Przez chwilę myślał, że będzie pracował w energetyce, ale po wypadku z turbiną parową, zrozumiał, że to nie jego świat. Los sprawił, że związał swoje życie z muzyczną sceną. W swoim repertuarze ma ponad czterdzieści partii operowych, które wykonywał niemal na całym świecie. Zbigniew Macias, solista i dyrektor artystyczny Teatru Muzycznego.

LIFE IN. Łódzkie: Co znaczy dla Pana słowo „sukces”?

Zbigniew Macias: W życiu prywatnym na pewno jest to rodzina, zdrowie, a w pracy to, co kochamy robić. Jeżeli kochamy swoją pracę, to mamy z niej satysfakcję bez względu na efekty i to już też jest sukces.

Kiedy Zbigniew Macias postanowił, że zostanie śpiewakiem?

Stało się to trochę przypadkiem. W momencie, kiedy zdałem egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej na wydział wokalno-aktorski. Później to już tylko konsekwencja wyboru studiów. Natomiast wcześniej z muzyką miałem sporo do czynienia jako instrumentalista, ale nie jako wokalista. Śpiew operowy, to była dla mnie przygoda, którą przeżyłem dopiero na studiach.

To jak wcześniej wyglądało to Pana zainteresowanie muzyką, kiedy się pojawiło?

Kiedy miałem jedenaście lat ojciec kupił mi saksofon, kilka lat później zacząłem naukę na kontrabasie w szkole muzycznej pierwszego stopnia.

Kształcił się Pan jednocześnie w innym zawodzie.

Ukończyłem Technikum Energetyczne nr 2 w Łodzi. Nawet przez rok pracowałem w elektrociepłowni EC3 w Łodzi i miałem swój wkład w wytwarzaniu prądu i ciepła dla Łodzian. Na szczęście, może nie takie szczęście, moja przygoda z elektrownią o mały włos nie skończyłaby się katastrofą. Przydzielono mi bowiem zadanie przerastające moje ówczesne możliwości zawodowe i mało brakowało, aby turbina parowa, którą obsługiwałem wyleciała przez dach. Gdybym doprowadził do tej katastrofy, to pewnie moje życie potoczyłoby się inaczej. Na szczęście nic się nie stało, ale wtedy zrozumiałem, że to nie jest mój świat.

Czy na początku drogi artystycznej były chwile zwątpienia, że to jednak nie to, chęć rezygnacji?

Oj, były. Szczególnie na studiach było ciężko. Pierwsze trzy lata to z jednej strony wspaniała przygoda, ale z drugiej bardzo ciężka praca i efekty nie przychodziły. Dlatego miałem pewne wątpliwości czy to ma dalej sens. Jednak po pewnym czasie zaczęło być już lepiej. Chyba dzięki temu, że się nie załamuję. Mam taką naturę, że jak upadam to wstaję i to mnie wzmacnia. Dlatego powoli, powoli, ale szedłem do przodu.

Która z ról na scenie utkwiła Panu najbardziej w pamięci, ze względu na jej wyjątkowość, trudność?

Naturalnie te największe role w musicalu czyli „Skrzypek na dachu” w kilku inscenizacjach w Polsce, z których dwie realizowałem, a przede wszystkim ta pierwsza z Bernardem Ładyszem, kiedy graliśmy tą samą rolę i mogłem uczyć się od mistrza. Oczywiście także „Człowiek z La Manchy”, co było z kolei spełnieniem mojego wielkiego marzenia. Zresztą w tym roku obchodzimy 20-lecie tego przedstawienia na scenie Teatru Muzycznego w Łodzi. Natomiast w operze było kilka takich ról. Najbardziej utkwiły mi w pamięci takie spektakle jak: „Wesele Figara” z Adamem Hanuszkiewiczem jako reżyserem, czy „ Don Giovanni” w reżyserii Marka Weisia-Grzesińskiego. Rolą którą wspominam szczególnie był Amfortas w „Parsifalu” Wagnera. Nawet śpiewałem ją na festiwalu w Bregenz w Austrii.

Reżyserował Pan także operetki, koncerty, rock-operę, czy nagradzany obecnie musical „Les Miserables” w Teatrze Muzyczny w Łodzi.

Reżyseria przyszła trochę niespodziewanie. W pewnym momencie zacząłem myśleć, dlaczego mam słuchać innych co ja mam robić na scenie, może lepiej będzie jak inni będą słuchać mnie. Oczywiście, to żart. Tak naprawdę był to pomysł, z którym dojrzewałem od dłuższego czasu, aby to czego się nauczyłem przez trzydzieści kilka lat na scenie, móc przekazać innym. Sprzyjające było to, że jako szef artystyczny Teatru Muzycznego w Łodzi miałem na to wpływ. Natomiast po latach dopiero przypomniałem sobie sytuację z prób do „Wesela Figara” w 1988 roku. Kiedy przerobiłem jedną ze scen mistrza Hanuszkiewicza i kiedy On to zobaczył, to bardzo się zdenerwował, po czym powiedział mi kilka przykrych słów. Jednak następnego dnia przyszedł na próbę i powiedział, że to jednak ja miałem rację i dodał – „wiesz co? Ty będziesz reżyserem”.

Czyli tak jakby Panu wskazał przyszłość.

Wtedy o tym nie pomyślałem, ale kto wie? (śmiech)

Teatralna scena to Pana całe życie. Musi być moment na odpoczynek od niej i wtedy, jakieś hobby, pasja?

Kocham przyrodę. Z natury jestem ekologiem. Od lat, ponad trzydziestu, żegluję, bardzo kocham wodę, jeziora, pływam także po morzach. To jest taka pasja, która przez lata bardzo mnie inspirowała i wiele nauczyła. Zrozumiałem pływając, szczególnie po morzu, jak ważna jest odpowiedzialność. Woda nie wybacza błędów, tak jak i życie. Dlatego trzeba się uczyć tej odpowiedzialności i coś co jest fantastyczne w żeglarstwie to szukanie własnego wiatru, i ja to przekładam na życie. Może dlatego też zawsze płynąłem swoim wiatrem.

Jest też dość świeża Pana pasja, czyli motocykl…

Tak, ktoś powiedział, że Macias na starość zwariował i zamiast kupić sobie porządny rower, żeby ćwiczyć, to kupił sobie motocykl. Zrobiłem sobie taki prezent i nie żałuje. To jest bardzo fajna forma odpoczynku. Poznaje się interesujących ludzi. No, a sam motocykl, jego prowadzenie, jazda też uczy odpowiedzialności, też nie wybacza błędów. Jestem członkiem klubu motocyklowego „Dark squadron”, mam kamizelkę z odpowiednimi symbolami, godłami na plecach, a to chluba każdego motocyklisty. Mam już za sobą kilka dłuższych wycieczek motocyklowych po krajach nadbałtyckich, Norwegii, Węgrzech, Czechach czy po Niemczech.

Patrząc na to, co Pan robi w życiu, zarówno zawodowo na scenie, zainteresowania, to zawsze towarzyszy Panu dążenie do perfekcji. To Pana motto życiowe?

Myślę, że nie tyle jestem perfekcyjny, bo to zbyt wielkie słowo, co odpowiedzialny. Odpowiedzialność w żeglarstwie, w jeżdżeniu motocyklem, w pracy na scenie, ale przede wszystkim odpowiedzialność w całym życiu. I myślę, że w dużej mierze taki jestem. Dla wielu może to wydać się nudne, bo tego się dzisiaj tak bardzo nie szanuje. Bardziej zwraca się uwagę na jakieś ekstrema, wariactwa, szaleństwa, czy nawiedzonych w sztuce. Jednak szeroko pojęty teatr muzyczny wymaga odpowiedzialności. Tutaj szaleństwa są możliwe, ale wszystko musi być bardzo kontrolowane. Muzyka to przecież czysta matematyka, tu nie może coś się nie zgadzać, dwa i dwa musi być cztery, a nie pięć. To się przekłada na udane przedstawienie.

Czuje się Pan spełniony artystycznie, życiowo?

Na pewno po części tak. Nigdy się nie jest spełnionym do końca ani artystycznie, ani życiowo. Oczywiście moje marzenia były o wiele większe, może ciekawsze, ale też z perspektywy czasu chcę powiedzieć, że mogło być gorzej.
Rozmawiał: Krzysztof Karbowiak
Foto Krzysztof Jarczewski, M. Matuszak

Kołyska Newtona dla „Les Miserables”
Laureatem plebiscytu Energia Kultury, w którym wyłaniane jest najlepsze wydarzenie kulturalne mijającego roku, został musical „Les Miserables” Teatru Muzycznego w Łodzi. Nagrodę, kołyskę Newtona, odebrali dyrektor teatru Grażyna Posmykiewicz i reżyser przedstawienia Zbigniew Macias. Była to dziewiąta edycja plebiscytu organizowanego przez Telewizję TOYA, Gazetę Wyborczą Łódź, klub Wytwórnia i Narodowe Centrum Kultury. W plebiscycie najpierw zgłaszana jest przez czytelników, telewidzów oraz internautów finałowa grupa najważniejszych wydarzeń roku w łódzkiej kulturze, a później spośród nich poprzez głosowanie za pośrednictwem formularzy internetowych, zwycięzca. Nagradzany jest również człowiek roku łódzkiej kultury i za 2017 rok wyróżniono Zbigniewa Robakowskiego.