Powiem to wprost i bez zbędnych ozdobników – nie znoszę listopada. To najgorszy miesiąc w roku. Zawsze dłuży mi się niemiłosiernie, pogoda słaba, wieczory zaczynają się wczesnym popołudniem. A jednak to miesiąc wyjątkowy, skłaniający do refleksji i zadumy. W mojej rodzinie scenariusz listopadowych dni rozpisany jest na dwa odejścia: pierwszego listopada mojego dziadka Aleksandra Kern i dwudziestego dziewiątego – Taty. I tak co roku rytm kolejnych dni wyznaczają wspomnienia, opowieści, anegdoty.

Pewnie niewielu wie, że Ojciec mój prócz wykonywania zawodu adwokata uwielbiał pisać. Pisał nie tylko pisma procesowe, czy „branżowe” artykuły, ale tworzył mnóstwo tekstów literackich, piosenek i limeryków. W latach siedemdziesiątych założył razem ze swoimi przyjaciółmi adwokatami kabaret „Panów w średnim wieku”. Naturalnie nazwa nawiązywała do „największego wydarzenia kulturalnego czasów siermiężnego PRL-u” czyli Kabaretu Starszych Panów. Porządkując jakiś czas temu na okoliczność przeprowadzki stare dokumenty natrafiłam na teczkę, jakich w naszym domu było wiele, bo w nich zawsze Tata przechowywał akta spraw.

W tej konkretnej znalazłam spisane teksty jednego z takich kabaretowych wieczorów. Oczywiście wszystko napisane na maszynie (tak to dźwięk, który towarzyszył mi przez całe dzieciństwo), trzynaście kartek, na których pozostały teksty piosenek i narracja do występu, który jeśli dobrze pamiętam odbył się na okoliczność odejścia na emeryturę przyjaciela Taty – nieodżałowanego, wybitnego adwokata Karola Głogowskiego. Prolog zaczyna się tak: „Po raz drugi w dziejach naszej społeczności, na tych salach nasz kabaret się rozgościł.

Na historii tkwimy kartach tak czy owak. Janusz Jener, Andrzej Kern i Jerzy Nowak (…) Jeśli program ten wypadnie wręcz fatalnie, będzie długo o czym mówić w „Teatralnej”. I rozważać kto się gorzej prezentował: Janusz Jener, Andrzej Kern czy Jerzy Nowak”. Oprócz zabawnych tekstów piosenek zapiski zawierają całą gamę anegdot z życia łódzkiej rady adwokackiej, poszczególnych przedstawicieli palestry oraz mnóstwo gagów. Dzięki drobiazgowo prowadzonej narracji dowiedzieć można się o takiej oto historii: „Gdy pełniłem obowiązki sekretarza Rady Adwokackiej do moich m.in. obowiązków należało pisanie nekrologów. Treść ich najczęściej była podobna – żegnamy doświadczonego prawnika i oddanego kolegę itp. A przy okazji powstawały nagrobki „do szuflady”.

Oto kilka z nich: – „Strzelisty marmur do góry się wznosi, byście o iksie nie zapomnieli. W nieutulonym zostawił on żalu, przyjaciół i … wierzycieli” albo taki: „Gdy rankiem śmierć przybyła, która nikogo nie minie – zapytał czy wypada o tak wczesnej godzinie”. Pozostając w melancholijnym nastroju pożegnam się z Szanownymi Czytelnikami jeszcze jednym tekstem Ojca, który już na zawsze kojarzyć mi się będzie z listopadową zadumą: „Czym jest śmierć? Jest słowem już wypowiedzianym, które nigdy nie zostanie powtórzone. Jest pustym dźwiękiem z klawiatury fortepianu, w którą już nikt nie uderzy. Śmierć to … odejście przyczyny.”