Pradziadek ze strony matki trafił do Łodzi z Saksonii, pradziadek ze strony ojca pochodził z Grecji. Jego synowie to łodzianie w piątym pokoleniu. O swoim ukochanym mieście nie da powiedzieć złego słowa! Krzysztof Apostolidis w rozmowie z LIFE IN. Łódzkie opowiada o skomplikowanej historii swojej rodziny, biznesie i sposobach na wypoczynek.

LIFE IN. Łódzkie: Miłośnik Łodzi, przedsiębiorca, konsul – w której roli czuje się Pan najlepiej?

Krzysztof Apostolidis: Można być dobrym konsulem Królestwa Danii, kochając Łódź i szanując ludzi, z którymi się żyje oraz prowadzi biznes. Każda z tych ról jest inna, a jednocześnie na swój sposób fascynująca. Wszystkie się łączą i nie sposób wskazać tej najważniejszej, najciekawszej czy najlepszej. Ale jest jeszcze jedna, najważniejsza rola, której Pan nie wymienił – szczęśliwego męża i ojca dwóch dorosłych synów.

Na ścianie Pana gabinetu wisi stara fotografia dawnej łódzkiej fabryki. Pamiątka rodzinna? Proszę opowiedzieć historię tego zdjęcia.

To kawałek historii mojej rodziny. Na tej fotografii nie fabryka, lecz ludzie są najważniejsi. Jest na niej mój pradziadek ze strony matki, Józef Reichelt, w gronie pracowników ówczesnych zakładów Geyera. Fabrykanci mieli zwyczaj robienia sobie pamiątkowych zdjęć ze współpracownikami, na tle zakładu. Każdy dostawał je później w prezencie. Pradziadek pracował w tej fabryce przez wiele lat – najpierw jako robotnik, później majster, a w końcu został kierownikiem. W grudniu 1939 roku zwolniono go, ponieważ odmówił podpisania volkslisty. Poniósł za to najwyższą karę – został wywieziony do obozu koncentracyjnego i tam zamordowany. Podobny los spotkał zresztą Roberta Geyera, wnuka Ludwika, założyciela Białej Fabryki. Dziadek pochodził z Saksonii, ale zawsze czuł się Polakiem. Dziś jego nazwisko znajduje się na tablicy w Centralnym Muzeum Włókiennictwa.

Czyli jest Pan łodzianinem z dziada pradziada?

Moja rodzina przyjechała do Łodzi pod koniec dziewiętnastego wieku. Synowie są łodzianami w piątym pokoleniu.

Zdradzi Pan, skąd w takim razie greckie nazwisko?

Wiąże się z nim inny dramatyczny rozdział historii mojej rodziny. Otóż mój pradziadek, ze strony ojca, Tomasz
Urbankowski, został zesłany na Syberię za udział w strajku i potyczce z rosyjskimi dragonami w 1905 roku w Pabianicach. Cała rodzina została wsadzona do pociągu, który zatrzymał się dopiero na dworcu w Nowosybirsku. Tam musiała ułożyć sobie życie od nowa. Tam też moja babcia Eleonora poznała Jana Apostolidisa, z pochodzenia Greka, w którym się zakochała. Pobrali się i mieli dwoje dzieci. Jednym z nich był mój tata Aleksander. Dziadek Jan zarabiał na utrzymanie rodziny, sprzedając owoce sprowadzane z Gruzji. Rosyjskie władze oskarżyły go o nielegalny handel i aresztowały. W obawie o bezpieczeństwo dzieci babcia postanowiła wrócić do Pabianic, tym bardziej że zbliżała się zawierucha wojenna. Dziadkowi, po wielu staraniach, udało się wyjść na wolność, ale musiał udać się do Grecji. Swoich najbliższych nigdy więcej nie zobaczył.

Jest Pan znany z tego, że o Łodzi nie da Pan powiedzieć złego słowa…

Całe moje życie i kariera zawodowa są związane z tym miastem. Pokochałem Łódź i nie wyobrażam sobie wyprowadzki stąd. Historia Łodzi, dramatyczna i fascynująca zarazem, jest też moją historią. Tu zaczęło się wszystko, co dla mnie ważne, więc jak mógłbym nie lubić Łodzi?

Musi Pan jednak przyznać, że nie każdy podziela ten zachwyt Łodzią. Dla niektórych jest brzydka i szara…

Jedni widzą szklankę do połowy pełną, inni pustą. Ja należę do pierwszej grupy, bo z natury jestem optymistą. Łódź już bardzo się zmieniła i wciąż zmienia. Nigdy w czasach powojennych nie przechodziła takiej metamorfozy jak obecnie. Wieloletnich zaległości nie da się jednak nadrobić w kilka czy kilkanaście lat, to oczywista oczywistość. Naturalnie, zawsze może być więcej, lepiej i skuteczniej, ale pozytywnych przemian naprawdę nie sposób nie zauważyć. Mam wielu znajomych i przyjaciół, którzy przyjeżdżają tutaj od czasu do czasu, nie są więc związani emocjonalnie z Łodzią i słyszę od nich słowa zachwytu nad jej przeobrażeniami.

Jako honorowy konsul Królestwa Danii w Łodzi zna Pan dobrze Danię i Duńczyków. Zastanawiam się, dlaczego są uznawani za jeden z najszczęśliwszych narodów świata?

Długo by na ten temat mówić. Tak w wielkim skrócie: wynika to zarówno z poczucia bezpieczeństwa, jakie daje chociażby rozbudowany oraz sprawny system opieki społecznej, jak i cech narodowych. Duńczycy potrafią cieszyć się z małych przyjemności dnia codziennego, nie mają zbyt wygórowanych oczekiwań, bardzo dbają o więzi przyjacielskie i międzypokoleniowe oraz zachowanie równowagi między czasem wolnym i pracą. Są też pragmatykami. Jeśli już się do czegoś zabierają, to nie po to, aby coś zmieniać dla samej zmiany, tylko żeby płynęła z tego korzyść dla wszystkich. Bo cechuje ich również silne poczucie wspólnoty. Stanowią więc dobry przykład do naśladowania.

Zapytałem o to nie bez powodu. Nie odnosi Pan wrażenia, że nam, łodzianom, przydałoby się więcej optymizmu, a mniej malkontenctwa?

Nie zauważam malkontenctwa w łodzianach. Może dlatego, że obracam się w kręgu osób pozytywnie nastawionych i do miasta, i do ludzi. Tacy są moi najbliżsi przyjaciele.

Wracając do Łodzi: podobno szczególnie bliska jest panu Ruda Pabianicka. Dlaczego?

Tu się urodziłem, spędziłem dzieciństwo i młodość. Tutaj jest dom, który od pokoleń należy do mojej rodziny. Takie miejsca są chyba każdemu szczególnie bliskie.

Na studia wyjechał Pan jednak do Warszawy…

Moja rodzina prowadziła gospodarstwo ogrodnicze, w którym hodowała kwiaty i warzywa. Dla rodziców było oczywiste, że kiedyś je przejmę. Od dziecka angażowali mnie do różnych prac. Studia rolnicze stanowiły więc niejako naturalny wybór, a ponieważ na łódzkich uczelniach nie było kierunku o takim profilu, zdecydowałem się na Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Był to wspaniały okres w moim życiu, bo poznałem tam fantastycznych ludzi. Jednym z naszych wykładowców był profesor Szczepan Pieniążek, światowej sławy sadownik. W dużej mierze dzięki niemu SGGW stała się już wtedy, w latach 80., uczelnią otwartą na Zachód. I pracownicy naukowi, i studenci mogli wyjeżdżać na stypendia do państw zachodnich. Sam spędziłem pół roku na stypendium w Holandii.

Po powrocie do Łodzi chciał się Pan zająć ogrodnictwem?

To nie była kwestia wyboru. Rodzice przekazali mi gospodarstwo i musiałem działać. Wkrótce po studiach, w 1986 roku, udało się uzyskać koncesję i zaczęliśmy eksportować kwiaty do Szwecji. Przez trzy lata, co tydzień, wsiadałem do wyładowanej kwiatami ciężarówki-chłodni i ruszałem do Świnoujścia na prom. Biznes kręcił się znakomicie mniej więcej do 1993 roku, kiedy to sprzedaż kwiatów przestała się opłacać. Tańszy był import z Holandii niż uprawianie ich w Polsce. Nie pozostało nam nic innego, jak podjęcie decyzji o wygaszeniu działalności ogrodniczej i zajęcie się inną branżą.

Był Pan jednym z pierwszych łodzian, którzy zainwestowali w rewitalizację miasta. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zajrzałem na podwórko kamienicy przy Piotrkowskiej 89, byłem mile zaskoczony. Ładnie tam jest.

Miło to słyszeć. Przywiązuję dużą wagę do estetyki. Zależało mi na stworzeniu reprezentacyjnego i przyjaznego miejsca, do którego przychodzi się z przyjemnością i sympatycznie spędza w nim czas. Gruntowna odnowa ponad stuletniej kamienicy była dużym wyzwaniem, zwłaszcza że została przeprowadzona bez kredytów bankowych, za własne pieniądze. Tym większa satysfakcja, że udało się dołożyć swoją cegiełkę do rewitalizacji Łodzi, która teraz nabiera rozpędu, co bardzo mnie cieszy.

Wielu łodzianom kojarzy się Pan z winiarskim biznesem. Jak to się zaczęło?

Na początku lat 90. zaczęliśmy importować do Polski wina z wyższej półki, które wtedy były u nas praktycznie niedostępne. Polacy mieli mgliste pojęcie o kulturze picia wina, w sklepach królowały bułgarska Sophia i Ciociosan. Początki winiarskiego biznesu nie były usłane różami. Nie obeszło się bez kredytu, zaciągniętego pod zastaw domu. Okazało się, że niezwykle trudno odmienić przyzwyczajenia rodaków, które są podobno drugą naturą człowieka. Na szczęście, metodą drobnych kroczków, zaczęło się to udawać. Oczywiście, wciąż daleko nam pod tym względem do Francuzów czy Włochów, ale Polacy stają się coraz bardziej otwarci na nowości, szukają innych smaków i aromatów, coraz chętniej sięgają po wina nie tylko z europejskich winnic, ale i z odległych zakątków świata. A firma Partner Center trafiła do ścisłej czołówki krajowych importerów win.

Uchodzi Pan za konesera win. Jakie lubi Pan najbardziej?

Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Wino to kwintesencja różnorodności, nie ma dwóch identycznych. Z jednej strony mam swoje ulubione z tak zwanego Starego Świata – francuskie, hiszpańskie czy włoskie, z drugiej – jest mnóstwo wspaniałych win spoza Europy, choćby australijskich, chilijskich czy argentyńskich.

Nie myślał Pan nigdy o pracy etatowej? W końcu to łatwiejszy kawałek chleba.

Nigdy. Chyba nikt, kto zacznie pracować na własny rachunek, stanie się panem swojego czasu i osiągnie nawet niewielki sukces, nie pomyśli o porzuceniu tego. Gdy ktoś prosi mnie o radę: własny biznes czy praca w korporacji, zawsze doradzam samodzielność.

Pana firmy wybudowały też nowoczesny biurowiec, centrum logistyczne i handlowo-rozrywkowe. Jak wygląda dzień łódzkiego przedsiębiorcy, prowadzącego tak rozległe interesy? Praca od świtu do nocy?

Wstaję dość wcześnie, po śniadaniu wyjeżdżam do pracy, w której spędzam dziesięć, a czasami kilkanaście godzin. Przedsiębiorcą jest się jednak przez całą dobę. Niekiedy w środku nocy przychodzą mi do głowy jakieś nowe pomysły, więc siadam przy komputerze i pracuję.

To kiedy znajduje Pan czas na odpoczynek, dla rodziny?

Znajduję, ponieważ trzeba odpoczywać, to kwestia dobrej organizacji czasu. Synowie już są dorośli, żyją swoim życiem. Wspólnie z żoną, która jest moją miłością od czasów licealnych, staramy się spędzać wolny czas aktywnie. Lubimy podróże, latem wyprawiamy się na długie wycieczki rowerowe, uczestniczymy w życiu kulturalnym oraz, oczywiście, towarzyskim, bo mamy wielu znajomych i przyjaciół.

Czytałem, że jest Pan człowiekiem wielu pasji.

To prawda, przy czym miałem rozmaite pasje na różnych etapach mojego życia. Uprawiałem wspinaczkę wysokogórską, windsurfing, narciarstwo zjazdowe i biegowe, woltyżerkę, brałem udział w maratonach i rajdach sprawnościowych…

Co teraz Pana pasjonuje?

Postanowiliśmy z żoną nauczyć się gry w golfa. Przez wiele lat nawet nie próbowałem, bo uważałem to za nudziarstwo i zajęcie dla starszych ludzi. Dziś, może dlatego, że do najmłodszych już nie należę, golf stał się dla mnie kapitalną rozrywką. Uważam, że to fenomenalny sport, który pozwala się zrelaksować, doskonale wpływa na zdrowie i samopoczucie.

Przed nami święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Czego życzy Pan łodzianom?

Żeby byli szczęśliwi!

Rozmawiał Robert Sakowski
Zdjęcia Paweł Keler