Został jednym z najmłodszych profesorów w historii polskiej medycyny, w swojej dziedzinie naukowej należy do elitarnego grona 10 najbardziej wpływowych naukowców na świecie, założyciel i prezes Think-Tanku „Innowacje dla Zdrowia”, od pięciu lat jest dyrektorem Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Rozmawiamy z prof. Maciejem Banachem – naukowcem, menedżerem, lekarzem i politykiem.

LIFE IN. Łódzkie: Ma Pan gabinet w starym stylu – drewniane boazerie na ścianach, kanapy z Ikei, proste meble… Instytutu nie stać na coś bardziej eleganckiego?

Prof. Maciej Banach: Kanapy dostaliśmy z Ikei w ramach darowizny, meble są bardzo funkcjonalne – także darowizna, a jeżeli chodzi o boazerię, to wiąże się z nią ciekawa historia. Otóż jest ona tu od samego początku, czyli od 1985 roku i podobno mahoniowe drewno, z którego jest zrobiona, było specjalnie sprowadzone z Francji. Kiedyś nawet myśleliśmy o tym, żeby ją zmienić. Były nawet chętne firmy, które chciały nam w tym pomóc i zrobić to bezpłatnie, ale jak Pan zauważył, wciąż tu jest. Mamy znacznie pilniejsze potrzeby w Instytucie.

W poczekalni przed Pana gabinetem gości witają dwa olbrzymie miśki… Tak specjalnie dla ocieplenia atmosfery?

Z nimi też wiąże się ciekawa historia. Otóż, kiedy w 2014 roku objąłem stanowisko dyrektora Instytutu uznałem, że wszystkimi możliwymi sposobami musimy szukać darczyńców, którzy zechcą dofinansować działalność szpitala. W tym celu powołałem Fundację na Rzecz Rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Rok później fundacja zorganizowała pierwszy bal charytatywny, później kolejne, na które firmy zaprzyjaźnione z Instytutem przekazały właśnie te misie. Oba zostały wylicytowane za spore pieniądze. Jeśli dobrze pamiętam, jeden poszedł za ponad dziesięć tysięcy, drugi za osiem. Jednak zwycięzcy licytacji nie chcieli misiów. Poprosili nas o ich przekazanie chorym dzieciom. W salach nie można trzymać pluszaków, więc trafiły do poczekalni. Cały czas czekają na naszych małych bohaterów.

Oprócz Fundacji na Rzecz Rozwoju ICZMP powołał Pan też drugą – Think Tank „Innowacje dla Zdrowia”. Po co?

Po to, żeby wreszcie efektywnie współpracować, zdobywać pieniądze na badania, tworzyć innowacyjne rozwiązania, tak ważne dla polskiej medycyny. Są w niej – w radzie fundatorów – czołowe Instytuty badawcze działające w Polsce i razem stanowimy unikalną siłę, ponieważ reprezentujemy wszystkie obszary medyczne. Do Rady Programowej natomiast zaprosiłem najbardziej decyzyjne osoby z polskiego biznesu medycznego i farmaceutycznego, wydawnictwa medyczne oraz kancelarie prawne. Działalności fundacji patronuje wiele ministerstw, łącznie z kancelarią premiera. Chcę w ten sposób skracać czas i dystans związany ze skutecznym pozyskaniem pieniędzy na badania. Poza tym dzięki temu wszystkie instytuty mogą współpracować ze sobą przy realizowanych projektach naukowych, a później wdrażać je wspólnie z partnerami z biznesu. Chciałbym, aby to właśnie tu powstawały najciekawsze pomysły zmieniające polską medycynę, co w konsekwencji może, i mam nadzieję, że tak będzie, korzystnie przełoży się na funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia w naszym kraju. Think-Tank „Innowacje dla zdrowia” to otwarta inicjatywa, stąd korzystając z tej okazji, chciałbym serdecznie zaprosić do współpracy. Pod koniec czerwca w ICZMP mamy bardzo ważne spotkanie członków rady fundatorów i rady programowej; myślę, że zapadną tam kluczowe decyzje na najbliższe kilka lat.

Lekarz, menedżer, naukowiec, a może polityk? W jakiej roli czuje się Pan najlepiej?

Kiedyś myślałem, że jak będę ciężko pracował po kilkanaście godzin dziennie, to będę dobry we wszystkim za co się wezmę. Dziś wiem, jak bardzo naiwne było takie myślenie. Politykiem nie byłem nigdy, zawsze występowałem jako ekspert i tak już pozostało. Ale przyznaję, że było to bezcenne doświadczenie. W latach 2010-2012 zajmowałem stanowisko wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego. Nauczyłem się wtedy podejmowania trudnych decyzji, których efekty wpływają na życie wielu osób. Wtedy też połknąłem bakcyla zarządzania. Poszukiwanie najlepszych rozwiązań dla Instytutu, radzenie sobie ze skomplikowanymi procesami biznesowymi, realizacja określonych, czasami niezwykle trudnych celów, to wszystko wciąga. A jak jeszcze pojawiają się pozytywne efekty zastosowanych działań, to wciąga bez reszty. Z kolei nauka to moja pasja i miłość. Codziennie, bez względu na to, jak jestem zmęczony, gdy rodzina idzie spać, ja przez dwie, trzy godziny poświęcam się pracy naukowej. Odpoczywam wtedy, relaksuje się i ładuję akumulatory na następny dzień. Jestem też lekarzem, ale z wielu różnych powodów, wynikających przede wszystkim z innych obowiązków, zbyt mało czasu spędzam z pacjentami, a praktyka to przecież podstawa w tym fachu. Dobry lekarz powinien przez wiele godzin dziennie zajmować się leczeniem chorych, bo inaczej nie będzie lekarzem dobrym, tylko co najwyżej średnim. Mnie przy wszystkich aktywnościach i zobowiązaniach, które mam, brakuje czasu na kontakt z pacjentami.

Pana aktywność zawodowa, społeczna i naukowa jest imponująca. Znajduje Pan czas na życie prywatne?

Staram się i moja rodzina ze zrozumieniem traktuje to, że nie zawsze mi wychodzi. Moja obecna żona już przed ślubem wiedziała z kim ma do czynienia! Moje dzieci, bliźniaki, które kończą w tym roku piętnaście lat, wiedzą, że mają tatę, który ciężko i dużo pracuje. Mój przyrodni syn, który sam już został ojcem, wie i rozumie, że jestem dziadkiem, któremu nie zawsze starcza czasu dla wnuka. Zawsze mnie martwiło to, że poświęcam za mało czasu rodzinie, ale znajomi psychologowie wciąż mi powtarzają, co zapewne traktuję jako formę pewnego usprawiedliwienia, że najważniejsza wcale nie jest ilość czasu poświęconego najbliższym, lecz jego jakość. Czasami kilka godzin spędzonych razem może znaczyć więcej dla rodzinnych relacji, niż tydzień wspólnego urlopu.

Zawsze był Pan taki aktywny?

Pewne rzeczy wynosimy z domu, innymi nasiąkamy w życiu. U mnie jest podobnie. Pracowitość, zaangażowanie, chęć pomagania innym – te i wiele innych wartości przekazali mi rodzice. Zawsze wspierali moje wybory, nigdy nie narzucali swojego zdania. Oboje ciężko pracowali w stoczni rzecznej w Płocku, skąd pochodzę. W domu nie było lekko, ale pierwszy z rodziny skończyłem studia. Mój tata studiował fizykę, ale przerwał studia, kiedy się urodziłem. Z nauką nigdy nie miałem problemów – przecież pochodzę z matematycznej rodziny Banachów! Ze Stefanem Banachem, przedstawicielem lwowskiej szkoły matematycznej, mamy wspólnych przodków – może to dlatego. Poza tym zawsze chciałem zrobić w życiu coś ważnego, coś osiągnąć. Kiedy miałem sześć może siedem lat, oglądałem z tatą telewizję. W programie akurat występował człowiek, który przed nazwiskiem miał bardzo długi tytuł: profesor zwyczajny doktor habilitowany coś tam, coś tam. Zapytałem wtedy tatę co to znaczy, a on mi odpowiedział, że to jest bardzo mądry człowiek. A ja na to: – To ja też taki będę (śmiech)!

A jakie jeszcze wartości wyniósł Pan z domu rodzinnego, które teraz przekazuje swoim dzieciom?

Trzy podstawowe: pracowitość, wiara w siebie, szacunek dla drugiego człowieka. Uczę ich też otwartości na potrzeby innych i współpracy. Chciałbym, żeby w swoim życiu stawiali sobie cele i konsekwentnie je realizowali bez oglądania się na innych. Ważne jednak, by w tym wszystkim byli dobrymi ludźmi.

A co się stało, że zamiast nauk ścisłych wybrał Pan medycynę?

W dzieciństwie i młodości zawsze byłem bardzo ruchliwy. Uprawiałem wiele sportów – przede wszystkim piłkę nożną, ale także siatkówkę, piłkę ręczną i koszykówkę. Byłem nawet w piłkarskiej reprezentacji Polski trampkarzy młodszych. Moja mama miała ze mną wiele kłopotów. Złamałem jedną rękę, jakiś czas później drugą, później nogę na meczu z Kujawiakiem Włocławek, cały czas byłem posiniaczony i poobijany. No i kiedyś, chyba znów przy okazji jakiejś kontuzji, powiedziałem sobie, że muszę zostać lekarzem, bo wtedy będę mógł pomagać moim dzieciom, jak coś sobie zrobią. No i zostałem.

Jest Pan kardiologiem, nadciśnienie nie ma przed Panem tajemnic, ale specjalizuje się Pan w lipidach. Proszę wyjaśnić, co to są lipidy i dlaczego mają taki wpływ na nasze zdrowie?

Brak aktywności fizycznej, złe nawyki żywieniowe, wysokie ciśnienie tętnicze, cukrzyca i właśnie zaburzenia lipidowe, czyli wysoki poziom cholesterolu, to czynniki wywołujące choroby serca. W którymś momencie zauważyłem, że w Polsce nikt się tym problemem nie przejmuje i nie zajmuje, a przecież to dziedzina, która jest dla naszego zdrowia bardzo ważna. Wysoki poziom cholesterolu może bezpośrednio odpowiadać za zawały serca albo udary. Krótko mówiąc, uznałem, że jest to coś dla mnie. Dziś lipidologia jest już na takim etapie, że lekarze mogą nie tylko zatrzymać procesy miażdżycowe, ale nawet je cofnąć. Cieszę się, że udało mi się dołożyć do tego co nieco.

Dziś jest Pan uznanym ekspertem w lipidologii, założycielem i przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego. Platforma ExpertScape umieściła Pana w gronie 10 najbardziej wpływowych i rozpoznawalnych naukowców na świecie w dziedzinie zaburzeń lipidowych. Z kolei w 2018 roku Puls Medycyny umieścił Pana na 9. miejscu wśród najbardziej wpływowych w polskiej medycynie. Takie wyróżnienia muszą być przyjemne…

I są, ale ja do rankingów podchodzę z ogromnym dystansem i traktuję to raczej jako zabawę. Nauce zawsze poświęcałem, poświęcam i będę poświęcał dużo swojego czasu. Równolegle prowadzę kilka projektów naukowych, aktywnie działam w środowisku naukowym, moja grupa badawcza to ponad 200 osób z wielu krajów, dużo publikuję, to wszystko jest na świecie i w kraju zauważane i przyzwoicie oceniane. Cieszę się, bo to przecież nie tylko ocena mojej pracy, lecz również polskiej i łódzkiej nauki.

Do tego w wieku 32 lat został Pan profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, a cztery lata później profesorem belwederskim. Musi Pan mieć wielu wrogów. U nas wciąż nie lubi się osób wybitnych, które odnoszą zawodowy sukces i potrafią się tym chwalić.

Moi koledzy czasami sobie żartują, że mam najwięcej wrogów w Polsce w przeliczeniu na profesora belwederskiego. Gdybym się zaczął przejmować takim gadaniem, to może próbowałbym coś z tym zrobić, ale mnie to zwyczajnie nie obchodzi. Robię swoje, bez oglądania się na innych. Nie
uważam się także za kogoś szczególnie wybitnego, po prostu naprawdę bardzo ciężko pracuję.

W lutym minęło pięć lat od objęcia przez Pana stanowiska dyrektora Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Zadłużenie szpitala wynosiło wtedy 296 milionów złotych. Udało się wdrożyć plan naprawczy?

Oczywiście, przecież z takim zadaniem tu trafiłem. Kiedy w lutym 2014 roku objąłem stanowisko dyrektora, to wynik finansowy za rok 2013 wyniósł minus dziewiętnaście milionów złotych. Po roku udało się nam poprawić wynik roczny do minus siedmiu, w kolejnym do minus pięciu. W 2018 roku dług wyniósł niecałe cztery miliony. Warto zaznaczyć, że w tym czasie o ponad siedem milionów wzrosły wynagrodzenia pracowników Instytutu. Plan naprawczy działa, ale naprawdę jest wciąż ogrom rzeczy do zrobienia, nie mówiąc o nowych rzeczach, które stale pojawiają się, a z którymi trzeba się zmierzyć.

Czy to oznacza, że Matka Polka może zacząć zarabiać na siebie?

Zrobiłem kiedyś bardzo robocze wyliczenie, co by było, gdyby Instytut nie miał takiego zadłużenia. Okazało się, że mielibyśmy nawet około dwudziestu milionów na plusie. A zatem Matka Polka może na siebie zarobić, ale to wiąże się ze spełnieniem określonych warunków.

Jakich?

Przede wszystkim chodzi o restrukturyzację zadłużenia. Czy to we współpracy z partnerem zewnętrznym, na przykład z Bankiem Światowym – to był jeden z moich pomysłów, którym chciałem zarazić rządzących, czy też realizując pilotażowy program oddłużenia najbardziej referencyjnych szpitali, które właśnie później mogłyby zarabiać na siebie jak przedsiębiorstwa. Niestety na razie żaden z tych pomysłów nie znalazł uznania, ale nie ustaję w staraniach.

Czy kiedykolwiek uda się spłacić to ogromne zadłużenie?

Gdy w 2014 roku przygotowywaliśmy program restrukturyzacyjny dla Matki Polki, specjaliści z PwC zrobili tutaj audyt. Jednym z wniosków było to, że bez zewnętrznej pomocy dotacyjnej, Instytutowi nie pomoże żaden plan naprawczy, by zniwelować tak ogromne zadłużenie. To wciąż aktualny wniosek…

Z których działań podjętych w ICZMP jest Pan najbardziej zadowolony?

Właściwie ze wszystkich, z każdej inwestycji małej i dużej. Najbardziej jednak cieszy mnie stopniowa zmiana w podejściu pracowników Matki Polki do pacjentów. Uśmiech, empatia wobec chorych, przyjazna postawa, chęć do informowania o ich problemach zdrowotnych – jeszcze nie tak dawno zrozumienie, że to pacjent i jego komfort jest najważniejszy, stanowiło całkiem spory problem dla części załogi. Trudno się temu dziwić, bo jeżeli ktoś przez 15 czy 20 lat funkcjonował inaczej, to nie jest mu łatwo zmienić postawę i nawyki. Cieszę się i im dziękuję, chociaż wiem, że wciąż wiele do zrobienia przed nami także w tym temacie. Poza tym przez ostatnie pięć lat ciężko pracowaliśmy, żeby Instytut wrócił na mapę, jako czołowy ośrodek medyczny. Udało się i dziś
jesteśmy rozpoznawalni jako wysokospecjalistyczna placówka. Ponad jedna trzecia naszych pacjentów jest spoza województwa łódzkiego. Również mieszkańcy Łodzi i regionu wybierają nas częściej niż w przeszłości. To widać po statystykach łódzkiego NFZ-u. Zadbaliśmy o marketing, zaczęliśmy się chwalić, jakich mamy specjalistów i jak skomplikowane operacje potrafimy robić. To wszystko zaczyna przynosić efekt.

Pana współpracownicy mówią, że działa Pan szybko i zdecydowanie i zawsze wie, co chce zrobić.

Pewnie to trafna ocena, choć chciałbym, podkreślić, że zawsze działamy jako zespół. Rzeczywiście wykorzystujemy każdą możliwą okazję do zdobycia środków na rozwój Instytutu, dlatego muszę działać szybko i szybko podejmować decyzje. Nawet jak podejmę złą, zawsze mogę wrócić i skorygować to, co nie wyszło. Brak decyzji bywa czasami gorszy, niż błędna decyzja.

Dość trudnych spraw. Czas na trochę lżejsze tematy – zawsze nosił Pan zarost, ale ostatnio zmienił się jego kształt…

Tak, kilka miesięcy temu skorzystałem z wizyty u jednego z łódzkich barberów. Były ferie, urlop i przez kilka dni nie goliłem się. Zawsze nosiłem „hiszpankę”, a tym razem chciałem, żeby to było coś innego. Właściwie to zasługa żony, ona mnie bardzo namawiała. No i jest. Mówią, że dobrze tak wyglądam.

Książka, kino, teatr czy koncert – co Pan zwykle wybiera, kiedy ma odrobinę wolnego?

Najbliżej jest mi do książki. Na wakacjach zwykle zaczytuje się w kryminałach, thrillerach, sensacji. To pozwala mi się totalnie zresetować. Na drugim miejscu jest kino i jak znajdę chwilę wolnego, to zabieram żonę na dobry film.

Na zakupy chodzi Pan, czy to domena żony?

Zaskoczę Pana, ale ja uwielbiam zakupy, odpoczywam wtedy. Czasami idziemy z żoną do któregoś z naszych centrów handlowych i wtedy zakupy łączymy z wizytą w kawiarni. Sprawia mi naprawdę dużo frajdy, jak mogę coś jej kupić i możemy spędzić trochę czasu razem.

Ulubiona marka samochodu?

Nie mam ulubionej. Rocznie przejeżdżam ponad 40 tysięcy kilometrów, więc samochód musi być wygodny, szybki i bezpieczny. Lubię jazdę samochodem, ale mam jedną wadę – wolę jeździć sam. Wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. Nagrywam na dyktafon, żeby nie zapomnieć, a wieczorem odsłuchuję.

Jakieś nietypowe pasje, zainteresowania ma Pan, czy tylko nauka i Instytut?

Nie wiem czy to nietypowe, ale jestem filatelistą i numizmatykiem. Od lat zbieram znaczki, stare monety i banknoty. Kiedyś trafiłem w domu babci na dwa albumy ze znaczkami z lat 70., które tata zbierał. Dzisiaj mam ich kilkadziesiąt. Mogę się pochwalić, że udało mi się zebrać wszystkie polskie znaczki – od Generalnej Guberni do czasów współczesnych. Teraz, ze względu na nadmiar obowiązków, trochę zaniedbałem tę pasję. W parze ze znaczkami szło u mnie zbieranie starych monet i banknotów, głównie polskich, ale nie tylko. Przez te lata trochę się ich uzbierało.

Rozmawiał Robert Sakowski
Zdjęcia Paweł Keler