Sportowo, marzy o medalu olimpijskim. Prywatnie, wielkie szczęście daje mu wychowanie syna. Zawodowo, rozwija nową pasję: mowy motywacyjne. Adam Kszczot, lekkoatleta, mistrz świata i Europy w biegu na 800 metrów, specjalnie dla LIFE IN. Łódzkie.

LIFE IN. Łódzkie: Adamie, co u Ciebie słychać?

Adam Kszczot: Dziękuję, wszystko dobrze. Po raz pierwszy od 11 lat jestem na urlopie i cieszę się tacierzyństwem.

Ty, ciągle „zabiegany”, na urlopie?

Tak (ze śmiechem). Zwykle o tej porze roku byłem na zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie lub Jakuszycach. Taki miałem plan treningowy przez ostatnich jedenaście lat. A teraz proszę, niespodzianka, jestem w Łodzi i mam wolne. No, może wolne nie do końca, bo ćwiczę, ale nieco inaczej. Razem z Michałem Adamczewskim trenujemy przygotowanie motoryczne. Rozciąganie, równowaga… takie „bhp” treningów. Wypracowujemy siłę, wytrzymałość, które potem mają uchronić mnie przed kontuzją. Treningi biegowe zacznę po nowym roku. I nie powiem, czekam na nie z wielką ciekawością, frajdą, bo to będzie także test dla tych przygotowań w nowej formule.

Słychać ciekawość i frajdę w Twoim głosie. Czyli z takim dobrym nastawieniem pobiegniesz po medal olimpijski?

To mój cel sportowy. Chciałbym stanąć na podium, najlepiej na najwyższym stopniu, podczas Igrzysk Olimpijskich w Tokyo, w 2020 roku. Wcześniej ważnym sprawdzianem będą dla mnie mistrzostwa świata w Doha, ale przygotowania nakierowane są przede wszystkim na medal olimpijski. Dziennikarze, kibice, biegacze, mówią mi, że jestem lekkoatletą spełnionym. „Przecież masz niemal wszystkie medale największych światowych imprez. Brakuje ci tylko jednego” – wskazują. No tak, ale tego olimpijskiego nie mam. A chciałbym. Czy te marzenia warte są wysiłku? Praca przede mną wielka i ciężka. Czy nie kusi myślenie „och, tyle już dokonałem”? Łatwiej byłoby spocząć na laurach, a nie przechodzić przez te wyzwania, trud, kolejny raz. Ale… Bardzo lubię cytat Margot Fonteyn „Powtórzyć sukces jest jeszcze trudniej niż odnieść go po raz pierwszy”. To prawda. Sięganie po sukces po raz kolejny pokazuje, że ten przysłowiowy szczyt jest wyższy. I dlatego jest to tym bardziej sprawdzanie siebie, odkrywanie kolejnych limitów. I dlatego podejmę się tego wyzwania. Mam motywację, a jednym z najsilniejszych motywatorów jest tacierzyństwo. Syn Ignacy! Niedawno skończył rok i jest wspaniały. Wychowywanie dziecka to dla mnie nowe, niezwykłe doświadczenie. Ten młody człowiek jest jak czysta karta, na którą w pierwszej kolejności to my, rodzice, przelewamy emocje, zachowania.

Czego najwartościowszego nauczyłeś już syna?

(Śmiech) Że w życiu warto mieć twardą pupę. A tak na poważnie, to jestem dumny, że dajemy mu z żoną przestrzeń do samodzielności. Gdy stawiał pierwsze kroki, nie biegliśmy z pomocną dłonią za każdym razem, gdy się zachwiał. Nie podsadzamy, gdy gdzieś chce wejść. Zachęcamy do podejmowania prób. I z dumą patrzymy, jak uczy się samodzielności. A że kilka razy porządnie klapnie na pupę… to pupa będzie twardsza.

Czy chciałbyś, by Ignacy był lekkoatletą?

Chciałbym, by miał szansę spróbować kilku sportów. I nie wiem, czy chciałbym, by trenował zawodowo. Istotniejsze dla mnie jest to, jak sport kreuje u młodego człowieka ważne cechy charakteru, takie jak: cierpliwość, odpowiedzialność, systematyczność, więc sport na pewno będzie obecny w naszym życiu, pewnie jakiś ogólnorozwojowy. Bardzo ciekawe dla małych dzieci wydają się zajęcia z szermierki. I chyba na takie wybierzemy się za kilka lat. Ważne jest też dla mnie to, by Ignacy poznawał i przebywał z dziećmi, które uprawiają sport, które stawiają sobie pierwsze wyzwania, uczą się pokonywać bariery. Wygrana i przegrana też wzmacnia, dlatego dziś nie mówię nie wchodź na sofę, bo spadniesz. Mówię „próbuj”. Bardzo z żoną uważamy, by zaszczepiać w dziecku poczucie „dasz radę”, a nie mówić „to trudne, uważaj, lepiej nie próbuj”.

A jakie jest Twoje ulubione zajęcie w tacierzyństwie?

Spacery z rodziną. Wychodzimy z żoną i synem do parku, nie dzwoni telefon, nie odpisuję na maile. Idziemy, rozglądamy się dookoła. Jest tak spokojnie.

Nie biegniecie?

Nie (ze śmiechem). Wręcz przeciwnie, to chwila na refleksję, na zastanowienie się nad tym, co w życiu masz, czego oczekujesz?

I Ty czego oczekujesz?

Życiowo, marzę o tym, bym był szczęśliwy. Ja i moja rodzina. A co to znaczy „szczęście”? Lubię japońską filozofię Ikigai. Wywodzi się z wyspy Okinawa, na której żyje największy odsetek osób dożywających stu lat. Nazwa powstała z połączenia dwóch japońskich słów „iki” – życie oraz „gai”, które oznacza „wartość”. Filozofia polega na docenianiu codzienności. Kluczowe do szczęścia jest osiągnięcie równowagi w robieniu tego, co kochamy i tego, co musimy, bo daje nam pieniądze. U mnie okazało się, że największą zawodową satysfakcję daje mi dualizm. Czyli, z jednej strony sport, a z drugiej motywowanie innych, a zatem to, na co zapraszam coraz częściej – mowy motywacyjne.

Skąd zainteresowanie motywacją w ujęciu naukowym?

Zaczęło się od spotkań z dzieciakami w szkołach. Starałem się zainteresować ich sportem, ambitnym podejściem do życia. I udawało mi się to. Dzieciaki żywo reagowały, a po zajęciach podchodziły i dopytywały.

Co robiło na nich wrażenie? Jakie słowa przemawiały?

Żywe historie, przykłady z mojego życia. Gdy mówiłem, że było mi ciężko, że miałem wielki stres przed zawodami, ale też przed sprawdzianami w szkole. I widziałem, że zaczynają patrzeć na mnie, jak na normalnego gościa, który finalnie zdołał osiągnąć niemały sukces sportowy. I tu zaczyna się ważny moment, kiełkuje pytanie „Czy ja też tak mogę?” I zaczyna się przygoda z analizą samego siebie. Wychodzę z założenia, że jeżeli chociaż jeden dzieciak w grupie zmieni podejście do życia, czy zacznie uprawiać sport, to super. Opowiadam więc, jak doświadczałem stresu. I o swojej pierwszej bezsilności. Nie wiedziałem co robić i nie bardzo ktoś umiał mi wtedy pomóc. Bo mówienie „będzie dobrze” jest właściwe tylko wtedy, gdy ktoś jest w stanie nas do tego przekonać. Jeśli wierzymy w siebie, to tak, ale jeśli nie jesteśmy pewni, nie czujemy mocnego gruntu pod nogami, to takie słowa tylko nas zdenerwują.

Ha! Tylko, jak zbudować tę silną podbudowę?

Myśleć o tym, co robimy i po co. Przeanalizować naszą codzienną pracę. Jeśli jest duża, to przyniesie efekty. Pozwoli nam stanąć przed sprawdzianem i powiedzieć „uczyłem się, byłem na treningach, mam duże umiejętności, mam doświadczenie”. Tu, na zawodach, jestem na właściwym miejscu. I taka świadomość jest naszą siłą. Jestem tu i teraz, bo sam sobie to wypracowałem.

Jako młody chłopiec byłeś pewny siebie?

Nie, wręcz przeciwnie, ale nauczyłem się tego. I to nie tyle dzięki startom czy medalom, tylko dzięki treningom, codziennej, systematycznej pracy, której podołałem.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz usłyszałeś „To jest talent!”

Tak. I nie wierzyłem w te słowa, bo, jak większość młodych osób, nie wierzyłem w siebie. Słyszysz, że jesteś wielkim talentem, a ty bagatelizujesz słowa myśląc, że może po prostu ktoś chce cię zmotywować do cięższych treningów, zachęcić do pracy. I że to po prostu „tak się mówi”, że ktoś ma talent. Dopiero po latach, gdy zacząłem wierzyć w siebie, zrozumiałem też, gdzie ten mój talent leży. Nie tylko w tym, że szybko przebieram nogami, tylko w podejściu. Mój talent, to głowa.

No tak. My kibice przyzwyczailiśmy się już, że gdy oglądamy największe zawody Adam Kszczot biegnie na czwartym miejscu. A my ze spokojem mówimy: to profesor, on wie, co robi. I rzeczywiście. Atak i zwycięstwo! Ale to chyba nie jest proste?

Gdyby było, to każdy mógłby to zrobić. A nie robi. I tu znów dużo zależy od naszej psychiki. Gdy czujemy się słabi, nie dogonimy czołówki, a gdy czujemy się mocni i wiemy, że nasze miejsce jest „w czubie”, to udaje się uznać bieg w środku stawki za sytuację chwilową, z której wynikają pewne korzyści. Ja na przykład dzięki temu widzę przeciwników i kontroluję bieg.

Miałeś kamienie milowe, historie, które pokazują u Ciebie budowanie wiary w siebie…

Tak. Gdy z roku na rok miałem podobny plan treningowy, ale trener mówił, to teraz – w każdym miesiącu – biegamy sekundę szybciej. A ja myślałem, oszalał. To niemożliwe. Dziś bardzo często rozmawiam o psychologii sportu z prof. Janem Blecharzem, największym ekspertem w tej dziedzinie. I chyba dopiero niedawno zrozumiałem, co działo się wtedy w mojej głowie. Nim dopuściłem do głosu „brak wiary”, włączałem mechanizm „próbuję”. Może nie wierzę, ale dają sobie przyzwolenie na próbę. I tego chyba nauczyli mnie rodzice. „Próbuj” – powtarzali, dobrze to pamiętam. Będzie łatwo albo trudno, uda się, ale nie zawsze. Ale próbuj. I nawet jak polemizowałem, że nie uda mi się czegoś wykonać, to mówili „dobrze, ale spróbuj”. A potem było przejście od „po prostu próbowania” do „skoro już robię, to fajnie, żeby się udało”. I to na pewno był kamień milowy w moim myśleniu. A inny, to może historia z taksówkarzem?

Z taksówkarzem?

Był 2012 rok. Igrzyska Olimpijskie w Londynie i mój zupełnie nieudany start. Oczekiwania duże, ale forma nie najlepsza. Odpadłem w półfinale. Wróciłem z igrzysk wcześniej, niż planowałem. Zły i rozżalony. Przyleciałem na Okęcie, wsiadłem do taksówki. Kierowca zorientował się, że jestem sportowcem i zapytał o mój występ, a potem zaczął wspominać, że kiedyś to mieliśmy wspaniałych biegaczy! Poczułem, że ja, z moim 12. miejscem na igrzyskach, do tego grona nie należę. Zacząłem się bronić, że na igrzyskach biega światowa czołówka. Ale nie powiem, ta rozmowa dała mi w kość. W domu pożaliłem się nawet partnerce, obecnej żonie. I dopiero następnego dnia rano doszedłem do wniosku, że może on miał rację. Realia mnie kopnęły, ale takie spojrzenie z boku może być krokiem do przodu. Poczułem się silny, poczułem dużą motywację, że chcę należeć do grona najlepszych światowych lekkoatletów.

 
Medali przybyło i to z imprez rangi mistrzostw świata i Europy. A czy wiesz, że dziś w Internecie, na stronach sportowych, pojawiają się sondy z pytaniem „Czy Adam Kszczot zdobędzie medal na Igrzyskach Olimpijskich?”

Nie wiedziałem. To jestem bardzo ciekaw, jak kibice typują.

Ponad 90 procent osób stawia, że będzie medal.

O! To dobry wynik. Narcystycznie powiem, że może ludzie wierzą w to nie tylko poprzez moje sukcesy sportowe, ale też dzięki mojemu pozytywnemu podejściu do życia.

A co sądzisz o modzie na bieganie?

Jest świetna i długo się nie skończy. Mam okazję obserwować ten trend w Hiszpanii. Tam zaczął się dużo wcześniej. I trwa. Bieganie to fajny, prosty i atrakcyjny sport. Dobre towarzystwo, a przy biegach wytrzymałościowych także endorfiny. To tzw. „szczęście biegacza”, którego doznajemy po biegu, jest niesamowite.

Adamie, dziękując za rozmowę proszę Cię jeszcze o ostatnią myśl, radę, dla nas, czytelników.

Proponuję zacząć od wprowadzenia zasady 2xP: Positive and Presence, czyli „Bądźmy pozytywni tu, gdzie jesteśmy”.

Rozmawiała: Joanna Blewąska-Kołodziejczak

Zdjęcia: Izabela Urbaniak

Sesję zrealizowano w Hotelu Double Tree by Hilton