Festiwal cały czas ewoluuje, więc publiczność też się zmienia. Oczywiście część widzów odchodzi, bo zmienia się repertuar. Część widzów podąża za tą zmianą. Cały czas pojawiają się też nowi odbiorcy. Ale jedno ich łączy – wszyscy przychodzą do nas, bo szukają dobrego teatru – mówi Ewa Pilawska, dyrektor artystyczna Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych.

LIFE IN. Łódzkie: W tym roku odbędzie się już 25. edycja Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Bardzo szybko to „zleciało”. Pamięta Pani pierwszą edycję, jakie z nią wiążą się wspomnienia?

Ewa Pilawska: Byłam bardzo szczęśliwa, że ówczesny dyrektor Teatru Powszechnego Maciej Korwin (którego byłam zastępcą) zaakceptował mój pomysł i mogłam rozpocząć pracę nad Festiwalem. Tworzenie czegoś nowego jest zawsze fascynujące. Wciąż mam w sobie to „wewnętrzne dziecko”, dzięki temu tworzenie repertuaru Festiwalu cały czas daje mi wielką radość.

Czy którąś z edycji wspomina Pani szczególnie?

Ze wszystkimi edycjami wiążą się pozytywne wspomnienia, nie chciałabym żadnej wyróżniać. Punktem zwrotnym w ewolucji Festiwalu była prezentacja twórczości Krystiana Lupy i pokaz „Wymazywania” w jego reżyserii. Oglądałam ten spektakl wiele lat wcześniej z moim synem – towarzyszem większości moich teatralnych podróży. Był wtedy małym chłopcem. Powiedziałam mu, że chciałabym pokazać „Wymazywanie” w Łodzi, że to moje marzenie. I udało się – dobre anioły czuwały nad Festiwalem cały czas. Kilka lat później pokazaliśmy spektakl Lupy, na prezentację wynajęliśmy Teatr Wielki. Było to możliwe, bo urealniła się dotacja z miasta. Pamiętam też wiele sytuacji, które zbudowały szczególną więź z widzami. Gdy mieliśmy pokazać na Festiwalu „Anioły w Ameryce”, rozeszły się akurat drogi Grzegorza Jarzyny i Krzysztofa Warlikowskiego. „Anioły…” były własnością TR Warszawa, były duże problemy z prezentacją. Magda Popławska grała wtedy w jakimś filmie daleko od Polski, a producenci nie chcieli puścić jej z planu zdjęciowego. W wolny weekend wsiadła do samolotu, kilka razy się przesiadała, żeby dotrzeć do Łodzi. Ja byłam cały czas w kontakcie z Warlikowskim… Powstał taki „łańcuch dobrej woli”. Publiczność czekała na aktorkę i udało się – za kulisami skakaliśmy z radości. Zaczęliśmy bardzo późno, ale atmosfera była niesamowita. Popławska zagrała świetnie. To są momenty, kiedy tworzy się wspólnota.

Co na przestrzeni tych lat i rozwoju festiwalu, Pani zdaniem, udało się najbardziej, a co się nie powiodło?

Przede wszystkim udało się stworzyć wspólnotę. Każdy Festiwal to wiarygodna rozmowa twórców z publicznością – dzięki temu powstał jeden z ważniejszych festiwali teatru zawodowego w Polsce. Festiwal, na początku bez dotacji, stał się marką, która zasłużyła w kwietniu 2009 roku na stałą dotację podmiotową – to dodało nam skrzydeł, pozwoliło się rozwijać. Spełniło się moje marzenie o tym, żeby był bezpieczny i niezależny. Natomiast wprowadzona w ubiegłym roku przez Wydział Kultury zmiana finansowania może spowodować poważne konsekwencje dla przyszłości Festiwalu. Nie mamy pewności, jaką dotację otrzymamy w przyszłym roku, jaką za dwa lata. Jak w tej sytuacji można cokolwiek planować, jak zapewnić łodzianom poziom artystyczny porównywalny z dotychczasowym? Ciekawa jestem, czy urzędnicy, którzy taką zmianę wymyślili, zdają sobie sprawę z konsekwencji. Jak przez te lata zmieniła się festiwalowa publiczność? Festiwal cały czas ewoluuje, więc publiczność też się zmienia. Oczywiście część widzów odchodzi, bo zmienia się repertuar. Część widzów podąża za tą zmianą. Cały czas pojawiają się też nowi odbiorcy. Ale jedno ich łączy – wszyscy przychodzą do nas, bo szukają dobrego teatru. Przypomnę, że dzięki Festiwalowi pokazaliśmy w Łodzi zawodowe spektakle wielu wybitnych twórców, między innymi Krystiana Lupy, Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Jarockiego, Grzegorza Jarzyny, Yael Ronen, Andrei Şerbana czy René Pollescha.

Każdy festiwal dedykowany jest określonemu tematowi, nawiązującemu do tego, co dzieje się w otaczającej nas rzeczywistości. Jaka jest myśl przewodniego jubileuszowego festiwalu?

Publiczność – jej rola i znaczenie. Chciałabym, abyśmy zastanowili się, na ile dzisiaj pamiętamy o tym, co mówił Zygmunt Hübner – że „teatru nie robi się jedynie dla własnej przyjemności, jest to zawsze gra we dwoje. Partnerem jest widz”.

Co tym razem zobaczymy na scenie?

Nie chcę wyróżniać któregokolwiek spektaklu, bo wszystkie są dla nas ważne. Zapraszam do odwiedzenia naszej strony internetowej, tam są wszystkie szczegóły tegorocznego Festiwalu. Mam nadzieję, że też w ocenie widzów zaproponowane spektakle będą interesujące.

Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych obok wydarzeń artystycznych składa się z wielu spotkań z twórcami. Dlaczego spotkania i rozmowy są tak ważne?

Rozmowa jest najważniejsza – również w życiu. Nie uważa Pani? Zawsze dyskutowałam i dyskutuję z moim synem o miłości, życiu, wartościach, sztuce, wakacjach. W ogóle wśród bliskich mi osób rozmowa jest fundamentalna. W rozmowie możemy zderzyć swoje interpretacje z opiniami innych.

Spodziewa się Pani, że w najbliższych latach festiwal będzie się zmieniał? W jaki sposób, w jakim kierunku?

Nigdy nie zakładałam jakiejś zamkniętej formuły. Festiwal cały czas się zmienia w symbiozie z widzami. Najpierw był trochę „impresaryjny”, później stał się ogólnopolski. Jeszcze później doszłam do przekonania, że koncepcja sztuk „przyjemnych” stała się niewystarczająca. Podobnie było z aspektem międzynarodowym. Mam głębokie przekonanie, że to razem z widzami doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy teraz. Aż przyszedł czas, aby zapraszać do realizacji prapremier takich twórców jak Grzegorz Laszuk, który podczas ostatniej edycji wyreżyserował spektakl „Hannah Arendt: Ucieczka” – naszą koprodukcję z Komuną Warszawa. Podczas tej edycji również zapraszamy na koprodukcję, tym razem z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A co będzie w kolejnych latach? Nie wiem, ale na pewno zaproponujemy naszym stałym i nowym widzom coś interesującego, ważnego, atrakcyjnego, różnorakiego i niebłahego.

Rozmawiała Beata Sakowska