„To wszystko przez kobiety!” wykrzykuje mój bohater, którego gram w „Ławeczce na Piotrkowskiej” wyliczając dziesiątki problemów, które go przytłaczają… Ja, siedząc nad biznesplanem nowego teatru (Sceny Monopolis), który jesienią inauguruje swoją działalność w Łodzi, układając repertuar, strategię reklamową, etc…mam ochotę wykrzyknąć to samo.

Zaczęło się od Tiny Turner i to bardzo wcześnie. Był 1985 rok, gdy tata, kapitan żeglugi wielkiej, przywoził z zagranicy kasety magnetofonowe. Miałem pięć lat, włączyłem jedną z nich i oszalałem… na kolejnych kilkanaście lat. Tina Turner zdominowała totalnie moje dzieciństwo. Do piętnastego roku życia nie miałem innych idoli ani muzycznych fascynacji. To przez nią namówiłem mamę, aby mnie zawiozła na egzaminy wstępne do szkoły baletowej. W swojej percepcji dziewięciolatka liczyłem na to, że nauczą mnie tam tańczyć jak ona. A był to jeszcze okres, w którym bycie Tiną Turner było moim pomysłem na życie. Dopiero szkoła baletowa miała to zmienić.

Druga kobieca fascynacja zrodziła się z rozczarowania baletem. Miałem 15 lat, wróciłem ze stypendium ze Stanów Zjednoczonych i w szkolnej bibliotece poprosiłem o jakąś „książkę o aktorze”. Dostałem autobiografię Heleny Modrzejewskiej i zaczęło się coś, co właściwie trwa do dziś. Opętał mnie teatr. Codziennie wieczorami biegałem do innej amatorskiej grupy teatralnej, pisałem sztuki, kolegów w internacie zmuszałem, żeby je potem grali ze mną na świetlicy. Ta najwybitniejsza dziewiętnastowieczna aktorka teatralna stała się moim absolutnym teatralnym guru, punktem odniesienia do kolejnych zawodowych decyzji.

Zdecydowałem, że szkołę baletową, owszem, ukończę, ale po dyplomie nie poświęcę tańcowi ani jednego dnia dłużej. Zostanę aktorem. Kolejna idolka, a właściwie kobieta drogowskaz, pojawiła się właśnie poprzez Modrzejewską, bo to w serialu o tejże zobaczyłem po raz pierwszy Krystynę Jandę. O Jandzie mógłbym napisać osobny felieton, bo odkąd skończyłem 16 lat, do dziś nieprzerwanie jest źródłem inspiracji i aktorskich zachwytów. Pisałem o niej w pracy maturalnej, wbiłem się nawet do jej garderoby tuż przed egzaminami do szkoły teatralnej, żeby to ona zdecydowała, czy do tego zawodu się nadaję. I mimo że wtedy w Akademii mnie odrzucili, jej głos na tak był dla mnie decydujący. To ona zaraziła mnie „chorobą monodramową”, to pod jej wpływem sam zdecydowałem się założyć fundację i prowadzić autorską inicjatywę.

Dwukrotnie już spotkałem się z Nią w pracy, za każdym razem coraz baczniej obserwując ten fenomen, gejzer energii, kobietę instytucję. No właśnie. Siedzę więc nad tym biznesplanem, myślę co zainteresuje łódzkich widzów, jak przyciągnąć potencjalnych sponsorów… I tylko na chwilę odpływam w fantazję, że przecież gdyby nie kiedyś ta kaseta magnetofonowa, ta autobiografia, moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. To wszystko przez kobiety. Prawda. Na szczęście Scena Monopolis jest zbyt absorbująca, bym mógł sobie pozwolić dłużej na takie melancholijne dywagacje.