Przed laty poważnie myślała o medycynie, ale – jak mówi – wybrało ją aktorstwo. Teraz do niej wraca. Uwielbia minimalizm. Żyje skromnie, ale lubi otaczać się tym co piękne. Monika Buchowiec, aktorka Teatru Nowego w Łodzi specjalnie dla LIFE IN. Łódzkie.

LIFE IN. Łódzkie: Przed laty porzuciłaś myśl o studiowaniu medycyny dla aktorstwa. Teraz po latach spędzonych na scenie wracasz jednak do medycyny, zaczynasz studiować medycynę chińską? Historia zatoczyła koło.

Monika Buchowiec: Zawsze powtarzam, że aktorstwo mnie wybrało samo i siłą rozpędu wyperswadowało medycynę, o której myślałam poważnie już w szkole podstawowej. Ale w pewnym momencie, kiedy w wieku 26 lat wylądowałam po operacji na jednym z oddziałów szpitala Matki Polki, leżąc tak godzinami i patrząc w sufit, zaczęłam zastanawiać się czym tak naprawdę jest to zjawisko jakim jest choroba. Dlaczego w ogóle ludzie chorują, dlaczego jedni są zdrowi i witalni, drudzy borykają się ze schorzeniami całe życie, dlaczego jedni chorują na te, a inni na tamte choroby, skąd wynikają te niesprawiedliwości. Leżałam tak sobie na tym szpitalnym łóżku wśród kobiet w różnym wieku a o podobnych schorzeniach i zastanawiałam się, jak sobie na te dolegliwości zapracowałyśmy. A może sama choroba jest tylko znakiem, informacją, że coś robimy nie tak, że może źle się ze sobą obchodzimy. Że choroba jest takim wierzchołkiem góry lodowej, a cała wiązanka schematów, które są podwaliną tej góry zawiera się w naszych codziennych zaniedbaniach, wliczając geny, otoczenie, sposób myślenia. Dzisiaj jest więcej informacji na ten temat i może to się wydawać oczywiste, ale wtedy te moje przemyślenia i intro zapytania były dla mnie bardzo odkrywcze. Wiedziałam jedno, że odpowiedzi na pewno nie znajdę w medycynie akademickiej. Stąd zaczęłam poszukiwać, w praktykach ludowych, ziołolecznictwie, Ayurvedzie czy ostatnio właśnie Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. Teraz przyszedł taki kolejny moment, w którym stwierdziłam, że to dobry czas, by zdobyć konkretną wiedzę w kierunku terapii naturalnych.

Ale dlaczego akurat medycyna chińska?

Kiedy jeździłam do Indii fascynowałam się Ayurvedą, ale zauważyłam, że ta wiedza nie do końca przekłada się na nas Polaków, na naszą szerokość geograficzną, na nasze uwarunkowania, choćby żywieniowe. Większość Hindusów jest wegetarianami. Medycyna poza tym, że bardziej wnikliwie i logicznie podchodzi do konkretnych schorzeń to myślę, że nam Polakom jest mimo wszystko bliższa.

Wróćmy na chwilę do tych podróży do Indii, kiedy się zaczęły i co dały?

W moim życiu niezwykle istotny był zawsze aspekt duchowy, który zaniedbywałam, kiedy za bardzo skupiałam się na projektach komercyjnych. Kiedyś, kiedy miałam tak zwany czas „zwątpienia”, trafiłam na kurs purny yogi, na którym zrozumiałam czym jest i co daje medytacja. No i później zaczęły się podróże do Indii. Spakowałam plecak, nie mówiąc rodzicom, że jadę sama i wyjechałam na miesiąc do Bangalore. Tam odkryłam, że to jest moje miejsce, tak jak i wielu innych osób, które spotkałam po drodze. Bo po to tam się jedzie, żeby odnaleźć siebie. Zatoczyłam koło i po powrocie zobaczyłam, jak bardzo ważna jest dla mnie rodzinna, kultura, religia czyli prawosławie.

Ta duchowość jest w Twoim życiu niezwykle istotna.

Myślę, że u każdego duchowość jest ważna, tylko każdy inaczej ją wyraża, gdzie indziej szuka. Znajduje albo i nie. Myślę, że uzależnienie od narkotyków to jest rozpaczliwe poszukiwanie duchowości zagubionych ludzi. Sacrum i profanum to dwa aspekty, które zawsze gdzieś ze sobą współgrały, uzupełniały się, jak para kochanków i są nieodłączne.

Nadal śpiewasz w cerkiewnym chórze w Łodzi, choć teraz mieszkasz w Warszawie.

Śpiewam, bo w Łodzi bywam dość często, jestem etatową aktorką Teatru Nowego. Do Warszawy wyprowadziłam się ze względu na mojego ówczesnego partnera. Ale dopiero rok temu poczułam, że mieszkam w tym mieście, kiedy przeprowadziłam się do własnej przestrzeni, kiedy zamieszkałam sama.
Nie wrócisz na stałe do Łodzi? Mówiłaś, że Łódź ma artystyczną duszę, a Warszawa służy do zarabiania pieniędzy? Tak myślałam, tak postrzegałam Warszawę, bo nie miałam tam swojego miejsca. Teraz, kiedy już się zakorzeniłam, widzę, że to miasto można pokochać.

Zakorzeniłam? Pracę nadal masz przecież w Łodzi?

To kwestia odnalezienia swojego miejsca, ludzi, przyzwyczajeń, po prostu przychodzi taka świadomość, że jest się u siebie.

W Łodzi wielu nie mogło odżałować, że wyprowadzasz się do Warszawy.

Rzeczywiście w Łodzi miałam mnóstwo przyjaciół, którzy byli dla mnie „rodziną”. Wyprowadzałam się z ogromnym żalem, bo wiedziałam, że nie będzie już wspólnych obiadów wegańskich i porannej jogi w moim mieszkaniu na Tuwima, wspólnych wypraw po pokrzywę i mlecz do Łagiewnik, wspólnych dyskusji wieczornych i głupich performensów, nawet jeśli do Warszawy jest zaledwie godzinę drogi pociągiem. Wiedziałam, że wnikam w zupełnie inną przestrzeń. Musiałam zakończyć pewien etap, żeby rozpocząć nowy.

Czy było to związane też z tym, że w Warszawie łatwiej o role filmowe, serialowe?

Nie. Mieszkając w Łodzi też dostawałam ciekawe role i miałam swoją bezpieczną przestrzeń, do której zawsze mogłam uciec.

Nie lubisz błyszczeć na ściankach?

Jestem introwertykiem.

W Teatrze Nowym grasz wiele głównych ról, są one nagradzane, jak chociażby rola Grace w sztuce „Dogville”. Jaką wartość mają dla Ciebie takie nagrody?

Nagroda jest dla mnie potwierdzeniem, że zostałam zrozumiana, że to, co robię, przemawia też do innych, ujmując w cudzysłowie. Na przykład za rolę Doroty Masłowskiej, za którą też dostałam nagrodę, byłam krytykowana. Krytykowana przez widownię, głównie na Facebooku, że seplenię, że nie powinnam „ulicy” przenosić na scenę itd. A ja po prostu zagrałam Dorotę. Jej sposób mówienia idealnie pasował do felietonów, skądinąd pisanych przez samą Masłowską. Był intonacją współczesnego młodego pokolenia, które ma tendencję do zmiękczania, jakby to pokolenie nigdy nie wyrosło z przedszkola. Nawet głos zapraszający do wspólnej podróży w Polskim Busie nie wymawiał poprawnie „ś” i „ć”. W tej intonacji te teksty brzmiały jak poezja, uwypuklając paradoksy dzisiejszych problemów naszego społeczeństwa. Zagrałam „jeden do jednego”, a niektórzy myśleli, że mam problem z dykcją. Dla mnie za każdym razem praca nad rolą jest takim budowaniem człowieka od nowa. Inaczej się poruszam, inaczej myślę, inaczej pachnę, inaczej czuję powietrze i robię to absolutnie intuicyjnie, i czasami ten człowiek jest tak prawdziwy, że aż mało sceniczny, niektórzy czują się zniesmaczeni. Nagroda utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak ktoś docenia te moje poszukiwania, że je rozumie.

Intuicja intuicją, ale praca nad każdą z ról jest bardzo ciężka, jak długo wcielasz się w postać?

Za każdym razem, kiedy zaczynam pracę na rolą, wychodzę z poziomu kompletnego zera, nic nie potrafię, nie mam żadnego doświadczenia aktorskiego, nie wiem nic. Zdarza się, że czasami od razu załapuję. Tak było w przypadku Tyrezjasza w „Antygonie”, gdzie już przy pierwszym czytaniu wiedziałam, w którą stronę mam iść. Ale w „Dogville” do trzeciej generalnej nie wiedziałam kogo gram.

Czemu czasami tak trudno wczuć się w rolę?

Nie wiem, może to jest tak jak z porodami. Niektóre są ciężkie, inne mniej. Za każdym razem rodzimy nową postać.

Skoro o spektaklach mowa, to zapytam o ostatnie przedstawienie – „Szewców” w reżyserii Jerzego Stuhra. Jak się z nim pracowało?

Jerzy Stuhr jest cudownym człowiekiem, rozkochuje w sobie ludzi, wszyscy go bardzo cenią i darzą wielkim szacunkiem. Przyjechał do nas jako profesor i większość go tak tytułowała, stworzyła się więc relacja uczniowie – nauczyciel, co od razu nadało ton pracy. Dla mnie to spotkanie było ogromnym wyzwaniem, bo ja potrzebuję dużo własnej przestrzeni, zaufania od reżysera. Lubię proponować. Jerzy Stuhr narzuca swoją wizję, narzuca też tony, które są jemu bliskie. Do tego ma tyle czaru, ciepła i wdzięku, że trudno mu się przeciwstawić. Czułam się jak na studiach. Dopiero jak wyjechał mogłam się trochę rozkokosić w tej mojej roli, chociaż bardzo czuję te jego ramy.

Czyli wolisz jeśli reżyser daje większą swobodę?

Jest mi ciężko pracować inaczej. Bardzo często jest to okupione sporami, kłótniami, konfliktami, ale to są konflikty twórcze.

Która z ról była okupiona najcięższą pracą?

Zdecydowanie Grace z „Dogville”.

Przeczytałam gdzieś, że przylgnęła do Ciebie opinia kobiety tajemniczej, wycofanej, kobiety wampa.

Wampa? To dziwne, że ktoś tak mnie postrzega, ale ciężko mi się do tego ustosunkować, na pewno nie widzę siebie jako wampa, a moje wycofanie to po prostu natura kota. Jestem kotem i chadzam własnymi ścieżkami. Tajemnicza? Kiedyś Janusz Gajos, który reżyserował mój dyplom, napisał żebym pielęgnowała w sobie tajemnicę, bo to mój największy skarb. „Tajemnica, którą emanujesz, to jest to, na czym opiera się Twoja charyzma, może kiedyś to zrozumiesz” – powiedział. Chyba pomału zaczynam rozumieć.

Spotkałaś się potem jeszcze zawodowo z Januszem Gajosem?

Nie. Ciekawe, że nie spotkaliśmy się od tamtej pory.

Kiedy czujesz się tak naprawdę spełniona?

Kiedy czuję, że to co robię uszczęśliwia też innych.

Czy poprzez sztuki można czuć się bardziej spełnionym?

Tak, na pewno tak jest. Ja jako widz w teatrze, albo w kinie czasami płaczę tylko dlatego, że coś jest doskonałe. Czasem moje łzy są irracjonalne, nie zdarza mi się płakać, kiedy spotyka mnie krzywda albo nieszczęście, ale ryczę, kiedy widzę jak ktoś dotyka absolutu. Niektórzy płaczą po „Kobro” i też nie potrafią tego wytłumaczyć. Bo te łzy nie są ckliwe. Są oczyszczające.

Czy rola w serialu „Klub szalonych dziewic” to był ten moment, kiedy Twoja kariera nabrała rozpędu?

Wszystkim się wydaje, że kariera to sukces komercyjny. A mnie się wydaje, że kariera i sukces są wtedy, kiedy ta nasza sława rezonuje z naszymi potrzebami, naszym poczuciem spełnienia, kiedy się rozwijamy i jesteśmy w tym szczęśliwi. W moim przypadku to było zakończenie kariery komercyjnej.

Dlaczego? Co się wydarzyło?

Ta otoczka medialna, która wiąże się z takimi projektami, pokazała mi, że to nie jest moja droga, nie mój świat, nie ten kierunek, w którym chciałabym podążać. Na pewno nie w tamtym momencie. Wtedy bardzo się wycofałam i zaczęłam etap teatralny.

Później widywałam Cię w mniejszych serialowych rolach.

No tak. Nie da się utrzymać tylko i wyłącznie z teatru, zwłaszcza miejskiego teatru łódzkiego.

Wierzysz w romantyczną miłość.

W ogóle nie lubię romantyzmu, nie jestem romantyczna, może dlatego, że jestem umysłem ścisłym, tak to sobie tłumaczę.

Aktora umysł ścisły?

Właśnie ostatnio trochę o tym myślałam. Że jak to możliwe, że uprawiam zawód oparty na literaturze, a przecież przedmioty humanistyczne należały do tych, których nie znosiłam. Dla mnie poezją była matematyka. Chociaż dzisiaj poza niezwykłą zręcznością liczenia rachunków mało mam z nią wspólnego.

Widzę, że cały czas poszukujesz swojej drogi.

Znajduję, odchodzę od niej, znowu znajduję, akurat teraz jestem na etapie, na którym podważam wszystko, co do tej pory odkryłam, nazwałam, oswoiłam. Staram się znaleźć nowe sensy, stąd pewnie ta medycyna chińska, którą zaczęłam studiować.

Jak skończysz studia porzucisz aktorstwo?

Wszystko jest możliwe.

Czyli mam przez to rozumieć, że nie daje już ono tyle radości co kiedyś?

Nawet nie chodzi o radość. Każdy człowiek w pewnym wieku zaczyna myśleć o tym, gdzie jest, po co jest, jaki jest jego cel, jaką ma historię do opowiedzenia. Ja nie mam swoich dzieci. Ktoś kiedyś powiedział, że dzieci są po to, byśmy przekazali im miłość powierzoną nam przez rodziców. Jeśli nie zostaniemy rodzicami miłość trzeba oddać innym. Pomagając. Ja po ukończeniu rocznego kursu On Zon Su czyli refleksologii według Starożytnej Medycyny Chińskiej zaczęłam masować ludziom stopy. I to masowanie przynosi dużo dobra innym, ale także i mnie samej.

A myślałaś o własnych dzieciach?

Oczywiście, ale one się nie pojawiły. Gdzieś tam wierzę, że dzieci same nas wybierają, jeśli nie przychodzą, to z jakiegoś powodu. Bardzo możliwe, że pojawi się w moim życiu taki etap, że będzie to dziecko, ale nie teraz.

Jesteś minimalistką?

Jestem. Uwielbiam minimalizm. Kiedy jest nam ze sobą dobrze, to odkrywamy, że mało więcej potrzeba nam do życia. Proste jedzenie, powietrze, woda, przyroda. Żyję skromnie, ale lubię otaczać się tym co piękne, co ma w sobie ład i harmonię. Mam ogromny szacunek do jedzenia i otaczających mnie przedmiotów, nawet jeśli nie mają zbyt dużej wartości. Nie znoszę graciarni, niepotrzebnych ubrań, bibelotów, zagracających mebli i tandety. Kiedy się przeprowadzam, zawsze maluję ściany, nawet jeśli są w dobrym stanie, przeważnie na biało, wyrzucam niepasujące meble, wszystko musi znaleźć swoje miejsce. Kiedy na czas prób przeprowadzam się do pokoju teatralnego, zaczynam od wynoszenia niepotrzebnych szafek. Jest jeden pokój w teatrze, który oswoiłam i nie muszę już przemeblowywać go za każdym razem, kiedy przyjeżdżam. Panie sprzątające zawiesiły broń i zaakceptowały, że ten układ jest już na stałe. Bardzo im za to dziękuję.

Nadal żyjesz skromnie.

Nauczyłam się żyć skromnie, to mi zostało z czasów łódzkich. Wszystko, co zarabiam, zarabiam z myślą o konkretnych rzeczach, studiach, warsztatach, wyjazdach, naprawie auta, remoncie mieszkania, jeśli czasem pojawia się jakaś nadwyżka, wspieram innych w ich działaniach albo kupuję sobie ciuch.

Czyli samochód już nie rozleniwia, jak kiedyś mówiłaś?

Nie. Stał się po prostu koniecznością. Uzależniłam się od niego.

Podobno nie lubisz dostawać kwiatów. Dlaczego, przecież są takie piękne?

To prawda, są piękne. Człowiek ma taką tendencję, że jak widzi coś pięknego, to od razu chce to posiadać, a jak chce to posiadać,to zaraz to niszczy. Dla mnie kwiaty są takim symbolem hipokryzji związanej z mężczyznami, którzy obdarowują swe kobiety, aby naprawić swoje błędy, ale ta chęć ich jest najczęściej tak nietrwała i ulotna jak te kwiaty. Wolę, żeby rosły na polanie niż więdły w domu w wazonie.

Prowadzisz dom otwarty.

Tak, ale trochę inaczej niż w Łodzi, gdzie miałam dużo większą przestrzeń i bardzo dużo się w niej działo, od zajęć jogi, koncertów, po imprezy per formatywne i wegańskie obiady. To był piękny czas.

Weganka z wyboru, czy konieczności podyktowanych zdrowiem?

Bardziej uwarunkowań ideologicznych. Teraz już nie jestem weganką, ale długo trzymałam się tej teorii, że jeśli nie musimy jeść mięsa, to powinniśmy być weganami. Teraz dopuszczam jedzenie mięsa, zwłaszcza, że weganizm stał się strasznym snobizmem.

Pierwszą rolą, po której powiedziałaś, ten zawód jest dla mnie była postać… Pamiętasz jaka?

Nie, absolutnie.

Prosiaczka w Kubusiu Puchatku.

(Śmiech). Tak. Cudowna rola. To był egzamin u profesora Bednarza, na pierwszym roku i tak rzeczywiście to była pierwsza rola, która mi po prostu wyszła. Nie graliśmy tam zwierząt tylko różne typy osobowości. Prosiaczek chciał, aby wszyscy byli szczęśliwi, ale był zbyt delikatny i cichy, aby inni mogli usłyszeć jego intencje. Tam było sporo fajnych ról, m.in. Osiołek grany przez Mirka Haniszewskiego.

Jaką rolę chciałabyś jeszcze zagrać, nim zaczniesz leczyć?

Nie mam wymarzonej roli, nigdy jej nie miałam, może bardziej mi zależy na spotkaniu z konkretnymi osobami, chciałabym popracować z Iwanem Wyrypajewem, to takie moje marzenie teatralne.

Realne…

Wszystko jest realne póki żyjemy.

Masz ulubionych aktorów?

Oczywiście, od nich w dużej mierze nauczyłam się aktorstwa. Taką moją pierwszą muzą była Gabrysia Muskała, którą odkryłam na pierwszym roku studiów, później Małgosia Buczkowska, mówię tu o łódzkich aktorkach. Lubię organiczność na scenie, aktorów którzy są nieprzewidywalni, niepoprawni.
Często bywasz w teatrze? I nie mam tu na myśli zawodowego obowiązku. Teatr jest dla mnie jedzeniem, jest jak dobra kolacja, którą się delektuję. Dlatego jestem zła, gdy coś jest źle zagrane, ale gdy aktorzy są świetni, zachowuję się jak egzaltowana gimnazjalistka dziękując im.

Najmilsze wspomnienia związane z Łodzią.

Mogłabym wymieniać w nieskończoność. Miło wspominam gotowanie u mnie na Tuwima, kiedy schodziło się mnóstwo znajomych. Miałam zawsze do dyspozycji warzywa z ogrodu rodziców, trochę kaszy jaglanej, sól, pieprz i jakieś przyprawy hinduskie. Czarowałam te dobroci i wychodziło z nich naprawdę przyzwoite jedzenie. Bardzo nas to bawiło, mówiliśmy, że łódzkim artystom nie wypada jadać za więcej niż 3 złote. Uśmiecham się, kiedy przypominają mi się działania z Piotrkiem Pasiewiczem, szalonym artystą łódzkim. Bardzo je lubiłam. Ostatnio improwizowaliśmy podczas wernisażu Piotra w Galerii Ethos w Warszawie. Piotr malował białą farbą na białym papierze, a ja ubrana na czarno potem się w tym tarzałam. Oczywiście miało to bardzo głębokie, artystyczne uzasadnienie. Wszystko fajnie wyszło, poza tym, że Piotrek nie uprzedził mnie, że używa farby akrylowej, którą później zmywałam z moich włosów całą noc. Pamiętam też jeden z performensów z chłopakami z „Czasu Na Nic”, kiedy w łódzkiej OFFicynie improwizowaliśmy przez 24h, dzisiaj Paweł Grala, pomysłodawca tego szaleństwa tworzy z grupą mega pozytywnych zapaleńców KIPISZ, czyli akcję, w której każdy kto tworzy, szuka, performuje może zaprezentować się na scenie. Myślę, że tacy ludzie i tego typu inicjatywy tworzą wyjątkowość Łodzi.

Łodzianka, warszawianka…

Podlasianka. Jest taka piosenka białostockiego rapera Lukasyno „Mój świat”, którą zawsze puszczam, kiedy jadę do rodziców. Jej refren brzmi:

Ej bracie, chodź pokaże ci mój świat
Gdzie niewiele zmienia się od lat
Wszyscy biegną gdzieś, a tu wolno płynie czas
Na ulicy wieje chłodny wiatr
Ej siostro ma, chodź pokaże ci mój świat
Gdzie nie świeci w oczy monet blask Wschodni kres w żyłach, ognista krew
Tu osiągam swój wewnętrzny ład

Dziadek powtarzał: „Zawsze pamiętaj skąd jesteś i gdzie są twoje korzenie”. Jego słowa zapamiętałam na całe życie i tu właśnie „osiągam swój wewnętrzny ład”.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Agnieszka Cytacka