Na pierwszym roku studiów zamieszkałem na ul. Przędzalnianej i z okien mojego mieszkania patrzyłem na tę pustą fabrykę. Mija dokładnie 20 lat i teraz w tym rewitalizowanym budynku tworzę teatr. To dla mnie bardzo symboliczne i pokazuje, że warto mieć marzenia i podejmować ryzyko – mówi Kamil Maćkowiak, dyrektor artystyczny Sceny Monopolis.

LIFE IN. Łódzkie: Cieszysz się bardzo, nowe otwarcie, nowa funkcja – dyrektora artystycznego Sceny Monopolis?

Kamil Maćkowiak: Pewnie, że się cieszę. Bardzo. Od początku, od kiedy przed kilku laty, powołałem do życia Fundację Kamila Maćkowiaka, dążyłem do tego, by prowadzić autorską scenę. Teraz jestem bardzo podekscytowany nie tylko możliwościami stworzonymi przez scenę, ale także współpracą z Arturem Schutterem i jego agencją Lim8, która będzie operatorem sceny oraz Anią Rubaj, która odpowiada za przestrzeń gastronomiczną.

Pomówmy o nowych możliwościach?

Staram się być na tyle kreatywny, że jeśli dostaję pewien potencjał, to od razu myślę jak go wykorzystać. I od razu zrodził mi się pomysł spektaklu, w którym będę gotował na żywo. Od dawna o tym marzyłem i w końcu będę mógł to zrealizować, dzięki odpowiednim warunkom i Ani Rubaj, która mi w tym pomoże. Uwielbiam gotować, już się widzę na scenie.

Właśnie skoro już o niej mowa. Do tej pory radziłeś sobie z takimi możliwościami, jakie miałeś.

Brak swojego miejsca, wynajmowana scena w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych, gdzie brakowało odpowiedniego zaplecza, wymuszała na nas tworzenie spektakli dość oszczędnych scenograficznie. Dlatego poszedłem bardziej w kierunku przedstawień multimedialnych, wspomagając się projekcjami wideo. Teraz warunki sceniczne będą inne, takie jak w profesjonalnych teatrach, z prawdziwą teatralną widownią na 240 osób, więc mogę swobodnie myśleć o bardziej spektakularnych przedsięwzięciach, oczywiście na miarę finansowych możliwości.

Czy nowa przestrzeń przełoży się też na większą obsadę aktorską w realizowanych przez Ciebie spektaklach?

Z biegiem czasu zapewne tak. Ale kameralne historie, które tworzymy, to taki nasz znak rozpoznawczy i na taki teatr bardzo chciałbym postawić. Muszę wejść na scenę i poczuć, co scena Monopolis do mnie powie, przekonać się, jakie historie mam na niej opowiadać. Bardzo czekam na ten moment. Natomiast, absolutnie nie odetnę się od tego, co Fundacja zrealizowała do tej pory, będziemy grać wszystkie spektakle z naszego repertuaru, z wyjątkiem „Ławeczki na Piotrkowskiej”, która zostaje tylko w naszej ofercie eventowej. Przy tej okazji warto wspomnieć, o naszej nowej produkcji, trzeciej już w tym sezonie premierze. Już dziś zapraszamy na „Wigilię” w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego, w której zagram z Mileną Lisiecką. W naszych spektaklach stawiamy na historię, aktorów, klimat i tak będzie nadal.

Co wystawisz jako premierę na deskach nowego teatru Scena Monopolis?

Cały czas poszukuję odpowiedniej sztuki, ponieważ ten pierwszy spektakl będzie jakby deklaracją repertuarową i szukam czegoś, co pięknie pogodzi wszystko, na czym mi zależy, by tworzyć teatr przystępny, ale jednak teatr ambitny, nie tylko rozrywkowy.

Teraz bardziej kojarzysz się z teatrem rozrywkowym?

Przede wszystkim dlatego, że rozrywkowe spektakle jak „Cudowna Terapia” czy „Totalnie szczęśliwi” są bardziej popularne. „Diva Show”, „Amok”, czy „50 słów” – nie są spektaklami rozrywkowymi. Chcę tworzyć teatr różnorodny, przystępny, który nie odstrasza przeintelektualizowaniem, nadęciem formy, czy przekombinowaniem. Stawiam na opowiadanie historii, na emocje. Chcę robić teatr dla ludzi, dla łodzian, u mnie liczy się przede wszystkim widz, którego nie zamierzam stracić. Mogliśmy robić spektakle bez reżysera, scenografa, ale nie damy sobie rady bez publiczności.

Sześć lat szukałeś swojego miejsca. Teraz te marzenia się ziszczają. Jak to się stało, że na Twojej drodze pojawił się Krzysztof Witkowski, znany mecenas kultury – jak doszło do waszego spotkania, pomijając to, że równo rok temu spotkaliście się na łamach naszego magazynu?

(Śmiech). Zanim spotkaliśmy się na łamach LIFE IN, byliśmy już po pierwszym spotkaniu, ale i owszem potem śmialiśmy się, że było to prorocze spotkanie. A wracając do spotkania, najzwyczajniej w świecie zainicjowałem je. I dobrze się złożyło, bo Krzysztof już się nam przypatrywał, ale początkowo w kontekście „Letniej Sceny Monopolis”. My natomiast złożyliśmy ofertę bardziej otwartą i wzięto nas pod uwagę w rozważaniach do prowadzenia Sceny Monopolis.

Czy teraz jak będziesz dyrektorem artystycznym nowej sceny, ograniczysz swój udział w innych projektach?

To jest na pewno przedsięwzięcie dużo bardziej absorbujące, odpowiedzialność jest większa, ale i większa chęć identyfikacji, bo miejsce stwarza nowe możliwości, które będą pochłaniały czas. Na pewno nie zrezygnuję z działalności, które są dla mnie naprawdę ważne, jak chociażby granie w teatrach Krystyny Jandy.

Ile premier w roku planujesz na Scenie Monopolis?

Jak zwykle wszystko rozbija się o pieniądze, więc zależy to od naszych możliwości finansowych, moja sytuacja nie do końca się zmienia, nadal prowadzę Fundację i teatr bez dotacji. Od mojej pomysłowości, kreatywności i skuteczności jako menedżera będzie zależało, ile pozyskam środków, dzięki którym będę mógł realizować kolejne przedstawienia. Chciałbym robić przynajmniej dwie premiery w sezonie.

Czy inne teatry też będą tam występowały?

Tak, będziemy mieli ofertę impresaryjną, będziemy zapraszać inne teatry na występy gościnne. Ale przede wszystkim zostałem zaproszony przez Krzysztofa do tworzenia marki tego miejsca poprzez autorską inicjatywę. I bardzo to doceniam. Dla każdego artysty jest bardzo ważne poczucie, że ktoś cię gdzieś chce. Wbrew pozorom, poza widownią, nie było to takie oczywiste do tej pory.

Sam wybrałeś taką drogę, sam zrezygnowałeś z etatu w teatrze, teraz znowu wracasz na teatralną scenę?

Jestem bardzo sentymentalny. W 1999 roku, na pierwszym roku studiów zamieszkałem na ul. Przędzalnianej i z okien mojego mieszkania patrzyłem na tę pustą fabrykę. Mija dokładnie 20 lat i teraz w tym rewitalizowanym budynku tworzę teatr. To dla mnie bardzo symboliczne i pokazuje, że warto mieć marzenia i podejmować ryzyko.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Biznes w kadrze