Jako dziecko zrobił teatr w mieszkaniu. Dziś pracuje nad neutralizacją dronów… Poznajcie Roberta Fintaka, łódzkiego przedsiębiorcę, prezesa zarządu firmy Terra Hexen, założyciela organizacji ILS, Hutchinson Institute, niespokojnego ducha.

LIFE IN. Łódzkie: Gen przedsiębiorczości uaktywnił się u Pana dość wcześnie. Od zawsze lubił Pan wymyślać biznesowe sposoby na życie?

Robert Fintak: Zaczęło się to w czwartej klasie szkoły podstawowej, z kilkoma kolegami z podwórka założyliśmy w moim mieszkaniu teatr. Napisaliśmy kilka dziwacznych scenariuszy, zaprosiliśmy dzieciaki z osiedla, sprzedaliśmy im bilety po 5 zł, na kanapie po 7. Udało się nam zorganizować kilka przedstawień zanim gwałtownie zakończyliśmy działalność. Można powiedzieć, że staliśmy się ofiarami marketingu i nagłej decyzji mojej mamy. Zakleiliśmy całe osiedle plakatami z „zaproszeniem do teatru na przedstawienie” do mojego mieszkania. Kiedy mama to zobaczyła, nagle dramatycznie poczerwieniała na twarzy…. i nie powiem jak to się dla mnie skończyło.

Nie zatrzymało to Pana biznesowej aktywności.

Przeciwnie – zacząłem szukać nowych sposobów na zarabianie. Najpierw klasyka, czyli zbieranie truskawek, jakieś drobne prace porządkowe, wymiana komiksów, „tygrysów” – takich małych książeczek na tematy wojenne, to tylko niektóre z nich. Aż wreszcie któregoś dnia, robiąc kolejny, dziecięcy interes życia, trochę przez przypadek, trafiłem na swoją pasję. Moja chrzestna, która wiedziała, że uwielbiam czytać, podarowała mi najnowsze wydanie książki „Pan Samochodzik i człowiek z UFO”, wtedy unikat. Przeczytałam i wymieniłem książkę z kolegą z klasy, na pierwszą w mojej kolekcji starą monetę. Bardzo ciekawy okaz z XV wieku, choć wtedy ani ja, ani kolega, a zwłaszcza jego rodzice nie mieliśmy o tym pojęcia. Zacząłem zbierać monety z całego świata. Robię to do dziś i ze swoich wyjazdów zagranicznych staram się przywozić różne monety.

A co było pierwszym biznesem w bardziej dorosłym życiu – na studiach, a może jeszcze w liceum?

Pierwsze poważne pieniądze zarobiłem jako student ostatniego roku. Dostałem pracę Warszawie, w jednej z międzynarodowych korporacji. Doszedłem nawet do dość wysokiego stanowiska i wydawało mi się, że praca w stolicy, to będzie dobry sposób na życie, nawet wynająłem tam z żoną mieszkanie. Po jakimś czasie uznałem, że to nie to – za szybko, zbyt intensywnie, zbyt stresująco, bez wartości, nie ja ustalam cele, tylko skądś te cele przychodzą, nie zawsze się z nimi zgadzałem… Decyzja mogła być tylko jedna – powrót do Łodzi. A tu było jak w „Ziemi Obiecanej” – ja nie miałem nic, przyjaciel nie miał nic,
więc razem mieliśmy akurat tyle, żeby założyć ILS czyli agencję tłumaczeń. Niedługo potem dołączyła do nas Magda Chojnacka i Małgosia Polzenius, wspólnie zaczęliśmy budowę największej w Polsce sieci biur tłumaczeń według modelu franczyzowego.

I wtedy pojawił się pomysł na firmę szkoleniową?

Chcieliśmy równolegle tłumaczyć i szkolić, ale szybko okazało się, że te dwie działalności są od siebie tak różne i potrzebują różnych kompetencji, ludzi o zupełnie innych umiejętnościach, musieliśmy podzielić zespół na dwa osobne. W tłumaczeniach jest dużo dynamiki – trzeba szybko podejmować decyzje i nie ma miejsca na jakikolwiek błąd. Natomiast szkolenia, to praca koncepcyjna, która z natury nie może być szybka. Żeby dobrać odpowiednie szkolenie, trzeba przeanalizować konkretną sytuację i stworzyć optymalne rozwiązanie.

Od tłumaczeń i szkoleń po nowoczesne technologie. Czas na neutralizowanie dronów, cokolwiek to znaczy…

Ja jestem niespokojnym duchem, w głowie pomysł goni pomysł. Uważam, że drony, jak kiedyś koło, maszyna parowa czy Internet, w nieodwracalny sposób zaczynają wpływać na nasze życie. Są wykorzystywane w rolnictwie, ratownictwie, transporcie, medycynie, geodezji, bezpieczeństwie, całej sferze wojskowej czy w mediach. W Dubaju, na targach nowoczesnych technologii, widziałem drona-taksówkę, która jest w stanie przewieźć 130 kg, czyli może zabrać człowieka. Dziś jest to jeszcze niemożliwe ze względów prawnych, ale jutro… Zastosowanie dronów ma bardzo dużo plusów, jednak warto pomyśleć o ich ciemnej stronie. Co się stanie jeśli drony zostaną użyte przez ludzi, którzy mają złe zamiary. Mogą służyć do podsłuchiwania, nagrywania nas z powietrza w sytuacjach, w których nie chcielibyśmy być nagrywani, choćby w przydomowym basenie. Mogą zostać użyte do zamachów terrorystycznych – nie trudno wyobrazić sobie sytuację, że nad stadionem, na którym jest 70 tysięcy osób, dron rozpyli trującą substancję. Czy obecny mundial w Rosji jest bezpieczny, chcę wierzyć, że tak. W Meksyku kartele narkotykowe już teraz wykorzystują drony kupione w sklepie do tego, żeby zrzucać ładunki wybuchowe na swoją konkurencję. Moje zainteresowania nowymi technologiami i świadomość zagrożeń spowodowała, że skoncentrowałem się na temacie opracowania zabezpieczeń przed ludźmi, którzy mają złe intencje i do ich realizacji wykorzystają drony. Spotkałem kilku fenomenalnych inżynierów, nawiązaliśmy współpracę z łódzką politechniką, zbudowaliśmy zespół projektowy i pracujemy nie tylko nad samym wykrywaniem dronów w powietrzu, lecz także nad różnymi sposobami ich neutralizacji, przechwytywania czy systemami prewencji.

Jak się neutralizuje lecące drony?

Są sposoby kinetyczne, czyli fizyczne unicestwienie drona na przykład poprzez zestrzelenie. Jest to możliwe, ale niezwykle skomplikowane, ponieważ trudno jest przewidzieć tor lotu maszyny, oddalonej czasem setki metrów od nas. Natomiast niekinetyczne sposoby, to na przykład zakłócenia komunikacji w przestrzeni, w której dron się porusza. Dron nie lata sam – ktoś nim kieruje albo ma zaprogramowaną trasę przelotu. A zatem jeżeli zagłuszy się sygnał z nadajnika operatora, to urządzenie może spaść, zawisnąć w powietrzu do momentu wyładowania się baterii albo wyląduje w trybie awaryjnym, czy wróci do miejsca wylotu.

Ale zagłuszać mogą dziś tylko określone, licencjonowane służby i to w ściśle określonych sytuacjach…

Służby tak, zwykły obywatel nie może tego robić. To przykład na to, że prawo nie nadąża za rozwojem technologii. Bandyci nie zważając na konsekwencje używają dronów, ale my nie mamy narzędzi, aby się przed nimi bronić. Kolejna rzecz, nad którą intensywnie pracujemy, to pierwszy na świecie standard o nazwie X-Carius, do audytowania infrastruktury krytycznej pod katem zagrożeń dronowych. Chodzi głównie o elektrownie, gazownie, wodociągi , zakłady chemiczne czyli miejsca, w których zrzucenie czegokolwiek z dronów mogłoby wpływać na całe społeczeństwo – brak prądu, gazu, zanieczyszczenie wody, awarie, pożary, katastrofy. Przeprowadzamy audyt, który podpowiada w jaki sposób zabezpieczyć określoną przestrzeń, co zmienić, co wdrożyć, jak ustalić procedury, na co zwrócić uwagę, aby minimalizować to ryzyko.

Do kogo w takim razie kierujecie swoją ofertę?

Proponujemy usługi, które zapobiegają sytuacjom kryzysowym, wywoływanym przez drony. Współpracujemy z firmami i instytucjami, które potrzebują takich usług i które chętnie korzystają z naszej wiedzy. Doradzamy jakie rozwiązania najlepiej zastosować, aby skutecznie się chronić.

Rozumiem, że to nie koniec i ma Pan kolejne plany na kolejne przedsięwzięcia?

Moim marzeniem, które już właściwie realizuję, jest stworzenie programu pozwalającego monitorować wszystkie incydenty z udziałem dronów na świecie. Taki program pozwoliłby nam przewidywać i analizować, w jakim kierunku będzie szło nieprawidłowe wykorzystanie dronów, jakie kryzysowe sytuacje wywołują najczęściej, w jakich miejscach i dlaczego. To z kolei pomogłoby nam tworzyć odpowiednie narzędzia i zapobiegać powstawaniu takich sytuacji.

Czego potrzeba, by zrealizował Pan swoje marzenie?

Mądrych ludzi wokół i pieniędzy na sfinansowanie projektów. Największym problemem wszelkich pomysłów jest niestety finansowanie. Fundusze unijne, granty, inkubatory, „aniołowie biznesu”, są kapitalni jako wsparcie. Gdyby nie te środki wiele start-upów nigdy nie dostałoby szansy na to, żeby pokazać efekty pracy swoich inżynierów i projektantów.

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Paweł Łacheta