Aktorstwo dało mi możliwość przełamania własnych słabości. Jest we mnie chęć i potrzeba poznawania drugiego człowieka i zgłębiania jego natury, ale jest we mnie też lęk przed światem. Lęk, strach, wstyd, zażenowanie – to się ogólnie określa jako nieśmiałość. Pracując, robiąc to, co robię, zmieniam się – Maria Gładkowska, aktorka występująca na scenie Teatru Nowego w Łodzi, w szczerej rozmowie z LIFE IN. Łódzkie.

LIFE IN. Łódzkie: Spotykamy się w przededniu Dnia Matki, pamięta Pani, jak spędzała ten dzień rok temu i czy są plany na ten rok?

Maria Gładkowska: Mam trójkę wspaniałych dzieci, które każdego roku pamiętają o tym miłym święcie. Jak tylko pozwalają na to obowiązki zawodowe, spotykamy się na kawę, choć rzadko w komplecie, bo jeden z synów mieszka za granicą. W tym roku będzie podobnie, napijemy się kawy, porozmawiamy, tylko dzień później, bo 26 maja pracuję w teatrze do późna.

Jaką jest Pani mamą?

Należałoby o to zapytać moje dzieci, bo mnie trudno to oceniać. Mogę jedynie powiedzieć, jaką ja miałam mamę. Myślę, że powieliłam jej wzorce. Była nadopiekuńcza, nadtroskliwa, nadkochająca i niezwykle czuła. Kochała mojego brata i mnie w wyjątkowy sposób, byliśmy dla niej całym światem. Nasze dzieciństwo nie obfitowało w luksusy i komfortowe życie, ale za to doświadczyliśmy wspaniałej rodzicielskiej miłości zarówno ze strony mamy, jak i taty. I myślę, że siłą rzeczy ten wzorzec chciałam przenieść na swoje dzieci. Moje życie osobiste może nie ułożyło się, tak jakbym chciała – były w nim zawirowania, błędy, ale właśnie dlatego chciałam w dwójnasób wynagrodzić swoim dzieciom wszystkie mankamenty i niedogodności. Na pewno byłam nadopiekuńcza w okresie ich dorastania, chciałam ustrzec je przed niebezpieczeństwami młodzieńczego wieku. Nie pozwalałam na przykład zbyt późno wracać do domu. Moje dzieci bardzo walczyły o tę wolność i swobodę, które rzecz jasna z czasem dostawali. Nie narzucałam im też wyboru szkoły, czy życiowej drogi, rozmawialiśmy o tym dużo, ale to oni podejmowali decyzje. Oczywiście popełniali też swoje błędy, ale kto ich nie popełnia… Przecież nadal najlepiej uczymy się na własnych błędach.

Jakie wartości przekazali Pani rodzice, które pielęgnuje Pani w swoim życiu?

Całą swoją postawą, postępowaniem, działaniem w życiu i różnych sytuacjach dawali mi przykład, byli dla mnie wzorcem i największym autorytetem. W naszym rodzinnym domu bardzo dużo się czytało, dlatego książki zawsze były i są bardzo ważne w moim życiu. Gdy przez moment mieszkałam za granicą, a moje dzieci chodziły tam do szkoły, obowiązkowe było w naszym domu czytanie polskich książek. To było dla mnie bardzo ważne, choć dzieci czasami się buntowały.

Dziś lubią czytać?

Tak, bardzo dużo czytają.

Gdzie konkretnie mieszkała Pani za granicą?

W Stanach Zjednoczonych, gdzie zaprowadziły nas obowiązki zawodowe małżonka. Też chciałam się tam zrealizować aktorsko, ale nie wyszło, inne realia zawodowe, małe dzieci, które zawsze były ważniejsze niż wszystko inne.

Wszystko dzieje się w życiu z jakiegoś powodu.

Tak, wiele zdarzyło się w moim życiu zarówno dobrego, jak i złego. Popełniłam masę błędów, ale widać tak miało być.

Jest Pani niezwykle wrażliwą osobą, tę wrażliwość ukształtował dom rodzinny, czy to nie przeszkadza trochę w wykonywaniu zawodu aktora?

Powiedziałabym, że jestem nawet nadwrażliwa, ale większość aktorów ma taką cechę. Mam to już w genach, we krwi i nic na to nie poradzę. Czasami mi ta moja wrażliwość przeszkadza, szczególnie gdy wszystko analizuję, każde spojrzenie, słowo, gest.

19 lat i pierwsza rola. Czy aktorstwo było od zawsze Pani marzeniem? Czy rodzice podpowiadali kierunek?

Moi rodzice rozkochali mnie w książkach, szczególnie moja mama, ale na swojej drodze spotkałam też wspaniałą pedagog, panią Cieślak, która w liceum w Czarnkowie, do którego chodziłam, była polonistką. Ona zwróciła uwagę na moją wrażliwość i zaraziła miłością do poezji. W szkole działał też Klub Miłośników Teatru Telewizji, który założył dyrektor, też polonista. Pamiętam jak dziś, kiedy w każdy poniedziałek zasiadałam przed czarno-białym telewizorem i z wypiekami na policzkach oglądam sztuki. Potem podczas zajęć w klubie pisaliśmy recenzje tych przedstawień. Za recenzję spektaklu „Nora”, w którym występowali Marta Lipińska i Jan Englert, otrzymałam nagrodę w ogólnopolskim konkursie. Wręczano mi ją w Pałacu Kultury w Warszawie, to było wielkie przeżycie. I tak dojrzewałam do wyboru aktorstwa, choć myślałam, też o innych zawodach.

Jakich?

Stryj sugerował, bym wybrała medycynę. Moja mama była pielęgniarką, miała w sobie wiele empatii w stosunku do drugiego człowieka, każdemu potrafiła doradzić i pomóc. I ja też mam taki dar, do dziś znajomi mówią o mnie – rodzinny doktorek (śmiech).

Teraz z perspektywy czasu, gdyby mogła Pani dokonać wyboru życiowej drogi zawodowej jeszcze raz, czy decyzja byłaby taka sama?

Pewnie tak, choć wówczas, kiedy podejmowałam tę decyzję, nieco inaczej wyobrażałam sobie ten zawód. Wydawało mi się, że aktor przez swoją pracę może wpływać na drugiego człowieka, może w ludziach uruchamiać dobro, refleksje, może zmienić ten świat na lepsze. Bardzo szybko zrozumiałem, że nie do końca tak jest.

Czym jest dla Pani aktorstwo?

Odkrywaniem drugiego człowieka. Czy w codziennym obcowaniu z ludźmi, czy w roli, do której się przygotowuję, zawsze zastanawia mnie człowiek – jak to jest, że z jednej strony bywamy tacy okrutni i brutalni, a z drugiej jest w nas ogromne bogactwo uczuć i wrażliwość na świat, na życie?

Czego Pani szuka w drugim człowieku?

Człowiek człowiekowi ma zawsze coś do zaproponowania. To, że spotykamy tak wielu ludzi na swojej drodze, oznacza, że każdy ma nas czegoś nauczyć, ma nam coś dać albo wziąć coś od nas. To taka wymiana energetyczna, która nas wzbogaca. Przez kontakt z drugim człowiekiem, każdy z nas staje się bogatszy wewnętrznie, bardziej wrażliwy.

Poszukiwanie drugiej natury pomaga w zawodzie?

Pomaga. Jak zdawałam do liceum, byłam taką szarą myszką, która stała z boku i z przerażeniem obserwowała świat dookoła. Aktorstwo dało mi możliwość przełamania własnych słabości. Jest we mnie chęć i potrzeba poznawania drugiego człowieka i zgłębiania jego natury, ale jest we mnie też lęk przed światem. Lęk, strach, wstyd, zażenowanie – to się ogólnie określa jako nieśmiałość. Pracując, robiąc to, co robię, zmieniam się.

Czy cząstka każdej roli zostaje też w Pani?

Nie potrafię tego ocenić. Musiałabym stanąć z boku, by to dostrzec. Ale myślę, że w pewien sposób na pewno. Przez wiele lat mojej pracy, będąc młodą kobietą, aktorką byłam postrzegana jako element dekoracyjny. Angażowano mnie do ról ładnych kobiet, które towarzyszą mężczyźnie. Byłam tylko ozdobnikiem. Dziś ta zewnętrzność nabrała zupełnie innego charakteru, aktorstwo też.

Rozumiem, że to mężczyźni obsadzali Panią w tych ozdobnych rolach. Często powtarza Pani, że aktorkom nie jest łatwo, bo ważne funkcje w teatrach i przy produkcji filmów pełnią mężczyźni?

Teatr jest taki jak życie. Kto dominuje w życiu? Mężczyzna! Jak świat światem on zawsze jest ważniejszy od niej. Może, dzisiaj w świecie postępującej emancypacji, brzmi to dość zabawnie, ale od lat, od wieków rola mężczyzny i kobiety jest inna. Oczywiście wszystko się zmienia i dziś kobiety pełnią wiele istotnych ról w polityce, biznesie, kulturze, ale nadal rządzą faceci, czy chcemy tego, czy nie. Mnie na przykład bardzo się podoba, kiedy mężczyzna opiekuje się kobietą, otacza ją silnym ramieniem i wcale nie chodzi o jej drugorzędną rolę. Podział ról mi odpowiada, dlatego często powtarzam, że jestem starej daty. Swoich synów nauczyłam tego, że mają opiekować się swoimi kobietami. Mój starszy syn, który od 12 lat mieszka za granicą, zawsze otwiera drzwi kobiecie, odsuwa krzesło, podaje kwiaty, czym wzbudza niemałe zdziwienie.

Wcielając się w nową postać, angażuje Pani całą siebie?

Oczywiście, bazuję na swoich cechach, swojej wrażliwości, swoim unerwieniu i dodaję to, co wydaje mi się, że trzeba dodać. W każdą rolę angażuję całą swoją energię.

To pewnie potem przydaje się mały reset?

Alkohol nigdy mi nie służył, więc go unikam, spożywam tylko czasami w śladowych ilościach dla towarzystwa. Balsamem dla mnie jest przyroda, kocham ciszę i spokój, a zieleń koi wszystkie moje zmysły. Mam takie poczucie niebywałej jedności z przyrodą.

Gdzie Pani lepiej się czuje na planie filmowym czy teatralnej scenie?

Niewątpliwie w moim dorobku zawodowym mam więcej ról filmowych. Dlaczego? Ponieważ zawsze najważniejsze były dla mnie moje dzieci, to im chciałam poświęcić jak najwięcej czasu, a na pewno nie miałabym go zbyt wiele, grając w filmach i teatrze. Gdy dzieci dorosły mogłam sobie pozwolić na przyjemność, jaką jest granie w teatrze.

Którą z ról filmowych najmilej Pani wspomina?

Rolę Daisy filmie „Magnat” w reżyserii Filipa Bajona. To była szansa, którą los mi podarował, taki prezent od życia.

Za tę rolę została Pani laureatką „Nagrody imieniem Zbyszka Cybulskiego”, przyznawaną młodym aktorom.

To była piękna rola do zagrania i wspaniałe doświadczenie zawodowe. Byłam bardzo młoda, pracowałam z ciekawymi aktorami. I przede wszystkim dostałam szansę na stworzenie wspaniałej postaci.

A jakie jeszcze inne role filmowe zapadły Pani w pamięci?

Choć zawsze wydawało mi się, że jestem bardziej aktorką dramatyczną niż komediową, to do dziś z sentymentem oglądam często odtwarzany w telewizji zabawny film „Wyjście awaryjne”, w którym zagrałam u boku fantastycznych aktorów.
A w teatrze? Tu zdecydowanie trudniej wskazać mi taką rolę, może dlatego, że role teatralne są ulotne, nikt ich przecież nie rejestruje. Ale chyba najbardziej utożsamiam się z obecnie granymi rolami.

Gdzie możemy Panią spotkać na scenie i w jakiej roli?

Bardzo długo przygotowywałam się do tego, by zrobić monodram i w końcu się udało. Szukałam odpowiedniego materiału i zupełnie przypadkiem koleżanka podsunęła mi –  „Testament Szekspira”. Od razu wiedziałam, że to jest tekst dla mnie. To opowieść o dojrzałej kobiecie, o tym, czego doświadcza samotnie wychowując dzieci, mając męża geniusza. Po obejrzeniu tego spektaklu możemy zadać sobie pytanie, czy mielibyśmy tylu geniuszy, których mamy w naszej historii, literaturze, gdyby nie kobiety stojące u ich boku. Czy powstałyby piękne ballady i sonety, gdyby nie miłości? Czy Chopin stworzyłby tak wspaniałą muzykę? Pewnie tak, to dar od Boga, ale z pewnością nie było obojętne i nie jest obojętne, kto towarzyszy takiemu geniuszowi w życiu.

Wspomniała Pani, że to trudna sztuka i ciężko nią zainteresować widza.

To rola dramatyczna, a widzowie wolą dziś komedie. Ale nie narzekamy na frekwencję. Rola jest trudna, bo życie tej kobiety było trudne. Bardzo kochała swojego męża, ale żyła w totalnym osamotnieniu wychowując dzieci. Dużo w niej analogii do obecnych czasów. Mam mieszkanie z ogródkiem, który wychodzi na park i często obserwuję młode mamy, które przychodzą do tego parku ze swoimi dziećmi. To one oddają się tym dzieciom bez reszty, dziecko widzi ojca z rana, jak wychodzi do pracy w korporacji, wieczorem może czasem go zobaczy. I choć czasy, o których opowiada „Testament Szekspira” były inne, to jednak los kobiet jest taki sam jak wtedy.

Bardzo emocjonalnie Pani podchodzi do tej sztuki. Czy jest w tym analogia do Pani życia?

Moje ciało, dusza to instrument, na którym gram i z pewnością moje doświadczenia w jakiś sposób wpływają na bohaterkę, którą gram na scenie. A temat sztuki jest mi bliski – ja też samotnie wychowałam swoje dzieci.

To gdzie ci mężczyźni?

Tak się potoczyło życie, że ostatecznie na mnie spadała odpowiedzialność za życie moich dzieci. I to poczucie odpowiedzialności mobilizowało mnie do bycia siłaczką. Dałam radę.

W recenzjach sztuki przeczytałam, że to rola nie dla Pani?

Nie czytam recenzji. Nie chciałabym nikogo urazić, ale uważam, że piszący je bardziej chcą popisać się kunsztem swojego pióra, niż realnie ocenić sztukę. Ktoś mi kiedyś podesłał takie zdanie z jednej z recenzji, że należy postawić sobie pytanie, czy to dobrze, że taka subtelna i wrażliwa aktorka jak Maria Gładkowska, gra taką rolę? Jaki to jest argument? Bo wrażliwa, bo subtelna…

Dobra aktorka zagra wszystko?

Tak uważam, a to, że jestem subtelna i wrażliwa nie ma znaczenia. Przecież nikt za mnie nie przeżył tych ciężkich chwil, które były w moim życiu. To było podwójnie trudne, a jednak dałam radę.

Jak trafiła Pani do łódzkiego Teatru Nowego? Od lat mieszka Pani i związana jest z Warszawą. Pierwszy raz grała Pani w Nowym w latach 2011-2012, potem przerwa i powrót w 2017 roku?

Tak, jak już wspomniałam, gdy moje dzieci dorosły mogłam więcej czasu poświęcić na granie w teatrze. W latach 2011
2012 grałam w Nowym w dwóch sztukach, potem pojawił się nowy dyrektor, który stwierdził, że musi obniżyć średnią wieku, więc dla mnie nie było już miejsca. I gdy po latach znowu zmieniła się dyrekcja, otrzymałam ponownie propozycję współpracy, którą z radością przyjęłam, bo teatr potrzebny jest aktorowi. I zapewniam, to nie są żadne puste słowa. Ważny jest ten realny kontakt z widzem, my czujemy, jak ten widz oddycha, jak reaguje, czy sztuka mu się podoba, czy się nudzi.

Jaki jest ten dzisiejszy widz?

Bardzo różny. Inaczej reaguje widz dojrzały, który do teatru przychodzi zazwyczaj w środku tygodnia, bo nie ma już tylu obowiązków i ma nieco więcej czasu na obcowanie ze sztuką. Już tak nie pędzi, ma swoje doświadczenia i inaczej odbiera teatr, z większym dystansem, większą wiedzą. I taki widz na komedii nie śmieje się, jak ja to mówię do 10. rzędu, tylko ten śmiech i zadowolenie jest bardziej wewnętrzne niż zewnętrzne. Zupełnie inaczej reaguje młodszy widz, który przychodzi do teatru w weekendy. Reaguje żywo, jest aktywny.

Widz zmienił się w stosunku do tego, co było kiedyś?

Kiedyś dla mnie też się powoli zaciera i tylko dzisiaj jest najważniejsze, dzisiejsza rola jest dla mnie najważniejsza.

Nie ma Pani takiego poczucia, że bardziej szukamy teraz sztuk łatwych w odbiorze?

Dzisiejsze życie jest o wiele trudniejsze niż 30 czy 40 lat temu. Człowiek jest bardziej zaangażowany w świat zewnętrzny i trudniej mu opanować napływające z każdej strony informacje. Oglądanie najnowszych wiadomości, nie jest zbytnio odprężające. Tu morderstwo, tam wojna, gdzieś polityczne konflikty. Widz chce w teatrze odpocząć, wyłączyć się. Chce, choć na chwilę zapomnieć, że w rodzinie ktoś jest chory, że kredyt jest niespłacony, że szuflada jest pełna rachunków, że dziecko nie potrafi powiedzieć matce, dziękuję za to, że mnie wychowałaś… Dzisiejszy świat jest trudny, natarczywy i taki osaczający człowieka i wydaje mi się, że widz po prostu chce odpocząć od tego wszystkiego, zamknąć drzwi widowni teatralnej i choć na chwilę znaleźć się w innym świecie.

Poza sceną, czytaniem książek, odpoczynkiem na łonie natury, co sprawia Pani jeszcze wielką przyjemność?

Przelewanie moich myśli na papier. Moja mama pisała wiersze, ja też piszę, ale to są takie moje osobiste zapiski, czasami pokazuję je znajomym.
Podoba im się, rozmawiacie o tym? Tak. Kiedyś odważyłam się i poprosiłam, by moje wiersze przeczytała śp. Agnieszka Osiecka. Pamiętam, że siedziałyśmy w kawiarni na Zamku Ujazdowskim i zapytała mnie, czy czytam Herberta? Odpowiedziałam, że tak. Usłyszałam: to czytaj i pisz, czytaj Herberta i pisz. Nie powiedziała, że to jest strasznie niedobre.

To może czas, by Pani poezja ujrzała światło dzienne.

Może kiedyś…

Rozmawiali Beata i Robert Sakowscy
Zdjęcie Izabela Urbaniak
Make-up Kamila Lewandowska

Maria Gładkowska

Jest absolwentką Wydziału Aktorskiego PWST im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. W latach 2010-2011, a ponownie od 2017 roku, związana z Teatrem Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Związana z Teatrem Studio za dyrektury Jerzego Grzegorzewskiego. Występowała na scenach Teatru Adekwatnego w Warszawie (2001-2002), Teatru Scena Prezentacje w Warszawie (2006) oraz Teatru Syrena w Warszawie (2011-2012). Wystąpiła w wielu spektaklach Teatru Telewizji m.in. Irydion (reż. Jan Englert), Mizantrop (reż. Janusz Majewski), Pigmalion (reż. Maciej Wojtyszko). Zagrała w takich filmach jak Dekalog (reż. Krzysztof Kieślowski), Bal na dworcu w Koluszkach (reż. Filip Bajon), Historia kina w Popielawach (reż. Jan Jakub Kolski), Chopin. Pragnienie miłości (reż. Jerzy Antczak), Sława i chwała (reż. Kazimierz Kutz). Uhonorowana Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego za rolę księżnej Daisy w dramacie historycznym Filipa Bajona Magnat. Aktualnie w Teatrze Nowym gra w spektaklach Testament Szekspira, Seks dla opornych, Fabryka muchołapek.