Impro to gra zespołowa, szczególnie w długich formach. Wszyscy razem ją tworzymy i nie może być osoby, która to psuje albo ciśnie swój pomysł, nie odpuszcza i uważa, że to, co wymyśli, jest zawsze najlepsze – mówi Jacek Stefanik, aktor, improwizator, założyciel, lider i kierownik artystyczny łódzkiej formacji IMPRO ATAK.

LIFE IN. Łódzkie: Wprowadźmy czytelników w tajemniczy świat improwizacji. Jak pojawiła się w twoim życiu?

Jacek Stefanik: Impro jest formą teatru praktykowaną w Polsce od ponad piętnastu lat, która w ostatnim czasie bardzo się rozwija. Rodziła się w latach 60. w Kanadzie, w Stanach i w Anglii, a do mnie dotarła w 2011 roku na festiwalu w Konstancinie-Jeziornej u moich znajomych. Oni sprowadzili kanadyjską grupę Uncalled For. Przez trzy dni miałem z nimi warsztaty i nie wiedziałem, czego ode mnie chcą. Coś robiłem, podskakiwałem, piszczałem, turlałem się. W zasadzie nie wiedziałem, po co są te ćwiczenia. Ukoronowaniem warsztatów był ich występ i dopiero on stał się iskrą do tego, bym zajął się improwizacją. Może kilka razy w życiu coś takiego człowieka trafia, że nie może oddychać. Z piękna, z wrażliwości.

Impro ma różne formy. Czym było to, co wtedy zobaczyłeś?

To była forma otwarta. Forma bez formy. Budowanie spektaklu na oczach widzów. Wtedy była to dla mnie czarna magia, ale pamiętam, że wyszedłem i nie byłem w stanie rozmawiać z ludźmi. Jedyną rzeczą, którą mogłem wtedy zrobić, było wykrztuszenie nieporadnych dźwięków zachwytu. Mnie wtedy po prostu zamurowało. W pierwszej chwili pomyślałem, że obejrzałem film. Ich sposób grania, ich lekkość była nieprawdopodobna. To naprawdę mnie rozłożyło na łopatki. I wtedy zakochałem się w impro. Dwa lata później stwierdziłem, że to jest to, co chcę w życiu robić. To mnie rozwija, daje mi satysfakcję na wielu polach.

Impro to przede wszystkim praca zespołowa, rzadko występy solo.

Zdarzają się monodramy improwizowane, ale ja nie mam ambicji grania solo. Interesuje mnie zderzenie z innym temperamentem, z inną wyobraźnią partnera na scenie. Na przykład, jak gramy dinozaury, to ktoś wciela się w tyranozaura, a ktoś inny w roślinożercę. Wolę mieć kontakt z drugim człowiekiem. W przypadku Impro Ataku po rocznym pobycie w grupie warszawskiej uznałem, że chcę to robić w teatrze i z aktorami. Sam jestem aktorem i wiem, co powiedzieć, jak zwrócić uwagę, żeby to zadziałało. Moim celem jest robienie impro teatralnego, a także dobrej improwizowanej komedii sytuacyjnej. Aby osiągnąć ten cel szukałem wśród moich znajomych, z którymi rozumiem się bez słów.

Zaczęliście od krótkich form. Z czasem pojawiają się kolejne. Powstał kryminał, musical, bajka, komedia. Czy pula jest nieskończona?

Myślę, że to jest jak z muzyką. Można zrobić kawałki w reagge, metalowe, disco polo. Nieskończoność możliwości. Jedna podstawowa rzecz się nie zmienia. Można wybudować dom, sklep, magazyn, garaż, ale to wszystko jest zbudowane z cegieł. Tymi cegłami są sceny dwójkowe, czyli budowanie relacji między ludźmi. Nie mamy nic, żadnych rekwizytów, kostiumów, scenografii. Cały czas pracujemy nad relacjami międzyludzkimi.

Byłam na kilku spektaklach Impro Ataku i zawsze zadziwia mnie wszechstronność aktorów. To, z jaką błyskotliwością odnajdują się w stwarzanych przez publiczność sytuacjach, które muszą rozgryźć i jeszcze nakierować na nie swojego partnera. Każdy aktor może zagrać w impro?

Teraz z moim doświadczeniem już widzę, że nie każdy, ponieważ aktor z założenia jest zwierzęciem trochę egocentrycznym. Są różni aktorzy: jeden chce błyszczeć i mówić „teraz ja”, a drugi lubi i chce działać w drużynie. Mnie bardziej chodzi o tego drugiego. Bo impro to gra zespołowa, szczególnie w długich formach. Wszyscy razem ją tworzymy i nie może być osoby, która to psuje albo ciśnie swój pomysł, nie odpuszcza i uważa, że to, co wymyśli, jest zawsze najlepsze. Wtedy jest konflikt na scenie, co wypada źle. Jeśli chodzi o predyspozycje, to na próbach jest mnóstwo ćwiczeń przyspieszających pracę mózgu, koncentrujących, powodujących, że robi się czasami żonglerkę trzema i czterema piłeczkami. To wszystko ma prowadzić do tego, że aktor impro na scenie przestaje myśleć. Zaczyna działać. Często dzieje się tak, że kończy się scena, za chwilę mam wejść na scenę, a ja nie wiem nic i dopiero na deskach odkrywam, jakie jest moje zadanie. Wtedy następuje proces twórczy. Dlatego widz to docenia, bo widzi, że pracujemy.

Widzisz różnicę w grze aktora, który już doświadczył impro? Jak impro wpływa na grę w innych spektaklach?

Tak, uczy się on naprawdę słuchać partnera na scenie. Zaczyna ufać swoim wyborom.

Nabiera pewności siebie?

Tak. Dokładnie. To są ćwiczenia po prostu. Czasami to zwykłe pompki, brzuszki, biegi. No właśnie, moim zdaniem artystą się bywa, a nie jest, więc najpierw trzeba wyćwiczyć ciało, a potem być może zdarzy się coś niebywałego na scenie, gdzie zaskoczymy samych siebie.

Jaka jest rola publiczności w spektaklach impro? Za każdym razem nawiązujecie z nią kontakt i ściśle współpracujecie.

Na pewno dużo od niej uzależniamy. Są spektakle, gdy potrzebujemy bardzo dużo sugestii od publiczności, czyli tak zwane krótkie formy. Wtedy publiczność jest cały czas bodźcowana. Jeśli chodzi o długie formy, czyli musical, komedię romantyczną, to są inne zasady. Wtedy prosimy o jedno słowo, które staje się dla nas inspiracją do stworzenia spektaklu.

Co twoim zdaniem sprawia, że ludzie tak chętnie przychodzą na Impro Atak? Pamiętam Wasz pierwszy spektakl w Teatrze Nowym…

Myślę, że publiczność docenia naszą szczerość. Taką zwykłą szczerość aktorów nie udających artystów, tylko pracujących. Że docenia nasz rozwój i to, że nasza grupa cały czas prze do przodu. To jest też teatr, który rozmawia z widzem. Pamiętam, kiedy byłem na czwartym roku i miałam straszny kryzys, nie chciałem być aktorem. Stwierdziłem, że nie chcę iść nigdzie do teatru, że teatr jest stary, zmurszały, ciężki. Że
po prostu nie dotyka mnie teatr. Wtedy mój opiekun, Bronisław Wrocławski, powiedział: „Pamiętaj, Jacek, teatr był, jest i będzie. Tylko teatr szuka rozmowy z widzem. Teatr się zmienia wraz z publicznością”. I myślę, że w impro udało nam się nawiązać dialog z naszą publicznością. To jest to, że ludzie przychodząc na spektakle, mają pewność, że będą się dobrze bawić, że odpoczną, że w pewnym sensie katharsis przeżyją, pośmieją się. Ostatnio coraz częściej sięgamy po broń, której aktorzy się boją, czyli liryzm, delikatność, wrażliwość. Publiczność zazwyczaj reaguje gremialnym śmiechem. Ale ostatnio, dzięki temu, że trenujemy te relacyjne sceny, doprowadzamy publiczność do wzruszeń, jakby widzowie byli sami w domu przed telewizorem i nie bali się swoich reakcji.

Obchodzicie właśnie urodziny. Czego byście sobie życzyli w kolejnych czterech, a może czterdziestu latach?

Ja impro chcę robić do końca życia. Nie mam wygórowanych ambicji. Wystarczy mi taki rozwój, jaki mamy. Jeśli będzie to wyglądało jak dotychczas, to będę zadowolony.

A może jednak słowo o podboju świata? Pracujecie nie tylko w Łodzi. Stworzyliście Wioskę Artystyczną Janowo nad polskim morzem.

No cóż. Stworzyliśmy teatr nad morzem. To był pierwszy sezon. Totalny maraton. Zdaliśmy ten egzamin. Początki były trudne, bo ludzie nie wiedzieli, co to jest. Natomiast końcówka była znakomita. W sierpniu poniżej stu osób nie schodziliśmy, a zakończyliśmy w dwieście osiemdziesiąt osiem osób, grając codziennie osiem kilometrów od morza.

Macie może w planach występy międzynarodowe?

Chciałbym zrobić spektakl po angielsku, ale mogę zrobić to w Łodzi, nie muszę jeździć po świecie. Chciałbym też zapraszać znane postacie światowego impro. Kilka razy w roku jeżdżę na warsztaty. W zeszłym roku na Improfeście w Krakowie wykupiłem warsztaty z Suzanne Messing, najlepszą aktorką impro w USA. To było zetknięcie z potworem. To były lekcje mistrzowskie. Tego nie da się opowiedzieć. To był oddech. To był wzrok. To był dotyk. Rzeczy, które nagle mnie olśniły. Dostałem od Suzanne takiego kopa! Ona ulepiła mnie w pewnym sensie na nowo. Do tego stopnia, że poczułem potrzebę zrobienia trójkowego impro, co mi się udało w marcu w tzw. Koncercie życzeń. Pytamy się publiczności o ich niespełnione marzenia, o niesamowite, czasem przełomowe wydarzenia w ich życiu. Staramy się spełnić marzenia tych osób – to jest nasz scenariusz. To mogą być sceny dedykowane tej osobie, to może być piosenka dla kolejnej. Ale jednocześnie to wszystko ma fabułę. Ona tworzy się w trakcie, tyle że z ludzkich marzeń. l
Rozmawiała Agnieszka Cytacka