Teatr był dla mnie zawsze zawodowym priorytetem i nawet kiedy zdecydowałam się na karierę śpiewaczki, to wiedziałam, że chcę pracować w teatrze, z pomocą śpiewu kreować role i konkretne postacie. O tym marzyłam, do tego wciąż dążyłam – mówi Emilia Klimczak, solistka Teatru Muzycznego w Łodzi.

LIFE IN. Łódzkie: Pamiętasz, kiedy pierwszy raz pojawiła się u Ciebie myśl, że chcesz śpiewać?

Emilia Klimczak: Nie pamiętam (śmiech). Śpiewanie towarzyszy mi całe życie. Moja profesjonalna przygoda z muzyką zaczęła się od gry na skrzypcach, ale zawsze udzielałam się w zespołach i chórach, w rodzinie też często się śpiewało. Wynikało to u mnie z potrzeby serca, nie było jednak moim zawodowym celem. Dość szybko zorientowałam się, że moim marzeniem jest praca na scenie, ale na początku swą przyszłość wiązałam z teatrem dramatycznym, z ewentualnym dodatkiem śpiewu. Natomiast wraz z podejmowaniem działań mających zbliżyć mnie do realizacji tego marzenia, coraz bardziej przekonywałam się, że jednak najbliższa jest mi scena teatrów muzycznych.

Nie żałujesz, że porzuciłaś karierę muzyka-instrumentalisty?

Absolutnie nie. Myślę, że odnalazłam swoje miejsce w dziedzinie muzyki, która odpowiada mi najbardziej. Natomiast te sześć lat edukacji muzycznej (pierwszy stopień szkoły muzycznej) procentowało w moim zawodowym życiu, miało wpływ na moje dalsze wybory.
Pamiętasz swój pierwszy publiczny występ? Nie wiem, który z nich był pierwszy. W szkole muzycznej dzieci mają obowiązek uczestniczyć w różnych występach i pamiętam te pierwsze zmagania ze sceną. Zawsze towarzyszyło im wiele emocji. Później byłam już coraz bardziej doświadczona, ale też wyzwania były coraz trudniejsze, bardziej profesjonalne. To była długa droga.

Jak wyglądała Twoja droga ze szkoły muzycznej na deski teatru muzycznego?

Po ukończeniu szkoły muzycznej zaczęłam aktywnie uczestniczyć (nareszcie miałam na to czas!) w różnych zajęciach teatralnych, tanecznych, śpiewałam piosenkę aktorską, brałam udział w wielu warsztatach związanych z tymi właśnie artystycznymi dziedzinami – czyli kształciłam się w kierunku pracy w teatrze dramatycznym. Brakowało mi jednak szkoły muzycznej, dlatego postanowiłam zdawać na wydział wokalny szkoły muzycznej drugiego stopnia. Chciałam poszerzyć swoją edukację muzyczną i szkolić swoje umiejętności wokalne. Okazało się, że napięty plan lekcji da się pogodzić z moimi poprzednimi aktywnościami, dzięki czemu nie musiałam rezygnować z tak ważnych dla mnie zajęć teatralnych, choć nierzadko bywało to trudne (ale piękne i wyjątkowe!). W trakcie nauki coraz bardziej przekonywałam się do śpiewu klasycznego, mój głos dojrzewał i sprawiało mi to coraz więcej radości. Kiedy w końcu przyszedł moment wyboru kierunku studiów, to myślałam już tylko o wydziale wokalno-aktorskim. I tak rozpoczął się kolejny ważny etap – studia w Akademii Muzycznej w Łodzi. Jednak teatr był dla mnie zawsze zawodowym priorytetem i nawet kiedy zdecydowałam się na karierę śpiewaczki, to wiedziałam, że chcę pracować w teatrze, z pomocą śpiewu kreować role i konkretne postacie. O tym marzyłam, do tego wciąż dążyłam. Oczywiście wykonywałam także, z przyjemnością i zapałem, muzykę kameralną, oratoryjną, brałam udział w koncertach, jednak to praca na scenie dawała mi największą radość.

Zadebiutowałaś na profesjonalnej scenie w Teatrze Muzycznym w Łodzi w słynnym musicalu „Skrzypek na dachu”…

Zagrałam najmłodszą córkę Tewiego. To było w szkole średniej. Wtedy po raz pierwszy miałam okazję pracować w profesjonalnym teatrze, na zawodowej scenie. Ta niezwykła przygoda utwierdziła mnie w przekonaniu, że to właśnie teatr jest moim miejscem.

Pozostały Ci do dzisiaj w pamięci jakieś wrażenia?

Myślę, że pamiętam niemal wszystko, co się wtedy działo. To był dla mnie niesamowity czas. Po pierwsze – wyjątkowe dzieło. Poruszające libretto, przepiękna muzyka, niezwykłe postacie. Po drugie – praca artystów, próby muzyczne, reżyserskie, choreograficzne. Zobaczyłam, jak przygotowuje się spektakl od początku, od prób stolikowych, po wielkie całościowe próby sceniczne. Widziałam, jak artyści pracują nad swoimi rolami, rozwijają się, szlifują partie wokalne, budują swoje postacie z reżyserem Janem Szurmiejem, który poza teatralnymi uwagami bardzo ciekawie opowiadał o żydowskich tradycjach. Wreszcie po trzecie – praca wszystkich ludzi teatru, których nie widać na scenie, a bez których artyści nie stworzyliby spektaklu. Zobaczyłam wtedy, jak niezwykłą machiną jest teatr, i jak wiele elementów składa się na przedstawienie. Tego przecież widz nie ma okazji zobaczyć. To było niesamowite! Wciąż myślę sobie, że teatr to takie małe miasteczko, w którym jest wszystko. Miałam szczęście debiutować w wyjątkowym dziele, ponadczasowym i wspaniale wystawionym, o czym świadczy choćby to, że gramy tego właśnie „Skrzypka na dachu” do dziś.

Gdybyś miała wymienić inne ważne przedstawienia, role, w swojej karierze to…?

Było tych postaci wiele. Większość moich ról darzę sympatią i sentymentem, ale oczywiście wśród nich są te szczególnie ważne. Niezwykle istotna była dla mnie rola Eileen w musicalu „Wonderful Town” w reżyserii Zbigniewa Maciasa. Ta premiera była bardzo ważna dla całego naszego teatru, wyczekana i upragniona, bo wracaliśmy na naszą scenę po długim remoncie. To było wielkie wydarzenie, a dla mnie – jedna z pierwszych głównych ról i pierwsza tak ważna na deskach Teatru Muzycznego w Łodzi. Intensywnie pracowaliśmy nad tym spektaklem, mieliśmy poczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Niezapomniany czas! A sama Eileen – radosna, trochę roztrzepana, kochliwa, roześmiana, słodka, pełna wdzięku i oczywiście pakująca się przez to w urocze tarapaty. Ach, uwielbiałam to grać! Nie mogę nie wspomnieć o Marii Magdalenie w rock- operze „Jesus Christ Superstar”. Wokalnie ta partia odbiegała od moich dotychczasowych ról, ale przecież i cała muzyka tego przedstawienia kontrastowała z tym, co wystawialiśmy wcześniej. Sama postać Marii Magdaleny była dla mnie niezwykłym wyzwaniem. Pierwszy raz miałam zagrać kobietę (nie dziewczynę) – liryczną (niezabawną i szaloną), doświadczoną przez życie, rozdartą wewnętrznie i przechodzącą ogromną przemianę. Cudowna rola, bardzo wymagająca, ale jakże piękna. Za każdym razem, gdy mogę ponownie wykreować ją na scenie, towarzyszą mi ogromne emocje. Bardzo lubię też Cosette w musicalu „Les Miserables”. Liryczna, dziewczęca, zakochana i skromna. W ogóle granie w „Nędznikach” to piękne doświadczenie – to jeden z takich spektakli, o których nie sposób mówić bez wzruszenia. No i moja ukochana Eliza Doolittle! W tej roli jest absolutnie wszystko, chyba każda z emocji. A pod nimi wszystkimi, niekiedy jakże skomplikowanymi, to, co najprostsze i najważniejsze – potrzeba akceptacji i miłości. Czy to nie najpiękniejsze do zagrania? Do tego ponadczasowa muzyka i świetne libretto. „My Fair Lady” to dla mnie jedno z najdoskonalszych dzieł. Zaczęłam od musicalu, ale nie mogę nie wspomnieć o jakże istotnych dla mnie operetkach. Na początek – szalona Adela z „Zemsty nietoperza”. Zawsze było przy tym spektaklu dużo śmiechu, ale też wyjątkowej dyscypliny, bo jest to dzieło nader wymagające. Reżyserem spektaklu był Wojciech Adamczyk. Praca z nim była bardzo owocna i inspirująca. Był to dla mnie czas odkrywania swoich nowych artystycznych możliwości. Z ogromnym sentymentem wspominam także rolę księżniczki Mi w „Krainie uśmiechu”. To postać drugoplanowa, ale niezwykle sympatyczna i ciepła. Ciekawym doświadczeniem były też dla mnie role w teatrach dramatycznych. Na przykład szczególnie nietypowym, ale i rozwijającym wyzwaniem było kreowanie roli Ewy-Pramatki w napisanej niemal zapomnianą staropolszczyzną „Pastorałce” Schillera. Lubię też grać bajki. Zaczęło się od Kopciuszka, którego oczywiście grałam z przyjemnością. Chyba każda dziewczynka lubi księżniczki (śmiech). Później Esmeralda, ukochana Don Diego w „Zorro”. A ostatnio „Madagaskar” i zdecydowanie nowe wyzwania, dużo poszukiwań i równie dużo radości.

Ile jest prawdziwej Emilii w tej na scenie?

To są zupełnie odrębne osoby. Kiedy wcielam się w jakąś postać, to staram się w nią wsłuchać, zrozumieć kim jest, jak myśli, co nią kieruje. Jednak to wszystko jest częścią kreacji scenicznej i często jest wręcz sprzeczne z tym, kim jestem w rzeczywistości. Oczywiście, coś z naszej osobowości przenika do postaci, które kreujemy na scenie. I to jest piękne w teatrze! Każdy daną postać zagra nieco inaczej, choć założenia są przecież takie same.

Wspominałaś o blaskach występów, a były jakieś cienie?

Każdy zawód ma swoje blaski i cienie. W pracy aktora i śpiewaka każde przysłowiowe pięć minut sławy to efekt wielu miesięcy, nierzadko lat, pracy i wyrzeczeń. W tym zawodzie to nieuniknione. Nieustannie trzeba się kształcić, rozwijać, pracować nad swoim warsztatem, formą, dbać o kondycję wokalną i fizyczną. Oczywiście daje nam to też możliwość grania nowych, coraz bardziej wymagających ról. Również praca nad nowym materiałem zawsze jest rozwojowa, wzbogacająca warsztat. Jednak jest to także zawód niewymierny, widz ma prawo do swoich preferencji; na przykład w danej roli jeden woli jasny, świetlisty głos, inny znów ciemny i pełen ciepłych barw. I my od początku musimy pogodzić się z tym, że nawet doskonałość nie zapewni nam uznania wszystkich widzów. Osoby pracujące na scenie muszą mieć też silną psychikę. Pracujemy niemal cały czas na dużych emocjach i nierzadko w wielkim stresie. Trzeba umieć sobie z tym radzić, uodpornić się na pewne sytuacje. Jednocześnie trzeba być bardzo uważnym, bo na scenie nie zawsze wszystko jest tak, jak zostało zaplanowane. Przecież „przedstawienie musi trwać” i najlepiej, żeby widz był przekonany, że wszystko poszło zgodnie z planem. W moim odczuciu jednak najokrutniejsze w tym zawodzie są problemy zdrowotne… Poważna niedyspozycja potrafi sprawić, że nawet rzeczy proste, wypracowane przez lata mogą okazać się nieosiągalne. Szczególnie przed premierami, ważnymi wydarzeniami – artyści czasem z powodu choroby muszą oddać spektakl, nad którym ciężko pracowali. Takie sytuacje się zdarzają i są bardzo przykre. Oczywiście zdarzają się dni, kiedy mamy doskonałe warunki do śpiewania, grania, kiedy wszystko tak łatwo i lekko przychodzi… tylko że najczęściej wtedy nie ma spektaklu (śmiech). Często musimy zmagać się ze swoimi niedoskonałościami, słabościami, z nie najlepszym samopoczuciem, a widz nie powinien odczuwać, że my mamy gorszy czy lepszy dzień.

Czy jest jakaś rola lub role, o których marzysz od lat?

Oczywiście, że tak. Wolę jednak nie wymieniać ich teraz konkretnie. Jak już się te marzenia spełnią, to wtedy będę opowiadać o tym, że to jest właśnie „ta” moja wyśniona rola (śmiech). Mogę z satysfakcją przyznać, że część z nich już udało mi się zagrać, i wytrwale trzymam kciuki, by to samo stało się z pozostałymi.
Rozmawiał Krzysztof Karbowiak
Zdjęcia Agnieszka Cytacka

Emilia Klimczak

Solistka Teatru Muzycznego w Łodzi, absolwentka łódzkiej Akademii Muzycznej. Współpracowała m.in. z Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi, Teatrem Nowym w Słupsku i Teatrem Nowym w Łodzi. Od 2016 r. śpiewa w zespole Leopolda Kozłowskiego, Ostatniego Klezmera Galicji. Brała udział w wielu festiwalach muzycznych, m.in. Festiwalu Muzyki Filmowej w Łodzi, Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, Wratislavia Cantans we Wrocławiu i Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy. W czwartej edycji Ogólnopolskiego Konkursu Wykonawstwa Muzyki Operetkowej i Musicalowej im. Iwony Borowickiej (2010 r.) otrzymała nagrodę specjalną przewodniczącego jury Wiesława Ochmana. Jej repertuar obejmuje wiele partii musicalowych, m.in. Marii Magdaleny (Jesus Christ Superstar), Eileen (Wonderful Town), Elizy Doolittle (My Fair Lady), Esmeraldy (Zorro), Młodej Bubuliny (Zorba), Hudel, Chawy (Skrzypek na dachu), Esmeraldy (Notre Dame de Paris), Velmy Kelly i Roxie Hart (Chicago) oraz Marii (West Side Story), a także operetkowych m.in. Adeli (Zemsta nietoperza), Wandy (Wielka księżna Gerolstein), Walentyny (Wesoła wdówka), Ciboletty (Noc w Wenecji), Mi (Kraina uśmiechu).