Rozmawiamy z profesorem Jerzym Nawrockim, chirurgiem oka, wybitnym naukowcem, twórcą nowatorskiej metody pozwalającej odzyskać wzrok, jedynym polskim okulistą, który trafił do Retina Hall of Fame.

LIFE IN. Łódzkie: Współtworzył Pan i współzarządza przez wiele lat Kliniką Jasne Błonia. Skąd pomysł na własną klinikę?

Prof. Jerzy Nawrocki: Klinika Jasne Błonia powstała w lipcu 2001 roku, a w grudniu przeprowadziliśmy w niej pierwszą operację. Chcieliśmy, aby było to nowoczesne centrum chirurgii szklistkowo-siatkówkowej w Polsce, które zaoferuje kompleksowe leczenie chorób oka i najlepszą opiekę medyczną. Naszą klinikę założyliśmy w pięć osób: dr Zofia Nawrocka, dr Małgorzata Dzięgielewska, dr Krzysztof Dzięgielewski, dr Zbigniew Pikulski i ja. A skąd pomysł? Widzieliśmy takie kliniki w Niemczech, Francji, Stanach Zjednoczonych i pomyśleliśmy, że może warto założyć podobną u nas. Wtedy w Polsce nie było takich placówek i to naprawdę było wielkie wyzwanie, ale się udało.

Od początku Klinika Jasne Błonia uznawana jest za jedną z najlepszych placówek w Polsce, zajmujących się leczeniem chorób oka. Cieszy się doskonałą opinią wśród pacjentów. Jak zdobywa się takie uznanie?

To miłe co Pan mówi, ale w życiu nic nie przychodzi łatwo. Na taką opinię ciężko pracuje cały zespół. Uznanie i zaufanie pacjentów zdobywa się powoli, ale bardzo szybko można je stracić, jeżeli popadnie się w rutynę. Trzeba cały czas dbać o to, aby pacjent czuł, że ma zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie. Przede wszystkim jednak liczy się skuteczność leczenia.

Jest Pan naukowcem, wybitnym specjalistą w chirurgii szklistkowo-siatkówkowej, a przy okazji menedżerem. Da się pogodzić tak różne przecież dziedziny?

Nie jestem menedżerem i nigdy nie chciałem nim być. To jest dla mnie o wiele trudniejsze niż praca chirurga. Oczywiście uczestniczę w podejmowaniu decyzji, ale kliniką zarządzają inni. Sam zdecydowanie wolę operować i prowadzić działalność naukową. W chirurgii bardzo ważne jest to, by być na bieżąco ze wszystkimi nowinkami medycznymi i technicznymi. Tym bardziej że w swojej pracy wykorzystujemy skomplikowane urządzenia i trzeba mieć pojęcie o tym, jak ich skutecznie używać.

Nagrywa Pan wszystkie swoje operacje. Dlaczego?

Pomysł, żeby nagrywać wszystkie operacje, jest bardzo prozaiczny. Otóż nagrania mają dokumentować przebieg operacji, szczególnie w kontekście prowadzonej działalności naukowej. Oczywiście można opowiedzieć i opisać przebieg operacji, ale wtedy mogłyby się pojawić jakieś zastrzeżenie co do wykonanej operacji, komentarze na temat jej przebiegu, czy uwagi na temat podejmowanych działań. Obraz bardziej przemawia do sceptyków niż słowa. Nasze operacje filmujemy od momentu, gdy zaczęliśmy je wykonywać. Warto zaznaczyć, że chirurgia szklistkowo-siatkówkowa pojawiła się w latach 70. To właśnie wtedy profesor Robert Machemer złamał tabu i przeprowadził pierwszą witrektomię, operację polegającą na wycięciu ciała szklistego. Wcześniej taka ingerencja w oko była niedopuszczalna i uważano, że musi się ona skończyć dla pacjenta utratą oka. On udowodnił, że jest inaczej. W Polsce nie było wtedy warunków do przeprowadzania takich operacji. Dopiero na przełomie lat 80-90. udało mi się skompletować wymagany sprzęt i jako pierwszy w Polsce przeprowadziłem witrektomię. Chcąc dokumentować przebieg operacji, zaczęliśmy je filmować. Robiliśmy to kamerami VHS, które podłączaliśmy pod mikroskop, a później montowaliśmy na dwóch magnetowidach. Jakość tego była kiepska, ale tylko w ten sposób mogliśmy pokazać światu, że w Polsce też stosujemy witrektomię.

Zmontowane filmy również prezentował Pan i współpracownicy na różnych kongresach. Po co?

Te filmy dokumentują zabiegi naprawdę ważne i pod różnymi względami nowatorskie. Pokazując je, łatwiej jest prezentować swoją działalność naukową. Filmy te są także oceniane przez Amerykańskie Towarzystwo Szklistkowo-Siatkówkowe (ASRS), które przyznaje swoje nagrody Rhett Buckler Award, czyli „okulistyczne Oscary”.

Za co przyznawana jest ta nagroda?

Dla każdego naukowca taka nagroda jest ogromnym wyróżnieniem. Wszystkie filmy, które startują w konkursie, są oceniane przez grono wybitnych naukowców z całego świata. W związku z tym, żeby znaleźć uznanie jurorów, muszą one prezentować operację, która w jakimś aspekcie jest bardzo trudna lub innowacyjna albo wskazująca nowe sposoby operowania. Uhonorowanie filmu statuetką, jest jednocześnie wyróżnieniem dla zespołu, który przeprowadził pokazaną w filmie operację. Jako ciekawostkę powiem, że statuetki przygotowuje ta sama pracownia, która robi Oscary filmowe. Są one nawet z tego samego materiału. Różnica jest tylko taka, że Oscar okulistyczny ma ręce skierowane w górę, a w dłoniach trzyma siatkówkę oka.

Pan ma już dziewięć takich statuetek. Który jest dla Pana najważniejszy – ten pierwszy z 2003 roku czy ostatni z 2017 roku? A może któryś z pozostałych?

To nie są moje Oscary. Każda operacja jest pracą zespołową więc to, że te statuetki trafiły do nas, to także zasługa moich współpracowników. Największy sentyment mam oczywiście do pierwszej statuetki. Nie mogłem wtedy pojechać do Ameryki, więc wysłałem film. Nie wiedziałem nawet, że został nagrodzony. Zorientowałem się dopiero, jak na którymś kongresie w Europie koledzy zaczęli mi gratulować sukcesu. Najważniejsza statuetka jest jednak za film prezentujący operację, w której wykorzystana została „technika odwróconego płatka”, której jestem twórcą. Trzeba wiedzieć, że bardzo często przestajemy widzieć, gdy dojdzie do powstania otworu w siatkówce w jej centralnej części, czyli w plamce. W 2008 roku opracowałem nową technikę operacyjną „odwróconego płatka”, która pozwala na skuteczne zamknięcie otworu w plamce i przywrócenie widzenia. Technika ta różni się od poprzednio stosowanych wysoką skutecznością, aż 90 procent chorych odzyskuje wzrok. Metodę tę stosują dziś okuliści w Japonii, Indiach i Europie, co potwierdzają liczne publikacje i referaty wygłaszane na zjazdach okulistycznych.

Amerykańscy specjaliści przyznają swoje Oscary za filmy pokazujące oryginalne i nowatorskie operacje wykonywane na oczach. Realizacja takiego filmu musi być chyba nie mniej skomplikowana od samej operacji oka?

I jest. Powiem tylko tyle, że sam film, który jest pokazywany jurorom, trwa kilka minut. W związku z tym musi zawierać same najważniejsze momenty wykonanych operacji. Na potrzeby filmu wykorzystywane są nagrania z kilku, a czasami kilkunastu operacji. Każda trwa około godziny. Trzeba to później obejrzeć, wybrać najciekawsze fragmenty i zmontować. To jest ogrom pracy, ale przyznane Oscary dają nam jeszcze więcej satysfakcji.

Trafił Pan do Retina Hall of Fame – grona najwybitniejszych specjalistów od chorób siatkówki oka. Wielkie wyróżnienie, które przyznawane jest wybitnym naukowcom i lekarzom. Trafić tam nie było łatwo, bo jest Pan jedynym Polakiem w tej galerii sław. To dla Pana cenne wyróżnienie?

Bardzo cenne. Retina Hall of Fame zostało stworzone w celu uhonorowania naukowców i lekarzy, którzy zasłużyli się czymś ważnym w leczeniu schorzeń siatkówki. W galerii znalazło się 200 żyjących i nieżyjących okulistów. Jestem jedynym Polakiem, który został tak wyróżniony.

Rozmawiał Robert Sakowski