Odkąd pamiętam, w moim życiu zawsze wszystko układało się tak, jakbym je sobie wyreżyserowała. Śmiałam się zawsze, że moje życie wewnętrzne jest bogatsze od tego prawdziwego, bo „świat” przeżywałam najpierw w sferze myśli, a potem w realu. I tak bez względu na to, czy startowałam w konkursie recytatorskim, czy podejmowałam się już nieco bardziej wymagających wyzwań, zawsze wyobrażałam sobie szczegółowo ich przebieg, z najdrobniejszymi detalami, rozpisując klatka po klatce kolejne sceny. Każdy z tych obrazów, w sposób dla mnie zupełnie nieświadomy, wylewał się potem na moje życie, tworząc barwną replikę tego, co już widziałam wcześniej. Nie byłam jako dziecko „skażona” lekturą o potędze podświadomości, czy fizyce kwantowej, która mogła ukształtować moją świadomość. To, czego doświadczałam, było zupełnie naturalnym zjawiskiem, które po prostu istniało i miało się świetnie. Z biegiem lat, w równie naturalny sposób, zaczęłam wkraczać na teren, który wydawał się znajomy, ale nie do końca poznany.

Wizualizacja, podświadomość, telepatia…to były obszary, które chciałam sforsować, oswoić, zrozumieć. Nasza ludzka natura oczekuje naukowych uzasadnień, żąda wyjaśnień i natychmiastowych odpowiedzi. Grzecznie poddając się oczekiwaniom mojego krytycznego „ja”, szukałam, czytałam, zgłębiałam. W tym miejscu chciałabym podkreślić niezwykły wkład m.in. Josepha Murphy’ego, Charlesa Haanel’a, czy Gregga Braden’a w mój rozwój i budowanie samoświadomości. Wszystkie lektury, wykłady i rozmowy, utwierdzały mnie w przekonaniu, że posiadamy niezwykłe umiejętności tworzenia naszej własnej rzeczywistości.

Ale do rzeczy… Kończąc nieco długi wstęp, chciałabym Was zaprosić do mojego świata, utkanego z energii i podzielić się pewną historią, która stała się impulsem do tego felietonu. Poza projektowaniem wnętrz i prowadzeniem firmy eventowo-marketingowej moją wielką pasją są nieruchomości. Wyszukuję w Łodzi zapomniane perełki, odnajduję w nich piękno i oddaję je w ręce nowych właścicieli. Przy tej okazji zawsze towarzyszy mi przekonanie, że każde miejsce jest skierowane do konkretnej osoby. Zgodnie z teorią sprzedażową, im bardziej neutralne wnętrze, tym większa grupa potencjalnych odbiorców. Zgadzam się z tym założeniem, sama je wielokrotnie stosuję, ale gdy poczuję impuls, płynę pod prąd, słuchając intuicji i wtedy kreuję we wnętrzu świat wymyślony dla konkretnej osoby. Tak stało się również ostatnim razem. Kupując uroczą kawalerkę w dość opłakanym stanie, wymyśliłam sobie w detalach postać, dla której zaprojektuję i wyremontuję to miejsce. W rozmowach z moją asystentką przyporządkowałyśmy tej wirtualnej osobie nie tylko określone cechy, ale także nadałyśmy jej imię. Już nie zastanawiałyśmy się, czy taka szafa spodoba się potencjalnemu kupcowi, tylko omawiałyśmy potrzeby nowej właścicielki, którą przecież wymyśliłyśmy i zaprojektowałyśmy w detalach. Nasza bohaterka była singielką, jeździła na rowerze, miała na imię Kasia. Była eteryczna, spontaniczna i kochała przyrodę.

Dokładnie trzy tygodnie temu, mieszkanie trafiło na rynek i dwie godziny po pojawieniu się ogłoszenia, otrzymałyśmy telefon. Skontaktowała się z nami przemiła dziewczyna, która od dłuższego czasu szukała mieszkania i która raz w tygodniu zanurzała się w sieci, w poszukiwaniach nowych ofert. Na naszą propozycję trafiła zaraz po jej publikacji. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności była pierwszą osobą, która umówiła się na spotkanie i pojawiła się w mieszkaniu jeszcze tego samego dnia. Tego marcowego popołudnia, moja asystentka zadzwoniła do mnie po prezentacji mieszkania i drżącym głosem przekazała mi następującą wiadomość: – Mieszkanie zostało zarezerwowane. Na spotkanie przyjechała Kasia na rowerze…