Sto pięćdziesiąt razy na dzień, przy każdym małym i większym niepowodzeniu, przechodzi myśl, by rzucić to wszystko. Dziwię się wtedy sama sobie, że w tym wieku zamiast siedzieć z książką, spotykać się ze znajomymi, czy jeździć na wakacje, próbuję zmieniać rzeczywistość na lepszą, ale taka już jestem. Kocham to miasto i ludzi w nim żyjących – mówi Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi.

LIFE IN. Łódzkie: Pani prezydent liczyłam na to, że zobaczę Panią w sukience, ostatnio usiłowałam sobie przypomnieć czy kiedykolwiek w ogóle widziałam w niej Panią?

Hanna Zdanowska: Raczej mnie pani nie zobaczy. Kiedyś owszem chodziłam w sukienkach i garsonkach, nawet przed ośmioma laty, gdy po raz pierwszy startowałam w wyborach na prezydenta. Od tego czasu wiele się zmieniło. Może gdybym siedziała za biurkiem… Ale ja jestem ciągle w ruchu, bywam w różnych miejscach, sytuacjach i muszę czuć się komfortowo. Dlatego na co dzień noszę garnitury i bluzki w stonowanych kolorach. Poza tym wydaje mi się, że u każdego prezydenta najważniejsze powinno być to, co robi, co mówi i jaki jest. Ubrania powinny być tylko uzupełnieniem. One są ważne w show-biznesie – tam muszą przyciągać, intrygować, szokować swoją odmiennością.

Nawet na specjalne okazje nie ma Pani ochoty zaszaleć?

Przyzwyczaiłam się do garniturów, więc w garderobie mam też takie na specjalne wyjścia. Garnitur jest ponadczasowy, a na to, by mieć dwie garderoby, najzwyczajniej mnie nie stać. Na specjalne okazje wybieram czarny garnitur, a tą odrobiną szaleństwa jest kolorowy szal, który dodaje odrobinę efektu wow.

Często widzę też Panią w dżinsach i koszulach?

Jak tylko nie mam oficjalnych spotkań, nakładam dżinsy, koszulę i marynarkę. Nie jestem nikim nadzwyczajnym, ubieram się tak jak większość naszego społeczeństwa. Przecież nikt na siłę nie wtłacza się w garnitur.

Lubi Pani być w centrum uwagi?

Nie bardzo. Ale zdaję sobie sprawę z tego, jak ważna jest rozpoznawalność. I choć czasami naprawdę się spieszę, jeśli ktoś ma ochotę ze mną porozmawiać, to nigdy nie odmawiam. Dlatego moje poranne sobotnie zakupy na rynku zajmują mi zdecydowanie więcej czasu niż powinny. Ja po prostu kocham te rozmowy z mieszkańcami, dzięki nim cały czas się uczę.

Nikt nie broni dostępu do Pani?

Do mnie zawsze można podejść, nie chodzę z obstawą. Prywatne sprawy też załatwiam sama. Jak każda gospodyni domowa, która prowadzi dom, co czasem budzi zdziwienie wśród łodzian. Nikt też za mną parasola nie nosi (śmiech). Zresztą o te parasolki, to się czasami wykłócam. Mężczyźni, szczególnie ci o tradycyjnym wychowaniu, nie potrafią zrozumieć, że wolę sama trzymać swój parasol. Czują się zobowiązani, chcą się mną zaopiekować no i czasem bywa, że wyrywamy sobie te parasolki. Ale już taka jestem Zosia Samosia.

Dla wielu łodzian jest Pani autorytetem i wzorem do naśladowania. A kto jest takim wzorem dla Pani?

Jeśli chodzi o sposób zarządzania, to na pewno Margaret Thatcher. Nie bała się podejmować trudnych decyzji, starała się działać dla dobra ludzi, mimo iż nie zawsze w zgodzie ze wszystkimi. Jestem dla niej pełna szacunku, że jednocześnie będąc damą, potrafiła być zdeterminowana i mieć w sobie odwagę, aby zmienić kraj, którym przyszło jej rządzić. Zaś autorytetem współcześnie żyjącym jest dla mnie papież Franciszek, który pokazuje nam jaki powinien być kościół i jaką rolę powinien odgrywać w naszym współczesnym życiu. Młodym ludziom brakuje dziś autorytetów. Jakoś nie udało się nam przekazać im prawdziwych wzorców. Ja tych autorytetów mam jeszcze parę, takich jak Bartoszewski, Geremek czy Mazowiecki. To były dla mnie ikony, jeśli chodzi o polską politykę. Niestety, nie potrafiliśmy przekonać do nich młodego pokolenia Polaków.

Jako prezydent Łodzi ma Pani służbowe auto z kierowcą. Kiedy siedziała Pani ostatnio za kierownicą samochodu?

W czerwcu tego roku. Ubóstwiam prowadzić samochód, to jest moja wielka pasja. Kiedyś przejeżdżałam 100 tysięcy kilometrów rocznie – było to głównie spowodowane moją pracą poza Łodzią. Teraz rzadko siadam za kierownicą.

A ma Pani jakąś ulubioną markę?

Od wielu lat jestem wierna Volvo. Nigdy nie przywiązywałam aż takiej uwagi do designu, zawsze na pierwszym miejscu stawiałam bezpieczeństwo i niezawodność. Dla mnie samochód nie jest luksusową zabawką, ale narzędziem do pracy dającym niezależność. Teraz te preferencje trochę się zmieniły i jeśli mam do dyspozycji samochód albo pociąg, to wybieram pociąg. Wiele rzeczy mogę zrobić w trakcie podróży, a ostatnio bardzo cenię sobie czas. Teraz ma on dla mnie najwyższą wartość.

Przechodzą Pani czasami przez głowę myśli, żeby rzucić to wszystko w diabły i znów stać się zwyczajną mieszkanką Łodzi. Wrócić do pracy i jako inżynier budowlaniec nadzorować którąś z łódzkich inwestycji?

Sto pięćdziesiąt razy na dzień, przy każdym małym i większym niepowodzeniu. Dziwię się wtedy sama sobie, że w tym wieku zamiast siedzieć z książką, spotykać się ze znajomymi czy jeździć na wakacje, próbuję zmieniać rzeczywistość na lepszą. Na dodatek wiem, że zawsze znajdą się tacy, którzy będą twierdzić, że wszystko robię źle. Większość jednak uważa, że to co robię jest dobre i potrzebne. I dopóki ta większość będzie tak uważała, dopóty ja będę kruszyła opór materii i zmieniała Łódź. Dobrze jest zostawić coś po sobie. Ludzie przemijają, ale ślad po nich pozostaje.

„Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Na Pani stanowisku stres jest częścią życia. Jak sobie z nim radzić?

Na drobne stresy najlepsze jest gotowanie. Ale na to muszę znaleźć taką chwilę, aby nikt do mnie nie dzwonił, bo ciężko się gotuje mając zajęte ręce. Jeżeli to jest większy stres, to pomagają mi podróże. Staram się znajdować na nie czas, i raz na parę miesięcy wyjechać chociaż na kilka dni, wyłączyć się i zresetować. W tym roku musiałam zrobić sobie wakacje, ponieważ wiem, jakie wyzwania przede mną. Dwa razy zafundowałam sobie tygodniowe wakacje i to mi naprawdę wiele dało. Mam za sobą osiem lat ciągłej pracy. Gdyby tak podliczyć te wszystkie godziny spędzone w pracy, to nie wiem, czy udałoby się znaleźć w Łodzi kogoś innego, kto tyle pracuje.

Na co dzień wygląda Pani na kobietę opanowaną, zdarzają się ataki furii?

Nie jestem cholerykiem i zwykle trzymam emocje na wodzy. Nieraz powiem coś podniesionym głosem, ale to wszystko. Zazwyczaj po chwili już mi przechodzi złość. A zanim coś powiem, staram się najpierw policzyć do dziesięciu.

Czasami jednak bywają takie momenty, że nie da się opanować emocji. Raz publicznie Pani płakała…

Mimo iż wszyscy uważają mnie za bardzo silną kobietę, to jednak nie jestem pozbawiona uczuć. Wręcz przeciwnie – jestem bardzo uczuciowa. Te emocje, te łzy spowodowane były tym, że skrzywdzono moich najbliższych. W takich sytuacjach trudno jest zapanować nad emocjami. Mnie się nie udało…

A dowiem się jaką jest Pani szefową – typ kumpla, czy raczej bardzo wymagającego szefa trzymającego podwładnych na dystans.

Staram się rozmawiać z ludźmi. Jeśli ktoś coś zrobi nie po mojej myśli, to mu o tym powiem, ale nigdy nie publicznie, na forum.

Ile trwa średnio Pani dzień pracy?

Od 7 do około 21, również w soboty. Z kolei w niedziele jestem w pracy po 4-5 godzin. Staram się mieć co jakiś czas w miarę wolną niedzielę, aby spędzić trochę czasu z najbliższymi.

Sporo tego… Tych godzin w pracy jest bardzo dużo, ale ja nie czuję, że to praca, bo kocham to, co robię. W innym przypadku byłoby to fizycznie i psychicznie niemożliwe.

Da się tak żyć i nie oszaleć?

Przecież nie starcza czasu na normalne życie. Nieraz tęsknię za odrobiną życia osobistego, ale możliwość realizacji ważnych dla Łodzi projektów, możliwość tworzenia widocznych zmian i fakt, że widzę zadowolenie ludzi, rekompensuje mi te niedostatki i daje siłę do dalszego działania. Gdybym tych zmian nie widziała na własne oczy i nie czułabym wsparcia mieszkańców, to dawno bym rzuciła tę robotę. Ja naprawdę nie jestem przywiązana do stołka.

Gdy jest ta chwila na czas z najbliższymi, co wtedy robicie.

Mój syn jest już dorosły i żyje swoim życiem. Nieraz mi go brakuje w domu, to syndrom pustego gniazda. Mój partner też ma własne życie i własne pasje. Akceptujemy nawzajem swoje dążenia. Kiedyś bardzo często wychodziliśmy do kina, nawet kilka razy w tygodniu, z racji tego, że jestem wielką fanką X muzy. Te czasy minęły jednak bezpowrotnie. W tej chwili rzadko wychodzimy gdzieś wspólnie – na kolację albo do kina. Ale jest między nami zrozumienie, że w życiu dwojga ludzi jest czas na wspólną realizację pasji i jest taki, kiedy robimy coś tylko dla siebie.

Nie zdecydowała się Pani wziąć ślubu z mężczyzną, z którym od lat tworzy związek. Czy dlatego, że nigdy się Pani nie oświadczył, czy są inne powody takiej decyzji?

Ponieważ obydwoje mamy dzieci, zdecydowaliśmy, że nie możemy doprowadzić do takiej sytuacji, by kiedyś nasze dzieci kłóciły się o spadek. Mamy podział swoich spraw majątkowych. Poza tym nie trzeba być w formalnym związku, aby normalnie żyć. Żaden papier nie jest do tego potrzebny. Żyjąc w związku partnerskim też można tworzyć doskonałą rodzinę.

Biega Pani jeszcze czasem, pytam, bo pamiętam jak będąc jeszcze wiceprezydentem szykowała się Pani do biegu, pamiętam nawet Pani zdjęcie w stroju sportowym?

Chyba musiałam wtedy być uczestnikiem jakiejś akcji, bo ja rzadko biegam. Moi najbliżsi biegają – syn, partner – więc wiem, ile czasu trzeba na to poświęcić. Ja wolę chodzić, zwiedzać, przemieszczać się. Nie lubię stać w miejscu. Zawsze kiedy miałam jeszcze czas na wspólne przechadzki z moim partnerem, to śmiał się, że tak szybko chodzę. Ale ja to po prostu bardzo lubię. Moje wakacje to zawsze jest spacer. Kiedyś starałam się występować w biegach charytatywnych. W tej chwili jest to trudne ze względu na mój ograniczony czas.

Warto poświęcić osiem lat życia na bycie prezydentem?

Łódź jest dla mnie bardzo ważna, dlatego zawsze powiem, że warto.

A jest coś czego Pani żałuje najbardziej w życiu?

Na pewno upływającego czasu. Wiem, ile mogłabym zrobić gdyby doba trwała 48 godzin. Zdaję sobie sprawę z tego, że to jest szczególny czas dla Łodzi. To jest ten moment, który inne miasta, takie jak Gdańsk, Wrocław czy Poznań, przeżywały kilka lat temu. My musieliśmy się dopiero przygotować, rozpędzić tę olbrzymią machinę zmian. Musiałam do nich przekonać mieszkańców Łodzi. Musieliśmy wszyscy zaakceptować je i chcieć w nich uczestniczyć. I choć to się udało, to jednak chciałabym iść naprzód jeszcze szybciej.

Ma Pani pomysł na to, aby ściągnąć młodych ludzi i przekonać ich do pozostania w Łodzi?

Jeżeli spojrzymy w statystyki, to zauważymy, że młodych nam przybywa. Mamy dodatnie saldo migracyjne, które z roku na rok rośnie. Dla młodych Łódź stała się modna. Nadal jednak mamy odpływ osób w wieku średnim, tych którzy osiągnęli jakiś sukces życiowy i finansowy. Oni wyprowadzają się do gmin ościennych, gdzie są tańsze działki, gdzie można taniej wybudować dom. Chcą dalej korzystać z aglomeracji i jej infrastruktury, przecież tu pracują, tu ich dzieci się uczą, ale życie na obrzeżach jest tańsze i spokojniejsze.

Jako prezydent i ważna osoba w Platformie Obywatelskiej została Pani twarzą, frontmenką Łodzi. Dla wielu osób z Polski automatycznie kojarzy się Pani z Łodzią a Łódź z Panią.

Miało nie być o polityce (śmiech). Myślę, że dlatego, iż potrafi łam nawiązać normalny dialog z mieszkańcami. Nie jestem politykiem, który siedzi w zaciszu gabinetu i ze swoimi kolegami z partii określa, co będzie najlepsze dla mieszkańców, tylko staram się prowadzić dyskusję z mieszkańcami, bo uważam, że polityka jest dla ludzi i powinna być czyniona w zgodzie z nimi. Tylko wtedy ma to sens. Szczególnie polityka na szczeblu lokalnym, samorządowym. Polska samorządowa, ta blisko mieszkańca, jest kwintesencją bytności na tej ziemi. Bo miasto to ludzie. To nie kamienice, ulice, to nie parki. To ludzie, którzy w tych kamienicach mieszkają, na tych ulicach czy w tych parkach chcą przebywać. Jeżeli chcemy mieć fajne miasto, to musi być stworzone na miarę potrzeb ludzi i w zgodzie z ich spostrzeganiem. Dlatego dla mnie tak ważna jest dyskusja z mieszkańcami. Już niejednokrotnie pokazałam, że mocne argumenty, potrafi ą skłonić mnie do zmiany zdania. l

Rozmawiała Beata Sakowska
Zdjęcia Agnieszka Cytacka