Malarstwo. Ono było obecne w moim życiu odkąd pamiętam. Było gdzieś wewnątrz mnie. Zawsze tylko to umiałam robić i tylko to robiłam. Już jako dziecko nie miałam innych marzeń – mówi Małgorzata Kosiec, malarka, artystka, łodzianka.

LIFE IN. Łódzkie: Uważasz, że udało Ci się odnieść sukces w tym co robisz?

Małgorzata Kosiec: Samo przetrwanie, na tak trudnym rynku jak polski, już nim jest. Możliwość niesamowitej swobody działania, połączonej z popytem na moje prace, to właśnie według mnie jest miarą sukcesu. Problem jest taki, że linia jego horyzontu jest nieskończona i coraz bardziej się oddala. Zależy od tego, kto co sobie wyznaczy. W jakiej skali spojrzy się na karierę. Mam na pewno duże poczucie spełnienia zawodowego, a to już osobisty sukces.

Dlaczego malarstwo?

Ono było obecne w moim życiu odkąd pamiętam. Było gdzieś wewnątrz mnie. Zawsze tylko to umiałam robić i tylko to robiłam. Już jako dziecko nie miałam innych marzeń. Mając sześć lat na kartce, którą zakopałam pod wielkim dębem, napisałam, że chcę być malarką. Dodałam oczywiście, że słynną (śmiech). Nigdy nie było innej opcji. Poza tym, czy w świecie odhumanizowanej pracy w korpo, może być coś lepszego niż „zabawa” w artystę?

Rodzice nie próbowali na Ciebie wpłynąć, byś wybrała bardziej konkretny zawód i pewniejszą przyszłość?

Pochodzę z rodziny, gdzie wiele osób ma jakiś talent plastyczny. Na przykład mój brat projektuje ogrody, a mama zawsze bardzo ładnie rysowała i szyła. Świat sztuki nie był więc czymś nieznanym czy wrogim. Mój ojciec chciał, żebym była adwokatem, politykiem czy dziennikarzem. Nie doczekał tej drogi jaką wybrałam, zmarł gdy miałam 14 lat. Nie wiem jaka byłaby jego opinia na ten temat. Ale ze strony mamy zawsze miałam ogromne wsparcie. Mało tego, gdy przeżyłam raz mocne zachwianie emocjonalne i wątpliwości, czy to słuszna droga, to ona podtrzymała mnie w wytrwaniu w zawodzie.

Miałaś wątpliwości, że to jednak właściwa droga?

Na pewno zdarzały się ciężkie momenty. Powiedziałabym, że to było siedem chudych lat zaraz po skończeniu Akademii Sztuk Pięknych, sprowadzających się do przysłowiowego głodowania artysty. Doświadczyłam tego, wiem jak to jest, kiedy najmniejszy wydatek jest problemem, począwszy od zakupu farb. Jednak udało mi się wówczas odroczyć decyzję o pójściu do stałej pracy. Pamiętam, że dawałam sobie jakieś terminy, na przykład – już od marca zacznę czegoś szukać. I tak to przeciągałam, że w międzyczasie udało mi się wykształcić mój własny styl, który spowodował duże zainteresowanie obrazami, propozycje ze strony galerii. Wyszłam też z mrocznego okresu chlapania farbą. Myślę, że to były decydujące lata. Gdybym się wtedy załamała, podjęła jakąś pracę na etat, to byłby koniec z malarstwem, bo nie uważam, że sztukę można uprawiać „po godzinach”.

W przypadku innych zawodów artystycznych, aktora czy piosenkarza o przełomie w karierze decyduje jakaś rola, jakiś przebój, a jak jest w przypadku malarstwa?

Nie sądzę, żeby w moim życiu był jakiś jeden główny przełom. Ono miało, i nadal ma, przebieg raczej ewolucyjny niż rewolucyjny. Od lat krok po kroku wpycham ten syzyfowy kamień pod górę. Czasem oczywiście trochę spada w dół. Gdybym jednak miała wybrać jakiś ważniejszy moment, to na pewno byłby to czas rozpoczęcia współpracy z galeriami i domami aukcyjnymi w Warszawie. Takie wypłynięcie na szerokie wody. Nasza stolica, nawet na tle całej Europy, to potężny rynek, zarówno jeżeli chodzi o promocję artystów, jak i sprzedaż ich prac. To był pierwszy duży krok w mojej karierze. A drugi, to nawiązanie współpracy z galerią w Szwecji. Takim przełomowym momentem w sensie stricte artystycznym, było wymyślenie techniki budowania wizerunków z liter i symboli. To coś, czego trzymam się do dziś i rozwijam w przeróżnych kierunkach. Jest to mój artystyczny znak rozpoznawczy, który przyczynił się do zaistnienia w obiegu sztuki.

Kiedy pojawił się pomysł na tego typu malarstwo?

Jak to często z wynalazkami bywa, zaczął się od bardzo prostej, przypadkowej sytuacji. Kiedyś mieszkałam obok agencji reklamowej, która pozbywała się ogromnej ilości popsutych lub niewykorzystanych logo. Zaczęłam odbierać je od nich, naklejać, zdzierać, przemalowywać, eksperymentować. Próbowałam, co by było, gdybym maskowała część wizerunku nakładając jednocześnie warstwy malunku. Powstał cały cykl obrazów opartych na portretach znanych ludzi, a później zaczęły powstawać kolejne, w oderwaniu od rzeczywistych wizerunków. Wtedy już świadomie rozwijałam tę technikę w przeróżnych formach. Zaczęłam eksperymentować na całej linii.

Wśród różnych opisów Twoich prac znalazłem stwierdzenie, że są one jakby odbiciem otaczającego nas szumu medialnego, internetowego, ludzkiego…

Dokładnie tak. Próba sportretowania człowieka, którego wizerunek w mediach jest zakłócony. Jednocześnie jest on w codziennym odbiorze niewiarygodnie wielowarstwowy. Także w dosłownym znaczeniu – gdy otwieramy te wszystkie okienka w Internecie i doświadczamy tylu bodźców, a także w metaforycznym, kiedy ten wizerunek jest po prostu niesamowicie zaburzony. To wszystko było podstawą stworzenia tzw. portretów typograficznych. Na początku malowałam autentyczne medialne postacie zaburzając ich wizerunek. Później, wychodząc od tych prawdziwych, doszłam do ogólnej idei „uniwersalnej” twarzy ludzkiej.

Ile w pracach jest Ciebie samej, Twojej osobowości?

Wydaje mi się, że moja twórczość nie jest tzw. sztuką osobistą. Nie należę do grona artystek (jak choćby Frida Kahlo czy Tracy Emin), które dosłownie przekładają swoje życie osobiste na sztukę. Jednak znajomi twierdzą, że moje obrazy przekazują rodzaj charakterystycznej dla mnie energii. Taki typ ekspresji jaki posiadam, jest w nich bardzo widoczny. Poza tym, sam proces malarski stał się dla mnie upustem wszelkich napięć, jest to czas uspokojenia i wyzwolenia, choć bywa też odwrotnie – napięcia i bólu.

Miałaś wystawy w galeriach nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Podobno lubisz podróżować?

Lubię, chociaż – jak mawiała Szymborska, „jestem turystką umiarkowaną” czyli nie mogę na długo odrywać się od pracowni, która jest wręcz fizjologiczną częścią mojego życia. Jednak dużo satysfakcji sprawiają mi właśnie podróże związane z wystawami, a już mniej – typowo rekreacyjne. Żyjąc w polskim klimacie, wiadomo – trzeba się od czasu do czasu doświetlić, ocieplić. A choć podróże z wystawami nie są do końca relaksem, a mają wręcz aspekt stresu, to powodują również niesamowitą, dodatkową satysfakcję życiową. Cieszę się, że to, co robię, daje mi możliwość oglądania i poznawania różnych zakątków.

Wspomniałaś o relaksie, ale w Twoim przypadku to chyba najbardziej joga…

Zdecydowanie. Pracując, chyba w każdym zawodzie, wykonuje się pewną konkretną formę, powiedziałabym – zużycia swojego ciała. Trzeba znaleźć coś, co choć trochę odwróci nasze ciało w innym kierunku, pozwoli mu się zregenerować. Od lat pracuję prawą stroną ciała i dlatego muszę cały czas szukać jego symetrii, równowagi. Poza tym, przy wiecznym dreptaniu podczas malowania, pięć kroków w tył, pięć w przód, nie mam już ochoty na bieganie, a dźwigając duże formaty – na siłownię. Oprócz jogi bardzo ważny jest dla mnie kontakt z przyrodą, to żeby wyjść z pracowni, pooddychać świeżym powietrzem.

Malowanie to na pewno Twoja pasja, ale jakbyś miała powiedzieć co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?

Ostatnio Stanisław Tym powiedział, „życzę wam zdrowia, a resztę kombinujcie”. Kradnę to jako motto. A tak na poważnie. Praca i rozwój twórczy były od dzieciństwa u mnie najważniejsze. Zawsze pilna uczennica i pracoholiczka. Życie zawodowe to moje naturalne środowisko, w którym bardzo dobrze się czuję. Moje priorytety życiowe to rozwój osobisty, wolność, praca twórcza, no i sama materia malarstwa. Uważam, że w tym mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia.

Masz mocne miejsce w tym świecie artystycznym?

Jestem w „Kompasie sztuki”, gdzie już samo znalezienie się, wśród najważniejszych twórców, mocno pozycjonuje artystę. A ja nad tym w ciągu ostatnich kilku lat bardzo ciężko pracowałam. Nad dopieszczeniem polskiego świata sztuki. Nad tym, żeby się w nim tak bardzo mocno ugruntować. Wcześniej miałam lata, kiedy koncentrowałam się bardziej na rozwoju kariery za granicą czy też na rynku stricte komercyjnym, po to żeby zdobyć grono odbiorców. Było to nieco odwrotne działanie od ogólnie przyjętego, ale widzę, że wyszło na dobre. Teraz mogę sobie na przykład pozwolić na cykl wystaw w niekomercyjnych miejscach.

Twoje prace są w wielu prywatnych kolekcjach zarówno w Polsce jak i za granicą. To Cię w jakiś sposób nobilituje osobiście?

Tym pytaniem otworzyłeś puszkę Pandory. To jest w tej chwili najtrudniejszy aspekt mojej działalności. Z jednej strony po to, żeby móc się wystawiać, od trzech lat bardzo ograniczyłam sprzedaż prac. Z drugiej strony, nie można zaniedbać Kolekcjonera, takiego z dużej litery. Bo jest to ktoś, kto już z samej definicji kocha to, co robię. Jest dodatkowo w stanie wydać pieniądze, czekać na nowe prace. Nie można więc takich ludzi lekceważyć. Niemniej jednak, sprzedany obraz jest tylko na „jednej” ścianie, tak jakby przepadł dla świata. Przez to większe grono ludzi traci możliwość jego obejrzenia. Więc od kilku lat moja strategia sprzedaży obrazów polega na tym, że muszą najpierw zostać kilkakrotnie pokazane na wystawach niekomercyjnych, mieć jakiś większy, ogólnodostępny odbiór. Dopiero po jakimś czasie „pozwalam” niektórym trafić do prywatnych kolekcji. Tym samym posiadacz takiego dzieła ma coś, co jest już utytułowane, obejrzane, docenione, ma swoją przeszłość tzw. prowiniencję i wartość. To poszukiwanie równowagi, manewrowanie między nazwijmy to wprost – koniecznością sprzedaży prac, żeby się utrzymać, a próbą wejścia w rynek sztuki wysokiej i niekomercyjnej, jest chyba najtrudniejszym aspektem mojej pracy. To, żeby znaleźć równowagę. Nie stracić kolekcjonerów, by nie zniechęcili się wieczną niemożnością nabycia obrazów. A tych, ze względu na długotrwały, skomplikowany proces twórczy, nie ma znowu tak wielu… Kolejnym bardzo trudnym tematem jest funkcjonowanie galerii komercyjnych na polskim rynku sztuki. Mnie interesuje współpraca z takimi galeriami, które nie tylko zabiorą obraz i go sprzedadzą, dzieląc się w jakimś procencie zyskami ze mną. Chodzi o to, żeby galeria odgrywała rolę czegoś w rodzaju managementu. Czyli jednocześnie organizowała wystawy w prestiżowych miejscach, prasę, media, PR itp. Jednak tego typu placówek w naszym kraju jest bardzo mało. Marzę o takiej kooperacji, która pozwoliłaby mi tylko i wyłącznie malować, a ktoś za mnie organizował robotę menedżerską.

Kiedy będziemy mogli obejrzeć Twoje prace na wystawie w Łodzi?

Rok 2020 będzie dla mnie rokiem jubileuszowym (w kilku aspektach). Wtedy to planuję dużą prezentację mojego malarstwa we współpracy z Miejską Galerią Sztuki. Mam zamiar się temu w pełni poświęcić, bo jest to dla mnie niezwykle nobilitujące, a jeszcze bardziej stresujące. Bo wiadomo, nikt nie jest prorokiem we własnym mieście… Do tego czasu, złaknionych kontaktu z moimi obrazami, zapraszam teraz do Galerii MM w Chorzowie (od 4 do 25 lutego), a 23 września na wernisaż do Centrum Olimpijskiego w Warszawie.

Rozmawiał: Krzysztof Karbowiak
Zdjęcia: Agnieszka Cytacka

Małgorzata Kosiec
Absolwentka ASP w Łodzi, dyplom z wyróżnieniem obroniła w 2000 roku. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki. Finalistka programu International Young Art 2002 domu aukcyjnego Sotheby’s. Swoje prace prezentowała m.in. w Nowym Jorku, Tel Awiwie, Amsterdamie, Denver, Göteborgu, Malmö, Sztokholmie czy Londynie. Na stałe reprezentowana przez wiodące szwedzkie galerie w Göteborgu, Malmö i Sztokholmie.