W tym roku wystąpił ze swoim programem w Atlas Arenie, w przyszłości, kto wie, może zapełni Stadion Narodowy. Ruszył z programem motoryzacyjnym i linią ciuchów z własnymi żartami. Zachłanny, niepoprawny, przebojowy, odważny, a przede wszystkim zabawny – RAFAŁ PACZEŚ, łodzianin, jeden z najpopularniejszych polskich komików specjalnie dla LIFE IN. Łódzkie.

LIFE IN. Łódzkie: Mówią o Panu komik z Łodzi, lubi Pan rozśmieszać ludzi?

Rafał Pacześ: Jasne, od zawsze. Po ojcu mam poczucie humoru, zawsze byłem tym najzabawniejszym, na podwórku, w klasie, na studiach. I w końcu poznałem osobę, która zmotywowała mnie, bym wyszedł na scenę. W 2012 roku stworzyliśmy formację stand-upu, występowaliśmy co trzy tygodnie z nowym programem, publiczność przychodziła regularnie. I tak się zaczęło – coraz większe sale, coraz większa widownia. Nasze drogi się rozeszły, a ja wyjechałem z Łodzi do Warszawy i zacząłem działać na własny rachunek. Tam miałem większe możliwości, tu w Łodzi publiczność już wiedziała, że jak wyjdę na scenę to będzie śmiesznie i nie musiałem się wysilać. W Warszawie, niektóre żarty nie były już śmieszne, każdy występ uczył mnie czegoś nowego. Teraz występuję w całym kraju, ale mieszkam w Łodzi, bo to moje miasto, urodziłem się tutaj i kocham je.

Skąd Pan czerpie inspiracje?

Tak naprawdę ze wszystkiego na co trafiam każdego dnia. Życie jest kopalnią tematów, choć są sytuacje, z których pewnie nigdy żartu nie zrobię. Materiały, które przygotowuję zakrzywiają rzeczywistość, ale nie robią nikomu krzywdy. Po prostu ma być zabawnie. Sztuką jest zrobić żart z czegokolwiek, jak chociażby z tego, że rok temu po raz pierwszy w życiu byłem w oborze. Żart z żula mniej już śmieszy, bo przerobiłem go na wiele możliwych sposobów. Czasami balansuję na delikatnej linie, tak jak w przypadku materiału o ojcu alkoholiku. Ten materiał okazał się strzałem w dziesiątkę, trafił do mojego pokolenia lat 90., które zmierzyło się z problemem alkoholowym rodziców. Po jednym z występów podeszła do mnie dziewczyna i powiedziała: „Panie Rafale, byłam na wielu terapiach, ale nigdy nie poczułam się tak oczyszczona jak po tym występie”.

Rodzina nie była na Pana zła za wyciąganie problemów?

Starsza siostra miała żal, ale przecież to nie jest żadne tabu, by na ten temat nie mówić. Trzeba mieć dystans do swoich życiowych tragedii, inaczej będziemy całe życie męczennikami.

Wchodzi Pan na scenę, a dookoła sami smutni i zmęczeni widzowie i co wtedy?

Często grywam na imprezach firmowych i tam najczęściej mam taką smutną widownię. Tam widz mówi – powalcz o mnie, więc przez pierwsze 10 minut najpierw muszę go wyczuć, i wiem, że ludzi, którzy zarabiają po 50 tysięcy miesięcznie i piją drogą whisky nie rozbawi żart o IKEI, bo to nie ich świat. Pracowałem jako handlowiec z ludźmi na różnych stanowiskach, kiedyś ktoś nauczył mnie sprzedawać produkty, teraz ja wiem, jak sprzedawać siebie na scenie. Zupełnie inny widz przychodzi do teatru czy klubu, on świadomie kupuje bilet i czeka na mój program.

Co trzeba zrobić, żeby widownia przez kilkadziesiąt minut ryczała ze śmiechu?

Nie ma jakiejś uniwersalnej recepty na rozśmieszanie ludzi, dlatego nie każdy jest komikiem. Trzeba mieć w sobie to coś i trochę determinacji, być gotowym na wyrzeczenia i ciężko pracować.

Polacy znają się na kabarecie, łapią żarty?

Na kabarecie nie wiem, ja robię stand-up. Musimy rozróżniać te dwie formy. Ja nie mam rekwizytów, nie mam scenografii i wychodzę na scenę jako Rafał Pacześ, a nie jako postać. Mówię swoje przemyślenia na temat życia, nie jestem wykreowaną osobą, przebraną w ciekawy strój. Teraz wielu kabareciarzy chce iść w stronę stand-upu.

Stand-up jako forma zadomowił się na rynku? Kiedy Pan się nią zainteresował?

Stand-up pojawił się w Polsce mniej więcej w 2008 roku. Zaczęli go robić Kacper Ruciński z Abelardem Gizą. Kacper jeździł na festiwale kabaretowe i próbował wyegzekwować w tych miejscach odrębną kategorię: stand-up. Ale tam nie pasował, ludziom nie odpowiadało, że wychodzi w swoich ciuchach, że używa wulgaryzmów, zaburzał normę. Na ziemiach łódzkich ja byłem pionierem tego gatunku, zacząłem występować w 2012 roku w „Szafie” na Rewolucji. Początkowo przychodziło po 40 osób. Teraz skupiam się bardziej na solowych występach i gram między innymi w teatrach. Oczywiście z występami jeżdżę po całej Polsce, gdzie mam podobną frekwencję i biorę też czasami udział w projektach crossowych, jak na przykład występ w Atlas Arenie.

Na scenie klnie Pan jak łódzki szewc. To taka maniera, element występu?

Ja tak mówię na co dzień, to jest u mnie szczere, nie udawane, nie głaszczę po głowie widza, tylko mówię wprost jak jest. U nas w Polsce przyjęło się, że scena jest kulturalna. W USA gdzie stand-up funkcjonuje od lat, widz jest do tego przyzwyczajony. Znany wszystkim aktor Eddie Murphy, zaczynał od stand-upu. Ktoś doliczył się, że podczas 1,5-godzinnego show użył on ponad 200 razy słowa „fuck”. Taka forma wyrazu jednemu odpowiada, drugiemu nie. Po frekwencji widać, że ma swoich zwolenników.

Gdzie Pan woli występować w klubie czy teatrze?

Zdecydowanie w teatrze, bo wtedy nikt podczas występu nie pije alkoholu. Wolę, żeby widz przyszedł na mój występ niż na piwo. Po dwóch lampkach wina czy kilku piwach inaczej postrzegamy rzeczywistość. Osoba trzeźwa docenia tematykę i kunszt żartu. Do tego dochodzą też elementy techniczne, takie jak własna garderoba, dzięki której mogę skoncentrować się na materiale. Stand-up to występ jednego aktora.

Nie myślał Pan o aktorstwie?

Marzyłem o byciu aktorem. Niestety sytuacja życiowa zmusiła mnie do tego, by wieku 17 lat zacząć pracować. Najpierw chodziłem do szkoły i w weekendy pracowałem, potem w tygodniu pracowałem, a w weekendy zaocznie studiowałem na najbardziej humanistycznym kierunku na Politechnice Łódzkiej – organizacji i zarządzaniu. I nie myślałem wówczas, że kiedyś zostanę zawodowym komikiem. Po prostu dla mnie naturalne było to, że gdzie się pojawiam jest wesoło, a teraz jest to moja praca i z tego bardzo się cieszę.

Zaczynał Pan jako przedstawiciel handlowy, co Pan sprzedawał?

Materiały do biur – od papieru po niszczarki. Miałem przy sobie taki 100-stronicowy katalog i zachęcałem do zakupu i często po takiej prezentacji słyszałem – jest pan dzisiaj już czwarty. Lubiłem tę pracę i szybko awansowałem. Przez moment sprzedawałem też narzędzie do analizy kanałów YouTube. Mogłem sprzedawać wszystko, a najbardziej zawsze chciałem sprzedawać samochody, bo motoryzacja to moja pasja. Teraz mam nadzieję, że nie będę musiał sprzedawać już nic poza swoimi żartami.

Do kiedy będzie na scenie Rafał Pacześ?

Myślę, że przyjdzie taki moment, że powiem – stop, wystarczy. Nie robię tego, dlatego że stand-up jest modny, po prostu lubię to, co robię i cieszę się, że mogę występować na scenie. I oby ta chwila trwała jak najdłużej.

Plany na ten rok, nowy program, trasa występów.

Programy, z którymi do tej pory występowałem są już trochę ograne, dlatego lada moment startuję z nowym, który ma dwie godziny, jest najdłuższy w Polsce i jest naprawdę wysokiej jakości. Najpierw muszę go przetestować w mniejszych salach, potem przyjdzie czas na duże. Sam jestem swoim menedżerem i ustałam liczbę występów w roku, jedynie na pół roku do przodu mam zakontraktowane występy podczas imprez firmowych, jako tzw. część artystyczna wieczoru.

Kanał na You Tube, 100 tysięcy subskrypcji, nagrania po prawie 8 milionów wyświetleń – to oznacza, że jest Pan bardzo popularny w Polsce. Bilety na Pana występy rozchodzą się błyskawicznie. Skąd ta popularność?

Kiedyś kabaret przyciągał tłumy i był rozrywką adresowaną do każdego widza i tego, co ma 7 i tego co 77 lat. Stand-up to rozrywka dla dorosłych. Ktoś gdzieś powiedział, że kabaret to trochę wygłupy, a stand-up to taki film dla dorosłych. Będzie trochę wulgarnie, trochę sprośnie, przełamiemy tabu, będzie ciekawie. Teraz branża ma duże wzięcie, a to gdzie się pozycjonuje komik weryfikuje publiczność i to jest najpiękniejsze.

Popularność jest miła czy czasami przytłacza?

Przyznam szczerze, że wolę teraz domowe zacisze od bywania na mieście. Bo gdzie się nie pojawię wszyscy oczekują, że będzie wesoło, a ja jestem na przykład po siódmym dniu w trasie i po prostu nie mam już siły na opowiadanie żartów. Wtedy pojawia się rozczarowanie i docinki w stylu – o gwiazda, w głowie mu się poprzewracało. Lubię spędzać czas w gronie starych znajomych jeszcze z lat z szkolnych. To bardzo wąskie grono, bo odkąd stałem się rozpoznawalny dużo osób chce być nagle moimi znajomymi, każdy chce przybić piątkę i zaprosić mnie na „domówkę”.

Nadal mieszka Pan w tej kamienicy, tak chętnie przytaczanej w żartach?

Nie, przeprowadziłem się do innej dzielnicy, ale w Łodzi na pewno pozostanę. Jest doskonale położona, z każdego miejsca w Polsce, mogę wrócić na noc do domu.

W 2016 roku wystąpił Pan u Kuby Wojewódzkiego. Pomogło to Panu w jakiś sposób w dalszej karierze?

Wątpię. U Kuby Wojewódzkiego wystąpiłem trzy razy i za każdym razem było tragicznie. Po pierwsze nie ten widz, bo to głównie uczniowie i moje żarty kompletnie do nich nie trafiają, po drugie sposób montażu – zdanie ucięte w połowie, tego się po prostu nie da oglądać.

Występ w Atlas Arenie na 12 tysięcy, na Stadionie Narodowym czy cykliczny program w telewizji? O czym marzy komik taki jak Rafał Pacześ?

Wszystko zrobię, jestem zachłanny. W Atlas Arenie już wystąpiłem, Narodowy to już poważna historia, potrzebowałbym ze dwóch kolegów, żeby zebrać taką widownię, ale czemu nie spróbować. A program w telewizji, to tylko wtedy gdy będzie gotowa na to – jeżeli znajdzie się stacja, która powie: Rafał rób, co chcesz i mów, co chcesz. Prowadzę za to własny program motoryzacyjny, bo tak jak już wspomniałem o tym, jestem wielkim fanem motoryzacji. Zapraszam gości i rozmawiamy o autach, nagrałem kilka odcinków, kolejne w realizacji, zachęcam do oglądania. Można mnie także zobaczyć na dużym ekranie, zagrałem komika czyli siebie, w komedii „Juliusz”.

W chwilach wolnych…

Jak już je mam, to śpię. Realizuję wiele projektów naraz. Ludzie myślą, że jestem 40 minut na scenie i koniec, a ja normalnie prowadzę firmę, mam agencję artystyczną, realizuję program motoryzacyjny i lada moment wypuszczam linię ubrań z moimi żartami. Na brak pracy nie narzekam, ale wiem też, że nie mogę pozwolić sobie na to, by moje przepracowanie odbiło się na jakości występu.

Ulubiony film, książka…

Film „Wodzirej” z Jerzym Stuhrem, to mój ulubiony, lubię też Quentina Tarantino. Muszę przyznać, że filmów oglądam sporo. Jeśli chodzi o książki, to czytam Konstantego Stanisławskiego, który stworzył słynną metodę Stanisławskiego, czyli zbiór reguł sztuki aktorskiej. Odkrywa nowe środki techniki aktorskiej oparte na realizmie psychologicznym postaci. Stanisławski angażuje w grę cały organizm – uważa, że umysł i ciało współgrają dzięki podświadomości (sprzeciwiał się teorii umysłu kierującego ciałem). Sprawdziłem na scenie, to naprawdę działa.

Rozmawiała: Beata Sakowska
Zdjęcia: Izabela Urbaniak
Sesję zrealizowano w Teatrze Muzycznym w Łodzi