Jego życie, to gotowy scenariusz na film pełnometrażowy, życiorysem można by obdzielić kilka osób! Jeszcze niedawno milioner, dziś bankrut. Po prostu artysta – Michał Wiśniewski.

LIFE IN. Łódzkie: Czy jest jakaś rzecz, zdarzenie w Twoim życiu, którego żałujesz tak bardzo, że chciałbyś cofnąć czas?

Michał Wiśniewski: Je ne regrette rien – jak mówią Francuzi.

Naprawdę?

Czy żałuję, że zabrałem wszystkich boeingiem na koło podbiegunowe? Nie. Czy żałuję, że kupiłem sobie samolot? Nie. Czy żałuję, że ogłosiłem upadłość? Nie. Absolutnie niczego nie żałuję. Czasu nie da się cofnąć, więc nawet gdybym bardzo chciał jest to nierealne, choć pewnie byłoby parę rzeczy do naprawy. W moim życiu było mnóstwo fantastycznych osób, ale też wielu oszustów, którzy mnie oszukiwali i okradali. Ale przecież jeżeli jesteś świadomym człowiekiem, to cokolwiek zrobisz, pretensje możesz mieć tylko do siebie.

Co spowodowało, że zacząłeś śpiewać?

Teatr Muzyczny w Łodzi (śmiech). Kiedyś pojechałem na urlop do Singapuru i tam trafi łem pierwszy raz do klubu karaoke. Gdy zobaczyłem śpiewających ludzi, przyszedł mi do głowy pomysł, żeby coś takiego zrobić w Polsce. Jak pisał Goethe: gdzie słyszysz śpiew tam siądź, tam ludzie dobre serca mają. Wybraliśmy kawiarnię Teatru Muzycznego w Łodzi i tam zrobiliśmy pierwszy klub karaoke w Polsce. Zachęcaliśmy do śpiewania trochę zdziwionych widzów w przerwach przedstawień. Później przenieśliśmy się do klubu Wall Street w Łodzi na pl. Komuny Paryskiej i to był strzał w dziesiątkę. Ludzie przychodzili codziennie. Zdarzało mi się tam śpiewać…

Od karaoke do zespołu?

Jacka Łągwę poznałem mniej więcej w tym samym czasie. Akurat pisał musical do poezji Francoisa Villona dla Teatru Adekwatnego w Warszawie. Nie było wielkiego budżetu, było biednie i postanowiliśmy, że sami zrobimy to nagranie musicalu. Jacek zaproponował bym zaśpiewał. Stwierdził, że Villon to był właśnie taki hulaj dusza i że ja się w tym doskonale odnajdę. Zaśpiewałem, nagraliśmy też kasetę, którą później sprzedawaliśmy w Wall Street. Szło słabo, ale pomyśleliśmy, że może warto byłoby coś więcej zrobić wspólnie. Tak się zaczęła nasza przygoda. Chcieliśmy grać muzykę popularną, balansującą na granicy musicalu, którego jestem wielkim miłośnikiem. Zarówno „Prawo” do wiersza Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej, które 18 tygodni królowało na muzycznej Jedynce czy „Jeanny” Falco są to rzeczy bardzo aktorskie. To wyznaczyło nam tak naprawdę drogę.

Zespół wciąż gromadzi tłumy na koncertach, ma kolejne pokolenia fanów, a jednak branża muzyczna czy niektóre media wciąż sobie z Was pokpiwają. Jak na to reagujesz? Nie boli, że po tylu latach musisz wciąż coś udowadniać?

To będzie zawsze boleć, ale jak ta pszczółka w windzie, ja mam to głęboko gdzieś. Mam pierwsze, drugie i dziewiąte miejsce na liście sprzedaży wszech czasów w Polsce. Komu więc mam coś udowadniać? Dopóki byliśmy zespołem z Łodzi, który absolutnie nic nie znaczył, to nikogo nie kłuliśmy w oczy. Wtedy grali nas wszyscy. Sukces przyniósł ze sobą zawiść, a finał jest zawsze taki sam, jak w przypadku Kory – kolejna artystka, która musiała umrzeć, żeby ludzie nagle zauważyli kim była. Dawno już mi przeszła potrzeba walki z wiatrakami. Myślę, że bardzo wiele jest prawdy w powiedzeniu, że będę żył dopóki będzie o mnie pamiętał ostatni słuchacz. A to trochę jeszcze potrwa.

Czujesz się gwiazdą, idolem?

Gwiazdy są na niebie. Nigdy nawet za najlepszych czasów tak się nie czułem. Ludzie przykleili mi łatkę osoby kontrowersyjnej, choć nic takiego nie zrobiłem.

A może to, co robiłeś, na nasz kraj wystarczy?

Z sukcesów cieszyłem się jak każdy chłopak z domu dziecka, który nagle dostaje samochód z prospektu, a wcześniej marzył tylko o tym, żeby mieć ten prospekt. Nigdy się nie wywyższałem. Wydaje mi się, że żyłem uczciwie. Bywało, że czasem zagalopowałem się, ale zawsze byłem sobą. Czasami mniej czasu poświęcałem innym, ale tylko dlatego, że ciężko pracowałem. Nic nie ukradłem, na wszystko sam uczciwie zarobiłem. Co mogę powiedzieć więcej? Odsyłam do utworu własnego autorstwa: „A niech gadają”.

Który moment w karierze uważasz za najlepszy, a który za najtrudniejszy?

Ciężko powiedzieć. Kariera nigdy nie miała dla mnie większego znaczenia. To był efekt ciężkiej pracy. Trudno mieć pretensje do człowieka, że wygrał w totolotka. Ale żeby w niego wygrać trzeba grać. Największym moim życiowym sukcesem są moje dzieci. Nie mam większego. A zawodowo? Czy sukcesem było zagranie dla stu tysięcy osób? Może tak, choć wolę sale na dwieście osób. Lubię być bliżej ludzi, móc z nimi pogadać.

Wspomniałeś, że nie kreowałeś się, a kolor włosów, piercing, tatuaże nie są czyś takim?

Nawet w 1996 roku kiedy zaczynałem karierę muzyczną, to nie było nic wyjątkowego. Nie Michał Wiśniewski miał pierwszy czerwone włosy tylko Kasia Nosowska. Swój wielki sukces – piosenkę „A wszystko to, bo Ciebie kocham” śpiewałem w czarnych włosach. Czerwony kolor stał się moim znakiem firmowym, choć niedługo mogę śmiesznie wyglądać w takich włosach (śmiech). Ludzi ocenia się po opakowaniu – jak wyglądają, co powiedzą, jak się zachowają. Na tej podstawie przypina im się łatkę prowokatora czy kogoś kontrowersyjnego. Oczywiście, że jest też w tym wszystkim co robię dużo ekstrawagancji. Ale cały czas byłem i jestem sobą.

Czym jest dla ciebie przyjaźń?

Jest na pewno więcej warta od miłości. Zawsze podkreślam, że to, czy kogoś kochamy, a ktoś kocha nas, okazuje się pod koniec życia. Ktoś, kto kocha musi cię na końcu życia trzymać za rękę. Przyjaźń jest dla mnie ważniejsza, bo jest na dobre i na złe. Przyjaźń trzeba pielęgnować. Ale jeżeli przetrwa, to masz naprawdę kogoś, kto pójdzie za Tobą w ogień. Tych naprawdę prawdziwych przyjaciół jest zawsze niewielu i poznaje się ich w biedzie, a ja już byłem w niej i wiem na kogo mogę liczyć. I to jest piękne.

A miłość?

To jest tak jak w tym powiedzeniu że „Jeżeli kogoś kochasz puść go wolno, jeżeli wróci jest Twój, a jeżeli nie wróci nigdy nie był Twój”. Miłość jest bezgraniczna, trwa od A do Z, a nie od A do B. Dlatego tak naprawdę czy była prawdziwa przekonamy się na sam koniec. Ciekawe czy będzie to rozczarowanie, czy miła niespodzianka…

Nie kryjesz swojego życia prywatnego jak wielu artystów, przynajmniej takie można odnieść wrażenie…

Oddzielam swoje życie prywatne od tego, co robię zawodowo, tylko że w dzisiejszych czasach nie mam nad tym kontroli. Można oczywiście próbować walczyć z wiatrakami, ale czasy Don Kichota dawno minęły. Nawet moje dzieci są tego świadome. One wiedzą o mnie wszystko. Nie jestem ich w stanie niczym zaskoczyć. Ale nigdy nie wystawiam ich na pośmiewisko. Mają takiego tatę, który zachowuje się inaczej niż wielu innych, ale one wiedzą dlaczego tak jest. Oczywiście są pewne rzeczy, które się upubliczniły bez mojego udziału. To nie ja poszedłem do telewizji i powiedziałem: proszę pokazać jak wyciągam swoją mamę z alkoholu. Ja takich rzeczy nie robiłem i nie mogę pozwolić, żeby ktoś wymyślał na mój temat kłamstwa. Niestety coraz częściej tak jest. Codziennie dostaję informacje na swój temat i ogromnie się dziwię, że ktoś mógł coś takiego wymyślić. Ale nie walczę z tym za każdym razem, bo nie wychodziłbym z sądu.

Jaki jest Michał Wiśniewski, uparty w dążeniu do celu, idący na ugodę?

Jestem ugodowy. Tak naprawdę to trzeba mi wbić nóż w plecy, żebym zakończył jakąś znajomość definitywnie.

Zdarzyło się tak?

Tak, oczywiście i jak to w życiu bywa, najczęściej robią to najbliżsi.

Nie stałeś się przez to ostrożniejszy?

Tak i nie. Generalnie zawsze wydaje mi się, że każdy jest dobrym człowiekiem i nosi w sobie dobro. Wychodzę z takiego założenia, że jeżeli raz się zawiodłem, to nie znaczy, że nie powinienem już nikomu ufać. To nieuczciwe, żeby przez jednego człowieka iść przez życie omijając ludzi, którzy wcale sobie na to nie zasłużyli, żeby im nie podać ręki.

Kobiety w Twoim życiu to…?

Bardzo ważny element.

Dobry czy zły?

Nie zawsze dobry. W moim przypadku kobieta jest partnerem. Ciężko żyć samemu. Nie ma niczego gorszego niż cicha samotność. Taka moda panuje dziś, że fajnie być singlem. Nie. Zawsze jest tak, że chcesz koło kogoś się obudzić, a wieczorem koło kogoś zasnąć. By ktoś mógł podać Ci herbatę i tabletkę jak będziesz miał gorączkę. Żebyśmy mogli na sobie polegać. My po prostu nie doceniamy takich związków, takiej miłości. Żyjemy w czasach, że jak się coś popsuje to wyrzucamy i kupujemy nowe, zamiast naprawiać to, co już mamy.

Twoja najlepsza cecha?

No nie wypada mi…

A najgorsza?

Łatwowierność.

Kariera artystyczna pełna jest różnych pokus, nałogów, niebezpiecznych zakrętów czy pułapek. Udało Ci się ich uniknąć?

Nie, jestem alkoholikiem. Po prostu uwielbiam pić wódkę, od czterech lat nie piję, bo się zaszywam. Piłem codziennie z wyjątkiem tych dni, kiedy następnego miałem prowadzić samolot. Niewiele tych dni było… Ominęły mnie narkotyki, ale tylko dlatego, że mnie nie kręciły. No i wbrew temu co się mówi o mnie, nigdy nie byłem hazardzistą, bo też mnie to nie kręci.

Skąd się wzięła Twoja pasja do lotnictwa, samolotów?

Szukałem jakiejś odskoczni, anonimowości. Licencję pilota zrobiłem w 2003 roku, kiedy byłem u szczytu popularności. Bardzo mi się podobało, że tam w górze nie wołano na mnie Michał Wiśniewski, czy ten czerwony, tylko sierra papa kilo… To mi sprawiało wielką przyjemność, że byłem na równi ze wszystkimi. Podoba mi się, że prawo lotnicze jest krwią pisane, że jest porządek. Że ten przepis jest dlatego, bo ktoś zginął, gdy robił inaczej. Latanie uczy pokory. Fantastyczni, odważni i supersympatyczni ludzie, którzy w przeciwieństwie do branży muzycznej, zawsze się wspierają.

Ostatnio sporą popularnością w mediach społecznościowych cieszy się Twój solowy utwór „Jaki pan taki kram”, mimo że od jego premiery minęło już trochę czasu…

Zrobiłem to wspólnie z Andrzejem Wawrzyniakiem, bo to głównie jego teksty. Pewnie by nigdy nie ujrzały światła dziennego, gdybym nie namówił Andrzeja, żeby je nagrać. To jest bardzo mądry facet. Natomiast nie na tyle odważny, żeby samemu utrwalać swoją pracę. „Trzynaście postulatów w sprawie rzeczywistości” to bardzo dobra, poetycka płyta, na której znajduje się „Jaki pan taki kram”. Moi znajomi, którzy znają ją od dawna dziwią się, że dopiero teraz wypłynęła. Utwór został napisany w 2007 roku, wydany w 2012. Dzisiaj wszyscy zastanawiają się na kogo to jest, czy na PiS czy na PO, jakby to miało jakieś znaczenie. Władza to władza. Nie przypominam sobie, żeby jedna była lepsza od drugiej. Możemy być oczywiście różnej opcji, czy możemy narzekać na styl w jakim uprawiana jest polityka, ale ktoś tym ludziom dał mandat do rządzenia, ktoś ich wybrał…

Najbliższe plany artystyczne, zespołu, solowe?

Zagramy w Opolu na jubileusz 30-lecia zespołu. Ze względu na operację kręgosłupa nagrałem trochę wcześniej materiał na kolejną poetycką płytę z Andrzejem i 27 października zapraszam do Łodzi, do klubu Scenografia na jej premierę. Oczywiście „Ich Troje” cały czas koncertuje, chodzimy z pochodniami, flagami i włazimy na rampy śpiewając „A wszystko to, bo Ciebie kocham” plus nowe rzeczy.

Rozmawiał Krzysztof Karbowiak

Zdjęcia Archiwum prywatne Michała Wiśniewskiego