas powrotu zrozumiałam, jakiego wyczynu dokonaliśmy. Wracaliśmy samochodem ponad 24 godziny, zmienialiśmy się jako kierowcy, ale i tak byliśmy zmęczeni bardziej niż samym biegiem! Najpiękniejsze w tej przygodzie było jednak to, że ponad dwudziestu kompletnie różnych ludzi – ratownik medyczny, wykładowca akademicki, przedsiębiorca, polityk, pracownik firmy medycznej, pośrednik nieruchomości, ksiądz – połączyła wspólna pasja do biegania i wiara w Boga.