Gdy spotykają nas dolegliwości zdrowotne, otoczenie sugeruje nam konieczność wizyty u zaufanego lekarza. Gdy przychodzi nam spotkać się z kimś w sądzie, zdani jesteśmy na werdykt wydany przez niezawisłego sędziego. Gdy zaś marzy nam się budowa własnego domu, chociażby przepisy zmuszają nas do wykorzystania projektu wykonanego przez zawodowego architekta. Na każdym kroku zakłada się, że nam samym brak osobistych kompetencji, wiedzy i doświadczenia, by z większością życiowych przedsięwzięć i problemów radzić sobie samodzielnie. Różnorodne grupy interesu, przedstawiciele wszelkich branż, wolnych zawodów, czy też – nie bójmy się użyć tego słowa – kast, wmawiają nam konieczność angażowania tzw. zewnętrznych specjalistów, za których działalność zawsze przychodzi zapłacić.

Tworzy się w ten sposób popyt na usługi, tak zwane profesjonalne, świadczone na zlecenie prywatne lub publiczne, których efekty stanowią jedynie wyraz subiektywnych wizji czy egocentrycznych i pryncypialnych postaw ich wykonawców. Dlaczego od dziecka wpaja nam się przekonanie, że sprzedawca warzyw, monter instalacji LPG, marketingowiec czy fryzjer to przedstawiciele wąskich specjalizacji, niezdolni do empatii, społecznej wrażliwości, pozbawieni wyobraźni i szerokich horyzontów, nieposiadający życiowych doświadczeń ludzie? Miast trudzić nawijających nam makaron na uszy przedstawicieli tak zwanych zawodów profesjonalnych, wystarczyłoby ogłosić otwarty dla zainteresowanych obywateli plebiscyt, w którym dosłownie każdy ma możliwość wyrażenia siebie na niwie medycyny, prawa lub też architektury. W tenże zdemokratyzowany sposób mamy szansę poznać pogląd, który jest wypadkową doświadczeń zbiorowych, nie zaś jednostkowych!

Idąc nurtem wszelkiej deregulacji oraz dalszej głębokiej demokratyzacji procesów profesjonalnych, postulowałbym aby do wszelkich ważkich uzgodnień i diagnoz angażować możliwie najszersze gremia społeczne. Wszak obok warstw pragmatycznych i logicznych oraz faktów empirycznie dowiedzionych, równie istotnym czynnikiem decydującym powinien stać się zestaw masowych odczuć, przeczuć i wyobrażeń.

Czymże jest wyrok wydany jednoosobowo przez sędziego, wobec społecznej woli dotyczącej kształtu danego orzeczenia? Czymże jest indywidualna diagnoza medyczna postawiona przez lekarza, wobec olbrzymiego bagażu ludzkich doświadczeń związanych z różnorodnymi dolegliwościami? Czy wizje architektów i urbanistów, którzy nasz dom widzieliby najchętniej prostym, nudnym i koniecznie szarym (w najlepszym przypadku białym), stanowią głos spójny z naszymi wizjami? Dlaczego próbuje się nam narzucać pewien „odspołeczniony” kształt życia, sposoby postępowania, ramy otaczającej przestrzeni? Wszyscy znamy się dobrze na prawie, nie gorzej na medycynie. Tak jak śpiewać każdy może, tak i projektować niejeden z pewnością umie.

W każdym razie tak to widzi i czuje, a więc powinien! Jeżeli doczytaliście mój felieton do tego momentu – uspokajam. Tekstem tym sygnalizuję Wam problem, z którym borykają się przedstawiciele wielu profesji. Otaczające nas „wszechznawstwo”, kryzys zaufania pomiędzy ludźmi, jak też zwykłe zadufanie w sobie, prowadzą zazwyczaj wprost na manowce bylejakości. Koszty skutków działań zapalonych amatorów dotykają w końcowym efekcie wielu społecznych i gospodarczych sfer życia, czyniąc świat, w którym żyjemy, chaotycznym, bezładnym oraz często niebezpiecznym. Papieżowi co papieskie? Zdecydowanie TAK.